TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 20 Września 2020, 20:06
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LII

Jasna i ta druga strona księży(ca) część LII

- No chyba żartujesz! Wracacie też na pieszo? – nie mógł się nadziwić ks. Robert, wieloletni kompan pielgrzymkowych zmagań w czasach szkoły średniej i seminarium jeszcze we Wrocławiu, który na skutek „pączkowania“ diecezji obecnie posługiwał w Świdnicy. – Pielgrzymka jest do Matki Bożej, do Częstochowy, ale żeby na pieszo też wracać to większego sensu w tym nie widzę – Robert chwilowo maszerował obok Mateusza, który właśnie z grupą wyruszał w drogę powrotną, podczas gdy spotkany po latach kolega miał się właśnie pakować ze swoimi do podstawionego autokaru.
- Też tak kiedyś myślałem, że to mija się z celem… Ale jak się troszkę zastanowić, to przecież przez całe wieki pielgrzymki obejmowały również drogę powrotną
i była to pierwsza weryfikacja czy podjęty wysiłek owocował lepszym życiem w ciągle jeszcze trudnych warunkach wędrówki. Dopiero w naszych czasach wraca się inaczej niż się dotarło, nie sądzisz? – pytał Mateusz.
- W sumie to może i masz rację, ale my idziemy dziewięć dni i logistycznie byłoby nam trudno podwoić tę liczbę. No i nie wiem ilu ludzi by się na to zdecydowało – odparł Robert. – A u was wszyscy wracają?
- Może wszyscy nie, ale na pewno znakomita większość. W mojej grupie tylko dwie osoby musiały zabrać się pociągiem, ale za to doszło mi pięć osób, które nie szły na Jasną Górę, ale dołączyły do nas na Święto i chcą iść przynajmniej drogę powrotną – cieszył się Mateusz.
- No tego to już w ogóle nie kumam – Robert niemal z niesmakiem kręcił głową – pielgrzymować od Matki Bożej do domu?
- Widzisz Robercik, nie wszyscy mogą mieć urlop na pielgrzymkę, a niektórym bardzo zależy, aby choć trochę popielgrzymować. A poza tym, to cel jest ważny, ale nieraz sama droga jest jeszcze ważniejsza – nieco filozoficznie podsumował Mateusz. – No i nie wyobrażasz sobie jaki jest szał, kiedy całe miasto wita wracających pielgrzymów. Przeżycie jest niesamowite.
- Dobra Mati, ja się będę zrywał, bo muszę sprawdzić obecność w autokarze. Trzymaj się tam mocno, żeby znowu cię gdzieś nie wyrzucili – roześmiał się Robert. – A tak przy okazji, nie myślisz czasami aby wrócić na stare śmieci, do Wrocławia, tak jak to kiedyś zamierzałeś?
- Już dawno nikt mnie o to nie pytał, wiesz? A sam raczej też do tej kwestii nie wracam, co pewnie znaczy, że dobrze mi tu, gdzie jestem. Nie, nie. Dwa razy do tej samej rzeki, nie.
- A co byś powiedział na, hmm, taki Tybr? – podpuszczał go Robert.
- O! Tybr to jest zupełnie inny rodzaj rzeki – roześmiał się Mateusz. – Ale podtrzymuję, co powiedziałem, jestem szczęśliwy, a resztę rozpisuje Grande Capo. Trzymaj się Robi, z Bogiem!
Wymienili jeszcze porządnego „misiaka“ i Robert wrócił do swoich pielgrzymów, a Mateusz zastanawiał się nad tym co powiedział koledze o sensie pielgrzymki powrotnej. Pierwsza weryfikacja pielgrzymowania do Matki. Rzeczywiście był ciekaw, co tych kilka kolejnych dni powie mu o jego pielgrzymach. A ponieważ modlitwy poranne, z Godzinkami włącznie były już zakończone i muzykanci aż się rwali do grania i śpiewania – najwyraźniej dwa dni pobytu na Jasnej Górze, kiedy nie mieli możliwości „publicznych“ występów wygłodził ich i wyostrzył „parcie na sitko“ czyli mikrofon – więc Mateusz mógł spokojnie oddać się do dyspozycji potrzebujących rozmowy, czy… spowiedzi.
- Słuchajcie, rodzeństwo wy moje! – powiedział do mikrofonu. – Widzę, że nasza służba muzyczna ma głód mikrofonu jak Rolling Stonesi po pięcioletniej przerwie, dlatego teraz sobie pośpiewamy, a ja będę szedł na końcu grupy. Jeśli ktoś się chce wyspowiadać albo porozmawiać w cztery oczy, to zapraszam.
- Niech już tak ksiądz nie przesadza z tym naszym parciem na mikrofon – odpowiedział mu Smoku idący obok z gitarą – ale faktem jest, że w Częstochowie nauczyliśmy się fajnych kawałków od pielgrzymów z Gdańska i z Rzeszowa, więc możemy trochę poszerzyć repertuar.
A ksiądz to se chyba jaja robi z tą spowiedzią, co? Przecież wczoraj wszyscy byliśmy na uroczystościach na Jasnej Górze. Wcześniej się wszyscy wyspowiadaliśmy. Nie wiem czy ksiądz do mnie „pije“, ale my z Olą spowiadaliśmy się u paulinów – szelmowski uśmiech miał nie pozostawić wątpliwości, że „pewnych“ grzeszków nie chcieli powierzyć Mateuszowi.
