TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Października 2020, 22:58
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LX

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LX

I znowu przyszły. A właściwie nie przyszły, tylko on wpadł w nie, jak zawsze, z rozpędu. Święta. Boże Narodzenie. Bogu na pewno udało się całe stworzenie, Biblia mówi wyraźnie, że wszystko było dobre, ale jeżeli już szukać dziury w całym, to najmniej udane jest to, że księża mają najwięcej pracy przed, w czasie i praktycznie także po świętach Bożego Narodzenia. Po kilkudziesięciu godzinach adwentowych spowiedzi w całym dekanacie, w kościołach często pozbawionych ogrzewania i przygotowaniach świątecznych dekoracji, które należy dołączyć do wszystkich standartowych zajęć każdego księdza, jak sprawowanie sakramentów, urzędowanie w kancelarii parafialnej, katechizowanie w szkole, katechizowanie przy parafii ksiądz na dobrą sprawę „wpada“ w święta, często przeziębiony, a już na pewno przemęczony. Grudzień i styczeń to dwa miesiące, w których Mateusz reaguje najbardziej alergicznie, kiedy słyszy od kogoś, że księża to mają luz i nic nie robią. Jeśli ktoś chciałby się upierać przy takiej tezie, może dojść do rękoczynów. Uczucie zmęczenia potęguje się, kiedy jest świadomość, że zaraz po Świętach rusza wizyta duszpasterska czyli kolęda. Czasem graniczy z cudem wygospodarowanie kilku godzin, aby pojechać do najbliższych i spędzić z nimi wigilię, a potem szybko wracać, aby zdążyć na Pasterkę.
W tym roku wyjątkowo udało im się z Księdzem Proboszczem tak wszystko ustawić, aby w czwartek, a zwłaszcza w piątek, czyli dzień, w którym przypadała Wigilia, nie było już żadnych dodatkowych zajęć, poza ewentualną spowiedzią spóźnialskich. Dlatego, kiedy w czwartek wrócił ze szkoły, aż trudno mu było uwierzyć, że całe popołudnie z wyjątkiem półgodzinnego dyżuru w konfesjonale podczas Mszy św., miał dla siebie. Postanowił więc wrócić do starej i pięknej tradycji pisania ręcznie kartek z życzeniami świątecznymi. Od dobrych dziesięciu lat ograniczał się do wysyłania ogólnych życzeń dla ponad czterystu osób, których adresy elektroniczne znajdowały się w jego komputerze, ale zawsze miał poczucie, że robi coś mało osobistego i brakowało mu tych spersonalizowanych życzeń, które niegdyś ręcznie dedykował każdemu przyjacielowi z osobna. Poza tym denerwowało go coraz bardziej, że przychodziły pocztą życzenia od różnych osobistości życia publicznego, dostosowane aż do bólu do kanonów politycznej poprawności, z jakimiś bałwankami, szyszkami i innymi podobnymi akcentami graficznymi bez śladu Dzieciątka Jezus… Trochę więc dla protestu i wbrew tym neopogańskim zwyczajom, zakupił już na początku Adwentu kilkadziesiąt pięknych tradycyjnych kartek ze sceną Narodzenia Pańskiego, a dziewczyny ze scholi nawet poprzylepiały znaczki i tylko nie było czasu, żeby je napisać. Aż do dzisiaj. Fakt, że Boże Narodzenie już za dwa dni i Pan Bóg raczy wiedzieć, kiedy kartki dotrą do adresatów, ale to go nie przerażało. Przerażała go natomiast selekcja osób, do których miał wysłać kartki. Od dwóch godzin siedział przy biurku i pisał. Nie, bynajmniej nie kartki, pisał listę do kogo napisać. Skreślał jedne nazwiska, a wpisywał inne i za każdym razem nie był zadowolony z końcowego efektu. Trzydzieści kartek, które przygotował, to było stanowczo za mało.
„Boże! – pomyślał – To niesamowite, ilu dobrych ludzi postawiłeś na mojej drodze. I znakomita większość z nich nigdy nie byłaby moimi przyjaciółmi, jeśli bym nie był księdzem…“ Ostatecznie ograniczył liczbę przyjaciół do niespełna dwudziestu, a kluczem do ich wyboru była aktualna sytuacja, po prostu wziął pod uwagę tylko tych, o których wiedział, że przeżywają jakieś tarapaty. Aż się przestraszył, że tylu ich się nazbierało... Pozostałe kartki przeznaczył dla cioci i wujków ze strony rodziców, których często nie widział od kilkunastu lat i którzy najpewniej nie dysponują internetem. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że pisanie internetowych życzeń na dobrą sprawę wykluczyło z jego życia tych, którzy byli tak dumni, że mają księdza w rodzinie, a z którymi kontakt praktycznie się urwał po śmierci mamy i taty. Najwyższy czas, żeby się przyznać do błędu i odnowić kontakty, może te kartki pomogą.
