TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 28 Września 2020, 23:37
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) ?część LXIX

Jasna i ta druga strona księży(ca) ?część LXIX

Tegoroczne Triduum Paschalne było wyjątkowo piękne i Mateusz był naprawdę wdzięczny swojemu koledze za pomysł na scholkę - pospolite ruszenie. Na początku Wielkiego Postu wraz z organistą i pozostałymi muzykami z diakonii liturgicznej zaprosili wszystkich chętnych na wspólne próby śpiewów, celem przygotowania oprawy na te trzy najważniejsze dni w roku liturgicznym. Ilość przybyłych przekroczyła wszelkie oczekiwania, było ponad sto osób, przynajmniej połowa z nich relatywnie młodych. Trzeba oddać organiście, że miał do nich anielską cierpliwość podczas tych pięciu tygodni. Jedna próba tygodniowo, a w ostatnim tygodniu przed Niedzielą Palmową, na prośbę uczestników, nawet dwie i efekty w Wielki Czwartek i w Wielki Piątek były wspaniałe. Ksiądz Proboszcz, kiedy zobaczył ponad stuosobowy chór złożony z ubranych elegancko w stonowane kolory ludzi, był po prostu w szoku. A jeszcze bardziej zdziwiła go frekwencja, ponieważ w poprzednich latach było im wręcz smutno patrzeć jak mało ludzi chce się zatrzymać na najważniejszych misteriach wiary. Tym razem, na pewno również z powodu chęci zobaczenia w akcji śpiewających członków rodziny, kościół był pełen, tak w czwartek, jak i w piątek. Proboszczowi bardzo też przypadła do gustu Męka Pańska śpiewana z udziałem całego kościoła. Ale oczywiście wszyscy oczekiwali na liturgię Wigilii Paschalnej, podczas której było najwięcej elementów śpiewanych. Pan organista nie tylko przygotował wszystkie psalmy śpiewane, ale nawet niektóre elementy czytań.

Chór właśnie zajmował swoje miejsca w pogrążonej w półmroku świątyni, podczas gdy Mateusz wraz z lektorami stali wokół olbrzymiego ogniska rozpalonego przed kościołem. Choć do liturgii brakowało jeszcze dobre pół godziny, cała asysta była już gotowa. Chyba po raz pierwszy w życiu Mateusz miał tak przygotowaną liturgię, jak zawsze pragnął. I co bardzo ważne, w tym roku to on miał przewodniczyć. Ksiądz Proboszcz również bardzo kochał te celebracje i zwykle niechętnie cedował je na Mateusza, ale właśnie ze względu na tegoroczną specjalną oprawę, najwyraźniej nie czuł się zbyt pewnie. Był on z tej generacji księży, którzy lubią wszystko dyktować na bieżąco, typu: „A teraz Basia i Jasiu biorą dary i niosą do ołtarza, podczas gdy chór śpiewa pieśń na ofiarowanie”. Z tymi komentarzami odczytywanymi przez świeckich nie bardzo umiał się odnaleźć.

- Skoro już tak ksiądz nawymyślał, to niech teraz ksiądz nad tym wszystkim zapanuje.

Oczywiście Mateuszowi bynajmniej nie było z tego powodu przykro. Właśnie miał jeszcze sprawdzić, czy wszyscy lektorzy byli obecni, kiedy jeden z ministrantów przekazał mu, że Ksiądz Proboszcz prosi go do zakrystii.

- Księże Mateuszu, nie wiem jak to księdzu powiedzieć... - rozpoczął zakłopotany przełożony.

- Co się stało? - zapytał Mateusz tknięty jakimś dziwnym przeczuciem.

- Zadzwonił ksiądz Kazimierz z Boćkowa i powiadomił mnie, że właśnie doszedł do siebie po kilkuminutowym omdleniu. Nie wie, czy będzie w stanie sprawować liturgię i prosi, żeby ksiądz przyjechał i mu towarzyszył, a w razie konieczności zastąpił. Księże Mateuszu, proszę mi wierzyć, że próbowałem mu zaproponować moją osobę, ale absolutnie nie chciał się zgodzić. „Jak młody może przyjechać, to bardzo proszę, ale Księdza Proboszcza absolutnie nie będę fatygował i dam sobie radę sam” - mówił. Ksiądz wie, jaki on jest... I z głosu wydawał mi się bardzo kiepski. Wiem, jak księdzu zależało na tej liturgii... - kontynuował Proboszcz, ale Mateusz już nic nie słyszał.

„Dlaczego mi to robisz Panie? - myślał - Najpiękniejsza liturgia mojego życia, dziesiątki godzin przygotowań i teraz mam jechać gdzieś na wieś i nawet nie wiem, co tam zastanę”.

- Ksiądz się nie martwi, sami też damy radę - Mateusz usłyszał głos stojącego za Proboszczem lektora - trzeba pomóc księdzu Kaziowi, kto wie może to ostatnia liturgia w jego życiu. Ile on ma lat, Księże Proboszczu, będzie miał z siedemdziesiąt pięć, prawda?

Mateusz o mało się nie spalił ze wstydu. Lektor widząc wątpliwość na jego twarzy myślał, że Mateusz martwi się, czy sobie dadzą radę, gdy tymczasem on był zły, że nie będzie mógł spić śmietanki. „Co za dureń ze mnie!” - pomyślał.

