Jasna i ta druga strona księży(ca) 425
Z każdej sytuacji można znaleźć wyjście, zwłaszcza, gdy ma się wokół życzliwych ludzi.
– Wiesz co, proboszcz? W tym roku chyba się wyspowiadam przed Świętami – powiedziała Beata, jedna z dwóch kwiaciarek, które w parafii zajmowały się dekoracjami i florystyką, ta deklarująca się jako niewierząca.
– Naprawdę? To wspaniale, bardzo się cieszę – powiedział Mateusz, który nie wierzył własnym uszom.
– Nie, no żartowałam! – roześmiała się Beata, a Mateusz kątem oka zauważył, że drugiej florystce Małgosi, żart niekoniecznie przypadł do gustu, bo lekko się skrzywiła. – Naprawdę by się ksiądz z tego ucieszył? – kontynuowała wyraźnie rozbawiona Beata. – Bo tak zauważyłam ostatnio, że Kościół to już tak za bardzo nie chce nikogo nawracać. Jeszcze się okaże, że ten cały ksiądz poeta ze swoim wierszykiem „Nie przyszedłem pana nawracać” to prorok jakiś był.
– Oj Beatka, Beatka… Musisz wiedzieć, że za każdym razem jak cię widzę, to sobie myślę, że może to właśnie dzisiaj jest twój i mój szczęśliwy dzień – uśmiechnął się.
– Taki ksiądz ciekawy moich grzechów?
– Nie. Grzechy są nudne. Ale i brudne, nie warto ich przechowywać. Kiedy myślę o naszym szczęśliwym dniu wyobrażam sobie twoje poczucie jak bardzo jesteś kochana i dlaczego mimo, że deklarujesz się jako niewierząca, to właśnie dla Tego, który tak cię kocha, często przygotowujesz kwiaty i dekoracje w tym kościele.
– No to ten dzień jeszcze nie nadszedł – powiedziała po chwili milczenia Beata.
– Natomiast nadszedł dzień, żeby proboszcz wsiadł w swojego pięknego busa i pojechał do hurtowni po resztę kwiatów do Bożego Grobu – wtrąciła się w rozmowę Małgosia. – Ksiądz się powoła na mnie, oni wszystko wiedzą.
– Ile kasy mam przygotować?
– A jak tam stan kasy parafialnej?
– Szczerze mówiąc, to odkąd tu jestem, jeszcze nigdy nie było tak kiepsko. Po opłaceniu ostatnich faktur za prąd i gaz na koncie bieżącym mamy niecały tysiąc złotych – szczerze odpowiedział Mateusz, a kobiety aż wytrzeszczyły oczy.
– Tysiąc? – jęknęła Beata.
– Niecały – doprecyzował Mateusz. Mamy jeszcze inne pieniądze na inne cele, intencje mszalne, czy te które składamy na nowy konfesjonał, a poza tym coś na pewno ludzie złożą do tej skarbony na kwiaty do Bożego Grobu, więc spokojnie, damy radę. Ma być pięknie jak zwykle – uśmiechnął się Mateusz, który pomyślał także o niezłej sumce, która odłożyła się na jego prywatnym koncie, w końcu od dekady nic znaczącego sobie nie kupował, w razie czego może wspomóc parafię. – To ile tej kasy mam zabrać?
– Jakieś dwa i pół tysiąca, maksymalnie trzy – odpowiedziała Małgosia z niepewną miną, czy nie przeszarżowały.
– No to nie jest źle, myślałem, że będzie więcej – odpowiedział Mateusz z nieco wymuszonym uśmiechem, próbując sobie przypomnieć, ile zapłacił za pierwszą część dekoracji kilka tygodni temu. – Najważniejsze, że będzie pięknie.
– Chyba jak dotychczas nigdy księdza nie zawiodłyśmy – zauważyła Beata.
