TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Września 2020, 00:03
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LIV

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LIV

Mateusz rozpisywał sobie asystę na poszczególne Msze nawiedzenia. To był wielki czas dla parafii, w końcu takie rzeczy zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat. I chociaż wczoraj mieli lekką dyskusję z Proboszczem na temat priorytetów, to jednak obaj byli zgodni co do tego, że jest to czas do wykorzystania. Za dużo okazji zostało już zmarnowanych. Wieczorna rozmowa uzmysłowiła im obu, że tak naprawdę pewne wydarzenia ostatnich lat, jak choćby wielkie narodowe rekolekcje po śmierci Jana Pawła II nie zostawiły, przynajmniej w ich parafii żadnego trwałego śladu, czyli ta sposobność do pogłębienia wiary, do zatrzymania w kościele i przy parafii tych, którzy wtedy tak tłumnie przychodzili nie powiodła się. I nie można powiedzieć, że to było po prostu powierzchowne i sentymentalne przebudzenie ludzi, którzy szybko wrócili do starej normy. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że nie mieli dla nich wystarczająco atrakcyjnej propozycji w parafii. Co do tego nawet Ksiądz Proboszcz nie miał wątpliwości. Swoją drogą to jest dopiero paradoks: jak można nieatrakcyjnie przedstawić Jezusa? Dlatego bardzo poważnie podeszli do Nawiedzenia Matki Bożej w Jasnogórskim wizerunku. Już dawno nie pracowali tak zgodnie. Proboszcz, chyba po raz pierwszy wziął misjonarza nie z tak zwanej łapanki, albo z rozdzielnika, ale po kilkutygodniowym sondowaniu parafii z diecezji łódzkiej, gdzie Obraz peregrynował rok wcześniej. I trzeba przyznać, że ojciec Aleksander, redemptorysta, był naprawdę świetny: charyzmatyczny, otwarty, serdeczny i mówił z serca. Z dnia na dzień było coraz więcej ludzi na misjach. Mateusz właśnie mobilizował na wszelkie możliwe sposoby młodzież i ministrantów. Zauważył pewną prawidłowość: jak on był do czegoś zapalony i chodził jak nakręcony to młodzi podchwytywali w mig. Jeśli w nim była choćby odrobina rezerwy czy przymusu odczytywali to bezbłędnie, tylko że w nich nie było odrobiny rezerwy, oni odpuszczali sobie zupełnie. Ale teraz ciśnienie rosło z każdym dniem misji. Atmosfera aż tętniła oczekiwaniem. Mateusz notował ostatnie wskazówki dla ministrantów i już miał biec do salki, kiedy poczuł wibracje w kieszeni. Telefon komórkowy. Staszek.
- No witam cię Staszku – powiedział Mateusz – ja już wszystko wiem. W diecezji nie mówi się o niczym innym, jak tylko o nawiedzeniu w twojej parafii. Jakie piękne dekoracje, jaka procesja, same ochy i achy. Gratuluję! My jeszcze wszystko mamy przed sobą, no, ale ciebie to chyba nikt nie pobije – trajkotał Mateusz.
- Dobra, daj se już spokój, bo nie mam nastroju – powiedział Staszek i to nieco zdziwiło Mateusza, bo kolega posiadał wielką umiejętność śmiania się z samego siebie i Mateusz był pewien, że swobodnie wejdzie w konwencję żartu.
- No co ty? – powiedział – Nie cieszysz się, że wszystko pięknie się udało i że teraz możesz chwilę odsapnąć, zwłaszcza, że cały wasz dekanat jest już po nawiedzeniu?
- Jak to pisał Święty Paweł, tam gdzie rozlał się grzech, tam jeszcze bardziej rozlała się łaska, prawda? W takiej kolejności. No, a u mnie to było odwrotnie. Najpierw była łaska, dużo łaski, bardzo dużo. No, a potem przyszedł grzech. Nie aż taki duży, ale dokuczliwy – tłumaczył Staszek.
- Co się stało, ofiary na tacę ci spadły czy co? – żartował Mateusz.
- Tacę to mi właśnie zarąbali. Ze ślubu i pogrzebu, plus intencje mszalne – odpowiedział Staszek.
- Żartujesz? – nie dowierzał Mateusz.
- Nie. A do tego komputer, telefon… Aha, byłbym zapomniał: jeszcze samochód – Staszek nie tracił wigoru, ale słychać było, że jest przybity.
- Kiedy to się stało? – zapytał Mateusz.
