Jasna i ta druga strona księży(ca) - część CXIX
Mateusz przez dłuższą chwilę nie mógł z siebie wydobyć głosu, a i Stefan zamilkł, jakby się zorientował, że może jednak nieco się zagalopował. Jednak kiedy Mateusz otworzył usta, Stefan powstrzymał go gestem dłoni.
- Mateusz, proszę cię, nawet nie próbuj. W tym roku nie idę na kolędę i koniec. Więc jeśli przyjechałeś, żeby mnie przekonać, to daremnie się trudziłeś. O, widzisz? To będzie twoja pierwsza porażka, wreszcie będziesz mógł powiedzieć, że tobie też się coś nie udało. Mówią, że porażki hartują ducha, więc na pewno ci się przyda. Chociaż, z drugiej strony, gdyby tak było rzeczywiście, to ja powinienem mieć ducha ze stali, bo czego bym nie próbował, to się zamienia w...
- Daj spokój! - przerwał mu Mateusz.
- Już wiem, w co się zamienia... Wydaje mi się, że nieco przesadzasz...
- Ja przesadzam? Myślisz, że nie potrafię spojrzeć obiektywnie na swoje własne życie? Wcale mnie nie znasz i przyjechałeś tutaj, żeby mi mówić, że ja przesadzam? - gorączkował się Stefan.
- Ty też mnie aż tak dobrze nie znasz, a pozwalasz sobie na wyzywanie mnie od jakichś Midasów, którym się wszystko udaje i przede wszystkim to mam na myśli, kiedy mówię, że przesadzasz – powiedział Mateusz starając się o zachowanie jak najspokojniejszego tonu, choć wewnątrz był cholernie wkurzony, nie tyle na Stefana, który wyraźnie miał doła, ale na dziekana, który go tutaj przysłał.
- OK, masz rację, przesadzam. Ale wiesz, jeżeli od września, za każdym razem kiedy ktoś przyjdzie do kancelarii parafialnej po jakieś zaświadczenie, albo Mszę zamówić, nie słyszę nic innego, tylko jaki ten nowy ksiądz w Strzywążu fajny, jak pięknie Msze odprawia, jakim biednym samochodem jeździ, jak to wigilię zrobił dla samotnych, jak taczkami gruz wozi, jak na dziękczynienie śpiewa i gra na gitarze, to mnie już to trochę wkurza, nie uważasz? Ty, a propos, naprawdę sam sobie podczas Mszy Świętej grasz na gitarze? - Stefan spojrzał na niego już bez tego zacietrzewienia w oczach.
- Nie, no nie... To znaczy, wiesz, mam gitarę ustawioną za miejscem przewodniczenia i w dni powszednie, bo wiesz, nie mam stałego organisty, to nieraz jakiś kanon z Taize, albo coś takiego to sobie podegram na dziękczynienie, ale tylko to, nie żebym całą Mszę grał na gitarze – tłumaczył się Mateusz.
- A co na to nasz diecezjalny liturgista Bratkowski? - zapytał Stefan.
- Nie wiem, nie pytałem, może lepiej, żeby nie wiedział, bo dostanę zrypkę. Wiesz wprowadziłem takie dziękczynienie po Komunii na każdej Mszy Świętej, najpierw milczenie, jakąś dobrą minutę, a potem wspólny śpiew, nawet jak jest nas w kościele dwie osoby. I wtedy podgrywam sobie na gitarce... Wiem, że to pewnie nieliturgicznie, ale na razie póki nie mam organisty...
- No widzisz? Ciągle coś wymyślasz, a potem moi parafianie narzekają, że dlaczego ja nie gram na gitarze. A ja nie umiem... Ah, Mateusz, przepraszam. Takiego mam doła ostatnio... Nie wiem, może już czas, żeby z tych Pokrzywic iść gdzieś dalej? Może ja mam już dość tych ludzi? - pytał retorycznie Stefan wpatrując się w swoją filiżankę z herbatą.
- A dlaczego nie chcesz iść na kolędę w tym roku? - zapytał delikatnie Mateusz widząc nieco bardziej pojednawczą minę kolegi.
- Jestem tu już dziesięć lat. I od dziesięciu lat próbuję wprowadzić pewne rzeczy. Nie jakieś tam wielkie sprawy, żeby potem w innych parafiach opowiadali, jak nie przymierzając o Tobie...
- Przestań już, co? - powiedział z wyrzutem Mateusz, który miał już po dziurki w nosie tych personalnych wycieczek.