- Ja tam się wcale nie zdziwię, jeśli ktoś dzisiaj będzie potrzebował spowiedzi – odparł Mateusz. – Wręcz przeciwnie, bardzo się ucieszę, zachęcam. Na nikogo nie będę się wydzierał, że tylko on i Szwedzi, szli na Jasną bez spowiedzi. Jestem z tyłu – zakończył Mateusz i przekazał również drugi mikrofon grupowym grajkom.
Bardzo lubił spowiadać na pielgrzymce. To właśnie tutaj najczęściej zdarzały mu się spowiedzi – niespowiedzi. Kiedy przychodzą ludzie, może zrażeni do sakramentu, który albo sami zaniedbali, albo inni skutecznie im obrzydzili, i zaznaczają, że nie chcą się spowiadać, że chcą po prostu pogadać. Często te rozmowy kończyły się stwierdzeniem Mateusza, że była to piękna… spowiedź i jeśli zaakceptują pokutę, to Mateuszowi nie pozostaje nic innego jak tylko udzielić im rozgrzeszenia. I te pełne zdziwienia pytanie:
- To tak też można się spowiadać?
- Tak nie można, tylko trzeba – ripostował zawsze Mateusz – z takim żalem, z taką chęcią zmiany i z taką szczerością.
Czekając aż cała grupa przejdzie obok, aby zająć swoje miejsce w szyku na końcu, Mateusz zauważył, że oprócz pięciu osób, które dołączyły do jego grupy na całą trasę powrotną, a byli to głównie krewni bądź przyjaciele pielgrzymów idących od początku, jest też kilka innych osób, których nie znał. Nie było
w tym nic dziwnego, ponieważ często pielgrzymi decydowali się na przejście jednego bądź kilku odcinków w innej grupie. Przez kilka minut nikt do niego nie podszedł, a później przy rowie zatrzymał się właśnie jeden z chłopców, którego Mateusz nie znał. „Pewnie czeka na swoją grupę, która musi być za nami“ – pomyślał Mateusz.
- Czekasz na swoich? – zagadnął chłopaka.
- Tak, idę z grupą…
Chłopak jakby się zaciął, a Mateusz przez chwilę pomyślał, czy nie jest to jakiś „troll“, który podszywa się pod pielgrzyma, dla jakichś niecnych celów, jak to dawniej bywało. Całe te historie wokół krzyża w Warszawie i niektóre prowokacje, jako żywo przypominały Mateuszowi czasy, o których myślał, że minęły bezpowrotnie.
- A może ksiądz chwilę ze mną porozmawiać? Wtedy może ksiądz zrozumie, dlaczego wolę nie mówić w jakiej idę grupie, choć i tak się ksiądz domyśli…
- Jasne, że tak, nie ma najmniejszego problemu. Przyznam ci się, że przez chwilę myślałem, że coś kombinujesz, chyba jestem przewrażliwiony. Zawsze się boję, żeby ktoś pielgrzymki nie popsuł, bo uważam, że to wspaniała przygoda z Bogiem, ale nieraz tak łatwo to wszystko spłycić i sprowadzić do jednorazowej wycieczki trekkingowej z elementami duchowości i romansu – spuentował swoją troskę o pielgrzymkę Mateusz.
- O kurka! – wyrwało się chłopakowi.
– A ja właśnie w tej sprawie.
- Czyli moje przeczucia mnie nie myliły? – zapytał Mateusz.
- Nie, nie, tu nie chodzi o mnie, ja jestem na pielgrzymce dziewiąty raz i mam nadzieję, że nie jestem dla niej zagrożeniem. Ale chodzi o naszą grupę, która powstała zaledwie trzy lata temu, bo do tej pory chodziliśmy z różnymi parafiami. Aż wreszcie ksiądz wikariusz się sprężył i w 2008 roku zdecydowaliśmy się na samodzielność. Było świetnie. Po prostu super! Najlepsza pielgrzymka w moim życiu, a mam całkiem niezły przegląd.
W tamtym roku tak samo, bardzo pozytywnie. No i jak to zwykle bywa, w tym roku zmiana wikariusza i idziemy z innym księdzem… Wie ksiądz, ja się nie lubię na księży skarżyć, ale on w ogóle serca do nas nie ma. Mało się interesuje logistyką, ale na szczęście z tym sobie radzimy. Ale nie ma serca do ludzi, nie porozmawia, nawet do mikrofonu powie, że jesteśmy drętwi! Tak się nie robi, proszę księdza, my starsi pielgrzymi sobie z tym damy radę, ale jest masa dzieciaków, oni to przeżywają bardzo. Czujemy się jakbyśmy byli z nieprawego łoża, jak pasierby jakieś. Wie ksiądz, poślubił parafię,
a grupa pielgrzymkowa to taka pasierbica z poprzedniego związku, którą trzeba zaakceptować. Byłoby więcej do opowiedzenia, ale ja się tym nie interesuję, zresztą jestem przekonany, że ksiądz niejedno usłyszy w ogólniaku. Ale pasierbami nie jesteśmy. To boli. Boli jak cholera.

Jeremiasz Uwiedziony

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!