– Ani mnie, ani parafian, co jeszcze ważniejsze – jeszcze raz uśmiechnął się Mateusz. – To ja się zbieram, bo o 16.00 muszę podjechać na spowiedź do sąsiada.
W hurtowni się okazało, że – jak wytłumaczyła właścicielka – przez Trumpa ceny wzrosły i ostatecznie rachunek opiewał na 3100 zł., ale trzeba przyznać, że kwiaty były piękne i w obfitości, więc Mateusz za bardzo nie marudził, tylko po zapakowaniu wszystkiego ruszył w drogę powrotną. Mniej więcej w połowie drogi, czyli około 10 kilometrów od plebanii, jego wysłużony bus nagle szarpnął po czym zgasł, a na konsoli zapaliły się wszystkie możliwe kontrolki.
– Świetnie! – jęknął Mateusz. Wyciągnął kluczyk, wysiadł z samochodu, zajrzał pod klapę, czy się nic nie pali, po czym spróbował jeszcze raz włączyć zapłon bez happy endu. „Gdyby ten grat nawalił w hurtowni, to może by mnie jakoś poratowali, bo pewnie mają jakieś furgony” - pomyślał Mateusz. Postanowił zadzwonić do pana Olka, który miał małą firmę budowlaną i przede wszystkim był bardzo życzliwym człowiekiem, co niedzielę chodzącym do kościoła.
– Panie Olku – powiedział Mateusz, gdy tylko po drugiej stronie usłyszał „Halo”, – tu proboszcz. Mam problem. Mój bus rozkraczył mi się w drodze z hurtowni z kwiatami do parafii i nie wiem do kogo się zwrócić po pomoc.
– Witam proboszcza, dobrze ksiądz trafił, bo akurat tu siedzi ze mną Robert, nasz kierowca i kiwa głową, że może podjechać zabrać najpierw towar i księdza, a potem zajmiemy się busem – pan Olek momentalnie rozwiązał przynajmniej część jego problemów.
– Całe szczęście, że mam takich parafian, serdecznie dziękuję – powiedział Mateusz, po czym od razu wysłał pinezkę ze swoją lokalizacją. Dosłownie po piętnastu minutach Robert, chyba kuzyn pana Olka pojawił się dużym towarowym furgonem i raz dwa przeładowali kwiaty i przewieźli je na plebanię.
– Widzę, że proboszcz wziął towar łącznie z transportem – zdziwiła się Gosia. – Nie zmieściło się wszystko w księdza busie?
– Zmieściło się, ale ten wziął i się zepsuł w połowie drogi – odpowiedział Mateusz próbując przybrać niefrasobliwą minę.
– To była kwestia czasu – zauważyła Beata, jakby była ekspertką nie tylko od kwiatów, ale i od motoryzacji.
– Się naprawi i jeszcze parę lat posłuży, to w końcu volkswagen i to ze starszych, dobrych czasów, bo że te nowe niewiele warte, to się zgodzę – odparł Mateusz, a Beata tylko spojrzała na niego z przesadzonym politowaniem.
– Ja bym w to pieniędzy nie pakowała, ale to nie moja sprawa – powiedziała i wróciła do Małgosi, która już wyciągała kwiaty.
– Dziękuję panie Robercie – powiedział Mateusz do kierowcy. – Dzisiaj wieczorem wpadnę do pana Olka i wszystko z nim rozliczę.
– Nie ma sprawy, jeśli chodzi o mnie to już wszystko rozliczone, nic nie trzeba. Ma ksiądz jakiś drugi samochód?
– Nie mam…
– To może gdzieś księdza podrzucić?
– Wie pan co? Jakby się udało na plebanię do Smardzowa, to bym był wdzięczny, bo mamy tam spowiedź. Z powrotem podrzuci mnie któryś z kolegów.
– Nie ma sprawy, zapraszam – bez wahania odparł Robert, a Mateusz szybko pobiegł po sutannę.