- Wczoraj. Tak dzień Pański uczcili. Akurat odprawiałem pierwszą Mszę, a oni spokojnie obrobili plebanię, a później sobie odjechali… moim samochodem. Takie życie. Myślałem, że już wiesz, podobno nawet na internetowej stronie ntv.24 jest informacja na ten temat. Żeby łapali tych złodziei tak szybko, jak szybko docierają do prasy informacje, to spałbym spokojniej.
- A w ogóle możesz spać? – zapytał Mateusz.
- No, nie bardzo. Jak masz świadomość, że złodziej raz „skalał” twoje gniazdo, to choć wiesz, że drugi raz nie przyjdzie tak prędko, to jednak czujesz się dziwnie. Tak jakby mniej u siebie. No, ale co zrobić. Wiesz co? Tak sobie myślę, że może czasem potrzeba też jakiejś osobistej ofiary, tak z naszej strony. Pewnie, że nie chodzi o to, żeby się pozwalać okradać, cały czas jestem zły na siebie, że nie pomyślałem o jakimś porządnym zabezpieczeniu. W końcu na tej plebanii to nie tylko moje osobiste mienie się znajduje, szczerze mówiąc to tych osobistych rzeczy za wiele tam nie ma, ale również parafialne. Trzeba to odpowiednio zabezpieczyć. Ale tak myślę, że jeżeli ten problem jakoś pomoże całej wspólnocie bardziej się zjednoczyć wokół proboszcza i do większej troski o dobro wspólne, to jakoś to przecierpię! No, już! Wystarczy! Dzwonię do ciebie, bo chciałem cię prosić, żebyś jutro wpadł po mnie jak będziesz jechał na spotkanie, bo ja nie dość, że nie mam bryczki, to niestety straciłem też wszystkie dokumenty.
- Tyle razy ci mówiłem, żebyś nie zostawiał dokumentów w samochodzie…
- Powiem ci w tajemnicy, że laptopa też miałem w aucie – niemal z pokorą wyznał Staszek.
- W sumie, to jak ci się włamali do mieszkania, to już wszystko jedno… Przykro mi Staszku, to ci dopiero nieszczęście. Ledwie się wprowadziłeś…
- Damy radę! – Staszek próbował nie tracić ducha. – To jutro czekam na ciebie i z góry dziękuję.
- Trzymaj się, no i słuchaj, ja groszem nie śmierdzę, ale jakbyś potrzebował jakiejkolwiek pomocy to coś tam wysupłam, albo pożyczę od brata. Wal śmiało, jakbyś czegoś potrzebował, dobra? A tak a propos, to dużo tych pieniędzy trzymałeś w domu?
- Akurat tak się złożyło, że nie zdążyłem wpłacić na konto i było tego z pięć tysięcy… Dzięki za chęć pomocy, ale myślę, że jakoś dam radę. Z Bogiem – zakończył Staszek.
- Dobra, ale jakby co, to daj znać. Z Bogiem – Mateusz schował do kieszeni telefon i odczekał jeszcze chwilę, aż jego komputer połączy się z internetem.
„Kto wie – myślał – czy te ostatnie coraz bardziej bezpardonowe i rzadko zasłużone krytyki pod adresem księży i biskupów padające z ust nawet wysokich urzędników państwowych i to otwarcie przestrzeni publicznej dla jawnego antyklerykalizmu nie rozzuchwalają różnego rodzaju rzezimieszków. Bo skoro można się nabijać z tego, co chrześcijańskie zupełnie bezkarnie, skoro ciągle się słyszy, że księża są źli, a biskupi niemądrzy, to na pewno nie wytwarza to wokół księży i parafii szczególnie dobrej atmosfery… Może to dobrze, że akurat na ten czas mamy nawiedzenie Matki Bożej w diecezji… Może to pomoże w takim zjednoczeniu się ludzi wokół swoich duszpasterzy…”
- Mateczko, wszystko w Twoich rękach! – powiedział głośno Mateusz i już miał sobie podarować łączenie z internetem, ale właśnie w tej chwili się zalogował. Wystukał więc adres strony internetowej stacji mającej się za informacyjną i z zaciekawieniem przeczytał newsa dotyczącego smutnej przygody jego kolegi. Informacja wydawała się dość wyważona i na pierwszy rzut oka pozbawiona komentarza, czyli taka, jaka być powinna. Było tylko jedno malutkie „ale”. Według wysłanej na cały świat informacji o włamaniu i kradzieży w parafii była mowa o skradzionych… pięćdziesięciu pięciu tysiącach złotych. Pomyłka? Czy może przekonanie, że przecież ksiądz nie mógł mieć „zaledwie” kilku tysięcy złotych na plebanii. Nie, nie był aż tak złośliwy, żeby myśleć, że ktoś specjalnie chce wysłać sygnał, że na plebaniach to ho, ho, ho!

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!