TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 22 Października 2020, 16:52
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXXIII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LXXXIII

„’Leżę na trawie i nic nie robię’ - jakbym prowadził pamiętnik albo informował moich friends na Facebooku o każdym ziewnięciu i każdej głupocie, która przeleci mi przez przedsionek mózgu, jak to robią moi uczniowie, to właśnie tak by to wyglądało w tej chwili” - pomyślał Mateusz z westchnieniem podnosząc się z łączki w lasku, który odkrył tydzień temu, dosłownie siedemnaście minut jazdy samochodem zgodnie z przepisami od plebanii. Ostatnie cztery minuty polną drogą po wertepach, ale jak się już dojedzie, to jest taka cisza i spokój, że jak przewraca kartki w brewiarzu, to szelest wydaje się dosłownie rozrywać ciszę. W ciągu tego tygodnia był tu już drugi raz. Tak sobie postanowił. Dokładnie w momencie podejmowania tego postanowienia przypomniał sobie, jak jeszcze w Italii, któregoś jesiennego popołudnia wybrali się z grupą młodzieży na plażę. Właśnie na taką chwilę relaksu i kilka ważnych pytań. Kiedy później wracali samochodem na plebanię, jedna z dziewczyn powiedziała do niego:

- Don Matteo, powinniśmy tak częściej wyjeżdżać na chwilę refleksji... Myślisz, że możemy to robić co jakiś czas?

- No pewnie, że możemy, ja też bardzo lubię takie chwile - odpowiedział bez cienia zastanowienia.

- Na pewno? - zapytała dziewczyna, a oczy innych też spoglądały pytająco.

- Ależ oczywiście, no co wy ludzie, przecież to jest wasze miasto, wasza plaża, przecież wiecie, że plaży nie zamykają, możemy tu przyjechać kiedy tylko zechcemy – odpowiedział Mateusz ze śmiechem.
- Che bello! Sei grande don Matteo! - Powiedział jeden z chłopaków – Świetnie, jesteś wielki księże Mateuszu!
Od tego wieczoru minęło chyba ze trzy lata do chwili kiedy Mateusz opuszczał Italię i wracał do Polski. Ta dziewczyna żegnając się z nim wówczas, powiedziała: 

- I co don Matteo, plaży nie zamykają, prawda?

Powiedziała to spokojnie, bez złości, ale w Mateusza jakby piorun trzasnął. Rzeczywiście! Nigdy więcej nie pojechali w tamtym składzie na plażę, czy gdziekolwiek indziej, aby mieć taką chwilę relaksu i refleksji na łonie natury. Były różne inne wyjazdy, czuwania, w różnych grupach i konstelacjach, ale ta konkretna obietnica pozostała pusta. Nie dotrzymał jej. Od tego czasu był bardzo ostrożny w składaniu obietnic, bo wiedział, że najbardziej prozaiczne rzeczy wymagają czasu, a ten często jest najbardziej deficytowym towarem. Starał się też wobec samego siebie być uczciwym i nie robić sobie płonnych nadziei. Dlatego kiedy już sobie postanowił, tę liturgię brewiarzową na łonie natury, nastawił sobie specjalne przypomnienie w komórce i jak do tej pory na trzy przypomnienia, raz udało mu się wybrać. Poza tym ta wyprawa do lasku, to przecież nie tylko na modlitwę.

- Trzeba się wziąć za siebie! - powiedział głośno, zbierając z trawy brewiarz, telefon komórkowy, puszkę po coli light i serwetkę, w którą zapakował sobie kanapkę z... boczkiem. Serwetka pachnąca boczkiem i puszka były jasnym znakiem jego schizofrenii: kanapka z boczkiem i cola light! Gdzie tu sens, gdzie logika?

- Ale nie miałem w lodówce nic innego – znowu na głos usprawiedliwiał się sam przed sobą. Ta cola light to była konsekwencja pielgrzymki. Co tu ukrywać, nacierpiał się. Gdyby nie pomoc Macieja (znał go od lat jako wspaniałego księdza, ale gdyby nie to, powiedziałby, że minął się z powołaniem: był doskonałym fizjoterapeutą, podobnie jak cała jego rodzina) za żadne skarby nie doszedłby do końca. Kiedy już przeszły problemy ze stopami, dzięki wkładkom, które Maciej mu dowiózł drugiego dnia pielgrzymki, zaczęły się poważne problemy ze ścięgnami. Najpierw położył to na karb diabelstwa. Wiadomo gdzie łaska się rozlewa, tam diabeł musi wtrącić swoje pięć groszy. Skoro tak niesamowicie, wręcz cudownie udało się skompletować grupę pielgrzymkową, to diabeł musiał się gdzieś przyczepić.
„To niech się już czepia mnie, mogę trochę pocierpieć – myślał Maciej. - Potem mi przejdzie”. Ale nie przeszło. Po pielgrzymce poszedł więc do lekarza.

- Proszę księdza, po czterdziestce zmienia się metabolizm. Już ksiądz nie ma tak sprawnych procesów trawiennych jak wcześniej. Trzeba zacząć uważać na to, co się je i troszkę schudnąć. A później zacząć trochę więcej się ruszać, jakaś gimnastyka, bieganie. Można od razu, ale proszę uważać, bo ścięgna mogą nie wytrzymać – lekarz był bezlitosny.