***
– Księże Mateuszu, chłopaki zabrali tego księdza vana na warsztat do Jacka – tłumaczył pan Olek, kiedy około dwudziestej Mateusz odwiedził go siedzącego jeszcze w małym biurze. – I nie mam dla księdza dobrych wieści. Tam już nie ma co naprawiać. Jacek mówi, że tam bankowo był przekręcony licznik i te niby 200 tysięcy kilometrów przejechanych to na pewno nie jest faktyczny przebieg. Minimum trzeba by wymienić skrzynię biegów, ale po co pakować pieniądze w coś, co i tak za chwile będzie wymagało kolejnych napraw - mówił.
– No to słabo – zasępił się Mateusz.
– A musi ksiądz mieć takiego busa? – zapytał Olek.
– Lubię mieć możliwość zabrania jakiejś grupy osób, ministrantów czy młodzież, więc taki van na 9 osób jest w sam raz – odparł Mateusz.
– No ale jak często ksiądz zabiera takie grupy? – dociekał Olek, a Mateusz pewnie się zaczerwienił, bo rzeczywiście ostatnio bardzo rzadko, raz – bo nie było za bardzo chętnych, a dwa, że ze względu na stan busa on sam bał się dłuższych wypraw.
– Ostatnio niezbyt często – przyznał szczerze.
– No to sam ksiądz widzi… Po co wozić powietrze? A jak jest potrzebny, to przecież można pożyczyć raz kiedyś, nawet i ode mnie. Bo jakby ksiądz nie musiał mieć busa, to ja bym miał dla księdza dobrą propozycję – Pan Olek się uśmiechnął.
– No to słucham – Mateusz też się uśmiechnął.
– Widzi ksiądz to czarne Volvo XC60 na podwórku?
– Niezła bryka – odparł Mateusz.
– Naprawdę niezła. Mam ją od nowości, ma niecałe pięć lat, około 40 tysięcy kilometrów przejechanych, zero wypadków, zero problemów, a akurat mi się kończy leasing, chyba za dwa miesiące. I ponieważ nie będzie mi generować kosztów, które mogą odliczyć, jest na sprzedaż. Zrobię księdzu naprawdę dobrą cenę i nawet poczekam na pieniądze, jeśli trzeba, nie spieszy mi się – powiedział Olek.
– Ale ile takie auto jest warte? – zainteresował się Mateusz.
– Myślę, że między 110 a 130 tysięcy – odparł Olek.
– Tak myślałem – uśmiechnął się Mateusz. – Super panie Olku, dziękuję za propozycję, ale to auto nie jest dla mnie, w życiu bym nie wydał, nawet gdybym miał, ponad 100 tysięcy na samochód. Naprawdę dziękuję za propozycję.
– No to dla księdza cena będzie 99 tysięcy. I można w ratach – uśmiechnął się Olek.
– Poważnie pan mówi?
– Jak najbardziej! Proszę tu są kluczyki. Niech ksiądz sobie je weźmie na próbę, pojeździ kilka dni, jak się nie spodoba, to nie ma problemu…
– A pan czym będzie jeździł?
– Spokojnie, mamy dwa auta oprócz tego – szybko wyjaśnił Olek.
– A jak spowoduję jakiś wypadek albo stłuczkę, to co będzie?
– Jest pełne ubezpieczenie, żaden problem. Proszę! A po świętach zdecydujemy – pan Olek już wstawał i odprowadzał Mateusza do drzwi, który z trudem wierzył w to, co się działo. Po krótkiej instrukcji wyjeżdżał pięknym, czarnym Volvo. Wydawało mu się, że w starym volkswagenie zatrzymał się jakieś trzy generacje temu. Zaparkował przy plebani i jeszcze przez kilka minut przyglądał się ekranom i funkcjom, które posiadało auto. Które mogło być jego. Był naprawdę podekscytowany i kiedy w końcu wysiadł, nie mógł oderwać wzroku od samochodu.
– A Pan Jezus to na osiołku jeździł – usłyszał głos za plecami.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!