***
Ksiądz Proboszcz, po zakosztowaniu w ubiegłym roku wspólnej kolacji wigilijnej ze swoim wikariuszem, tym razem zdecydował się spędzić ten najpiękniejszy wieczór z rodziną swojej bratanicy. Mateusz zaś wręcz przeciwnie. Czuł, że jego brat z żoną i dzieciakami chętnie wybraliby się gdzieś w góry na kilka dni, aby odpocząć od pracy i choć zapewniał, że chętnie zostaną w domu, aby razem zjeść wigilijną wieczerzę, Mateusz zakomunikował mu wcześniej, aby planowali wszystko bez niego. Szczerze mówiąc, chciał spędzić ten wieczór sam, ale kiedy zadzwonił Maciej, który również nie miał rodziców, a całą pozostałą rodzinę gdzieś w rzeszowskim i miał spędzić pierwsze święta samotnie w parafii, w której od kilku miesięcy proboszczuje, Mateusz bez wahania zgodził się na wspólną wieczerzę na świeżo wyremontowanej plebanii. O 16.00 wsiadł więc w samochód i ruszył do kolegi. Opady śniegu sprawiły, że potrzebował niemal dwa razy tyle czasu co zwykle, kiedy więc dotarł na miejsce była już prawie 18.00. Bardzo go to zdziwiło, ale plebania była zamknięta i nikt nie odpowiadał na dzwonek. Kiedy obszedł budynek dookoła w pewnym momencie z drzwi do piwnicy wynurzyła się postać czarna jak kominiarz.
- Witam na wiejskiej parafii – odezwał się ponuro Maciej, którego Mateusz rozpoznał dopiero po głosie.
- Maciej? – rzekł z niedowierzaniem.
- Na Mikołaja chyba nie wyglądam – odparł kolega wyraźnie w złym humorze.
- Myślałem, że mnie zaprosiłeś na kolację wigilijną – śmiał się Mateusz.
- Chłopie, tu jest wieś i jak sobie w piecu nie napalę to mam zimno. Wszystko przez ciebie! Pomyślałem, że podkręcę trochę temperaturę na piecu, żeby kolega z miasta na wsi nie zmarzł no i piec mi... pierdyknął! – już z uśmiechem tłumaczył Maciej.
- Wezwałeś kogoś? Jakiegoś kominiarza, albo przynajmniej tego pana co ci nieraz pali w piecu? – pytał Mateusz.
- Mateusz, jest Wigilia, ludzie siedzą z rodzinami przy stole, nie miałem serca dzwonić, bo zaraz by przyszli, a przecież dzisiaj każdy powinien być z najbliższymi. Przepraszam cię, ale jakoś się musimy przemęczyć ten wieczór, zaraz rozpalimy w kominku... Dobrze, że tego starego kominka podczas remontu nie pozwoliłem wyrzucić, dzisiaj będzie jak znalazł. Ale najpierw muszę jeszcze poczekać, aż woda zleci i ją wypompować, bo mi tu wszystko zaleje, a potem zamarznie. Wejdź na plebanię bo mi to zajmie jeszcze z pół godziny.
- Żartujesz? Daj mi jakąś kapotę to ci pomogę i skończymy w 15 minut – żachnął się Mateusz.
- No co ty, przecież jesteś gościem... – oponował Maciej, ale Mateusz ani myślał zostawić kolegę samego. – Jest jeszcze jedna rzecz Mateusz, nie zdążyłem nic ugotować, trzy godziny z tym walczę...
- Człowieku nie przejmuj się, ugotujemy razem. Mamy czas do 10.00, bo potrzebuję jakieś 90 minut, żeby na parafię dojechać. Dawaj! Idziemy pompować tę wodę! – krzyknął Mateusz i pośpieszył za Maciejem do kotłowni. Takiej Wigilii Mateusz, a pewnie i Maciej również, jeszcze nie przeżył. Zabezpieczenie sytuacji w kotłowni zajęło im jeszcze niemal dwie godziny, ale co się nagadali i naśmiali to tylko wie Pan Bóg. Kiedy potem wzięli prysznic, dzięki Bogu bojler na gorącą wodę funkcjonował normalnie, i rozpalili w kominku, na gotowanie pozostało niewiele czasu. Włożyli więc rybę do piekarnika, a Mateusz wpadł na pomysł, żeby zrobili również naleśniki, to będzie coś na słodko. Już dawno nie miał takiej pysznej zabawy jak z podrzucaniem naleśników na patelni, z których tylko niektóre lądowały z powrotem w naczyniu... Śmiali się jak dzieci. Wieczerza wigilijna składała się z pieczonej ryby i czerwonego barszczu z torebki. Na deser naleśniki z nutellą i gorąca herbata z sokiem malinowym. Już mieli rzucić się na to jedzenie, kiedy Mateusz przypomniał sobie, że to przecież Wigilia.
- Ty, jeszcze się nie przełamaliśmy opłatkiem – powiedział.
Maciej sięgnął po Pismo Święte i przeczytał fragment o narodzeniu Pana. Potem wyciągnął opłatek w kierunku przyjaciela.
- Czego ci życzyć, Mati? – zapytał.
- Żeby było zawsze tak jak jest, jestem szczęśliwy – odpowiedział wzruszony Mateusz.
- No to Pan Jezus już usłyszał – uśmiechnął się Maciej. – A dla mnie Panie Jezu, sorry, ale na wiejskiej parafii to jest proza życia, nowy piecyk na eko-groszek, i też będzie super!

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!