- No dobra, sorry! No więc normalne rzeczy: na przykład kancelaria parafialna. Zawsze staram się siedzieć w wyznaczonych godzinach, ale też bez problemu załatwiam sprawy, jeśli mnie proszą przed czy po Mszy Świętej, nawet w niedzielę. Ale, jak jest dyżur to i tak zawsze siedzę w kancelarii. Wszystko na nic. Wydaje mi się, że nieraz robią to wręcz specjalnie, przychodząc o każdej porze dnia, byle nie w godzinach urzędowania w kancelarii. I jak się zdarzy, że mnie nie ma, no a przecież chyba nie muszę cały dzień siedzieć na plebanii, to jeszcze z pretensjami, że gdzie ja się podziewam. Tydzień temu siedziałem w kancelarii i nikt nie przyszedł. Godzinę później ktoś dzwoni do mieszkania. I to wiesz, wciska dzwonek i trzyma ze 30 sekund. Trzy sekundy przerwy i znowu 30 sekund dzwoni. Wkurzyłem się jak nie wiem co, ale się opanowałem, spokojnie idę, otwieram drzwi no i stoi taki jeden. Pytam się grzecznie, czemu się tak niecierpliwi, a on, że się spieszy. Więc mówię mu, że ma szczęście, że mnie zastał, bo kancelaria był otwarta godzinę temu. A on do mnie, że przychodzi kiedy chce, bo jak ksiądz po kolędzie chodzi, to też się z nim na godzinę nie umawia, a i dnia z nim też nie konsultuje. Nie wytrzymałem. Usiadłem i powiedziałem, żeby się nie martwił, bo w tym roku wcale nie będę go niepokoił. A jak poszedł, oczywiście dałem mu zaświadczenie, po które przyszedł, to się przez chwilę zastanowiłem, przypomniałem sobie różne sytuacje z kolędy z tych dziesięciu lat i doszedłem do wniosku, że w tym roku wszyscy od siebie odpoczniemy. Wiesz? Z całkowitym spokojem. Ogłosiłem to w ostatnią niedzielę, z tą motywacją, że sobie od siebie odpoczniemy, może się za sobą stęsknimy. I Mateusz, proszę cię, nie namawiaj mnie do zmiany decyzji. Wiem, że to się może wydać głupie, ale to w końcu nie sakrament. Psy na nas nieraz wieszają za tę kolędę, ciekaw jestem, jak będzie w tym roku. Widzę, że ferment trochę jest pośród ludzi i nawet do Księdza Dziekana doszło, ale ja zdania nie zmienię – zakończył Stefan, który rzeczywiście wydawał się być absolutnie pewien swojej decyzji.
- Zrobisz, jak uważasz – powiedział Mateusz. - Cóż, chociaż wbrew temu co myślisz, bynajmniej nie wszystko mi wychodzi, powiem więcej, jestem pełen obaw przed tą kolędą, a kilka moich propozycji w parafii zakończyło się kompletną klapą...
- Na przykład co? - przerwał mu Stefan, który chyba naprawdę myślał, że Mateusz jest jakiś w czepku urodzony.
- Na przykład nie mam Rady Parafialnej, bo nikt mi się nie zgłosił, nikt nie przyszedł na Krąg Biblijny, nikt mi nie pomógł przy remoncie plebanii, prawie nikt nie przyszedł na wieczerzę wigilijną dla samotnych, o której wspomniałeś...
- No co ty? A mi ludzie mówili, że i owszem, że śpiewy kolęd było słychać na pół ulicy, bo ktoś przejeżdżał samochodem... - Stefan nie ukrywał zdziwienia.
- Śpiewać śpiewaliśmy, bo przyjechała moja rodzina i kilkoro przyjaciół, ale z parafian były tylko trzy osoby. Co jeszcze mi się nie udało? Budowy kościoła jeszcze nawet nie dotknąłem, nie tylko palcem, ale nawet myślą. Nic. Wszystko w miejscu. Wymieniać dalej? - zapytał Mateusz.
- No dobra, wystarczy. Widzę, że dla ludzi jednak trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona... Przepraszam Mateusz. Ale teraz po kolędzie, może coś ci się uda ruszyć. Jakbyś potrzebował jakiejś pomocy, wiesz jakąś Mszę odprawić, czy coś, to śmiało dzwoń, bo ja mam wyjątkowo luźny styczeń – uśmiechnął się Stefan.
- Nie dasz się przekonać? - zapytał jeszcze Mateusz.
- Nie – lakonicznie odparł Stefan.
- W każdym razie, jak mówiłem, choć nie wszystko mi wychodzi, to jakbyś czegoś potrzebował, choćby pogadać, to zawsze możesz na mnie liczyć. Plebania jeszcze nie umeblowana, ale kominek już działa, więc serdecznie zapraszam, tylko wcześniej zadzwoń, bo wiesz, ja mam kolędę – uśmiechnął się Mateusz.
- No, brachu, współczuję ci i życzę powodzenia – powiedział Stefan ściskając dłoń Mateusza na pożegnanie.
***
- Pokój temu domowi! - powiedział wesoło Mateusz otrzepując buty ze śniegu i wchodząc do pierwszego domu na trasie swojej pierwszej proboszczowskiej kolędy.
- I wszystkim jego mieszkańcom – odpowiedzieli tak ministranci, jak i domownicy. Mateusz patrzył na piękny biały obrus, lichtarze, pasyjkę, talerz z wodą święconą, tradycyjne kropidło i Pismo Święte leżące na stole, na odświętne stroje całej rodziny i zrobiło mu się bardzo lekko na duszy. Nie mogło zacząć się lepiej... Po wspólnie odmówionej modlitwie i odczytaniu fragmentu Listu Świętego Pawła ministranci wyszli z pokoju i Mateusz został sam z rodziną.
- To teraz moi drodzy, możemy sobie usiąść i porozmawiać – zagaił Mateusz.
- Tak proboszczu. Bo byśmy chcieli wreszcie coś usłyszeć na temat naszego nowego kościoła, bo tak nam się wydaje, jakby ksiądz od samego początku jeszcze się tym tematem nie zajął. Jakby ksiądz wcale nie miał ochoty za tę budowę się zabrać. To jak to jest księże proboszczu?
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!