- To mam aż taką wielką nadwagę? - zdziwił się Mateusz, który był w pełni świadomy, że ma tych kilka kilogramów za dużo, ale ponieważ, jak zawsze był przekonany, że są one dość dobrze rozłożone a nie skoncentrowane tylko w tak zwanym „mięśniu piwnym”, nie miał powodów do niepokoju.

- Kiedy się ksiądz ostatnio ważył?

- Nooo, nie dalej niż... hmm... z rok, może dwa lata temu... - Mateusz czuł, że mu się robi gorąco.

- To niech się ksiądz zważy – uśmiechnął się lekarz. - Ale proszę pamiętać, że w księdza przypadku ścięgna są dość słabe, nawet gdyby ciężar ciała nie był zbyt wielki, trzeba uważać.
Wracając na plebanię wstąpił do supermarketu i kupił sobie wagę, a zanim ją kupił, to najpierw się na niej zważył.
- Jasna Anielka! - niemal krzyknął. Miał 12 kilogramów nadwagi. I stąd zaczęło się to szukanie miejsc na dłuższe spacery, czy bieganie i tak właśnie znalazł lasek. Na razie tylko się modlił i po kilkudziesięciu minutach wracał do swoich obowiązków, ale jak tylko troszeczkę odciąży ścięgna, zacznie również biegać. Tak się złożyło, że długoletnia gospodyni księdza Proboszcza, która przygotowywał im posiłki zachorowała i już nie wróciła. A Proboszcz przed emeryturą nie chciał brać kolejnej gospodyni, aby nie zostawiać takiego „prezentu” następcy i Mateusz sam chętnie się zgodził, że dadzą sobie jakoś radę. No i tak sobie „dawali radę”, że jedli byle jak i tyli. Podczas tych ostatnich miesięcy Mateusz zorientował się, jakim mitem są gospodynie na plebaniach. Większość jego kolegów proboszczów nie miała gospodyń. Niektórzy gotowali sobie sami (gotowali to duże słowo), inni wykupowali posiłki w szkołach, w których uczyli.
- Jedzenie jest takie sobie – tłumaczył mu kolega Grzegorz, który od sześciu lat żywił się w szkole, - ale wiesz, po siedmiu minutach, w porywach do dziesięciu, jesteś po obiedzie i lecisz do roboty. 

- To jak na siedmiominutowe obiady, to wyglądasz, powiedziałbym, przyzwoicie – uśmiechnął się Mateusz patrząc na zwaliste gabaryty kolegi.

- No bo Mateusz, jak potem wpadniesz wieczorem do domu, to wiesz, to co w lodówce to do żołądka. Napakujesz się przed snem i tak to potem wygląda. Ale widzę, że ty też, jakbyś się poprawił – szturchnął go Grzegorz.

- Od pięciu miesięcy jesteśmy bez gospodyni – odparł Mateusz.
- Welcome to the club, babe – roześmiał się Grzegorz. - Teraz zobaczysz jak to jest.

- Już widzę – westchnął Mateusz. Przedwczoraj zadzwonił do Darka, kolegi z diecezji wrocławskiej, który był już proboszczem, a z którym razem byli jeszcze w seminarium, aby go zapytać, czy ma gospodynię i jak to wygląda u nich w diecezji. Darek był starym przyjacielem, od czasów pierwszego roku. Wiązała się z nim taka zabawna historia. Darek zwierzył im się w pierwszych miesiącach seminaryjnego życia, że przed seminarium kochał się na zabój w dziewczynie, która nazywała się Monika Miara. I czasem opowiadał, że dalej ma wątpliwości, że dziewczyna jest fajna i dalej bez chłopaka. I właśnie od tego czasu wszyscy przyjaciele, za każdym razem kiedy w kaplicy śpiewali pieśń Przybądź Duchu Święty, podczas ostatniej zwrotki, która brzmi:

Daj Twoim wierzącym 

W Tobie ufającym 

Siedmiorakie dary

Daj zasługę męstwa 

Daj wieniec zwycięstwa,

Daj szczęście bez miary!

na ostatni wers zwracali się ku Darkowi i akcentowali ostatnie słowo, jakby chodziło o Monikę:

Daj szczęście bez Miary!

Po dziś dzień, chodź minęło ponad dwadzieścia lat, za każdym razem Mateusz śpiewając tę pieśń, nie mógł powstrzymać uśmiechu przy ostatnim wersecie.

- Dareczku, jak żyjesz? - wesoło krzyknął Mateusz w słuchawkę słysząc głos przyjaciela.

- Mati? A skądże mi to... - odpowiedział Darek. Kiedy już się nagadali, Mateusz zapytał o kwestię gospodyni.

- Nie mam Mateusz, i wiesz co? Spasłem się jak świnia, bo jem byle jak, głównie wieczorem i bez umiaru...

- Bez miary? - zapytał Mateusz.

- No tak mi zawsze mówiliście, że szczęście bez miary, i masz ci babo placek.

Darek też nie zapomniał.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!