- Jasne Księże Proboszczu, że pojadę - powiedział głośno. - Ceremoniarz wszystko wie, więc jakby co, proszę pytać go o szczegóły. Ale proszę się nie martwić, wszystko jest gotowe. To ja wskakuję w auto i lecę do Boćkowa! 

Już w samochodzie Mateusz się uspokoił i przypomniał sobie mężczyznę, który w Wielki Czwartek dobijał się do drzwi kościoła, zrozpaczony marazmem swojej rodzinnej parafii. Nie chodziło o Boćkowo, ale szczerze mówiąc, tamtejsza parafia nie była szczególnie znana Mateuszowi, ponieważ była częścią innego dekanatu, a w dodatku ksiądz Kazimierz rzadko zapraszał księży z innych parafii na spowiedzi, korzystając zwykle z pomocy zaprzyjaźnionych franciszkanów. Zupełnie więc nie wiedział, czego się spodziewać. Kiedy przybył na miejsce, ksiądz Kazimierz, choć rzeczywiście blady jak ściana, był gotowy do liturgii.

- Bardzo dziękuję, że ksiądz przyjechał. Proszę się ubrać i stanie ksiądz do koncelebry, a jakbym zasłabł, to ksiądz dokończy - powiedział wiejski Proboszcz.

- Na pewno da ksiądz radę - Mateusz próbował nadać wesoły i pewny ton swoim słowom, co nie do końca mu się udało, zwłaszcza, że zobaczył dwie żarzące się szczapy drewna przed kościołem i nie uniknął porównania z ogniskiem z ich parafii, które jeszcze miał w oczach.

Jeśli można tak powiedzieć, to te dwie szczapy drewna były adekwatną zapowiedzią całej liturgii. W kościele nie było organisty, pewna starsza pani rozpoczynała śpiewy, w tym kilka pieśni maryjnych i nawet Mateusz, od zawsze zakochany w Matce Bożej, nie mógł się doszukać sensu ich śpiewania w Wigilię Paschalną. W kościele nawet nie było zgaszone światło, żeby się ksiądz Kazimierz nie potknął, więc płomień paschału niczego nie rozświetlał. Zaledwie cztery czytania, bez komentarzy, bez wyjaśnienia, liturgia chrzcielna podobnie... Mateusz ze wszystkich sił starał się skupić na misterium i nie myśleć o tym, co mogło się dziać w jego świątyni parafialnej. Ponieważ ksiądz Kazimierz w dalszym ciągu odprawiał procesję rezurekcyjną w niedzielę rano, więc po około dziewięćdziesięciu minutach liturgia była skończona.

Mateusz szybko wskoczył w samochód, ponieważ był pewien, że zdąży jeszcze uczestniczyć w sporej części nabożeństwa w swojej parafii. Nim jednak przekręcił kluczyk w stacyjce zobaczył, że dwie szczapy jeszcze się tliły przed kościołem. Zdziwił się, że ogień utrzymał się tak długo i dopiero wtedy zobaczył siedzącego kilka metrów dalej pod drzewem mężczyznę. Domyślił się, że to on podtrzymał ogień i pewnie wcale nie wszedł do kościoła. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do mroku, Mateusz spostrzegł, że mężczyzna przygląda mu się z jakimś porażającym smutkiem w oczach. 

„Jeżeli Pan Jezus nie pozwolił mi uczestniczyć w liturgii, której tak bardzo pragnąłem, nie zrobił tego bez przyczyny. Pewnie! Chodziło o lekcję pokory, ale może nie tylko...” - pomyślał Mateusz wychodząc z samochodu i podchodząc do mężczyzny.

- Ładnie to ksiądz powiedział w kazaniu - zagaił mężczyzna - że trzeba pójść do pustego grobu również po to, aby zobaczyć ten wielki kamień, który nie tylko dzielił Jezusa od życia, ale często tłamsi również nasze życie. Tak to było? - zapytał.

- Mniej więcej, taki był sens - odpowiedział Mateusz. - Nie wszedł pan do kościoła?

- Nie. Ktoś musiał podtrzymać ten wątły płomień - powiedział mężczyzna wskazując na płonące szczapy. - Wie ksiądz, to jest jak nadzieja, która trzyma mnie przy życiu i której nikt już nie chce podtrzymać, ja sam nie wiem, czy mam ją podtrzymywać.

Mateusz milczał nie wiedząc, co powiedzieć.

- Bo Jezus sobie poradził z kamieniem, którym był zawalony grób, w końcu był Bogiem. Ja z kamieniem, który przywalił moje życie, nie mogę sobie poradzić.

- Chce pan o tym kamieniu pogadać? - zapytał Mateusz sadowiąc się obok.

- Myślałem, że się ksiądz spieszy. Wyleciał ksiądz z zakrystii, jakby nie przymierzając żona rodziła - powiedział mężczyzna.

- Fakt! - odpowiedział Mateusz - Spieszyłem się bardzo, choć przyznam się szczerze, że sam nie wiedziałem do czego. Ale teraz już wiem. Spieszyłem się do pana. Wie pan, mój ojciec i moi bracia, wszyscy pracowali w kamieniołomach granitu. Tam to dopiero były kamole...

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!