TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 12 Marca 2026, 20:51
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) 423

Jasna i ta druga strona księży(ca) 

W Wielkim Poście Mateusz szczególnie starał się dbać o życie duchowe parafii i swoje, ale tym razem musiał spojrzeć na to z innej perspektywy.

Nie potrzebował wyrzutów sumienia, by wiedzieć, że wchodzenie w Wielki Post bez spowiedzi to nie była dobra sytuacja. Właściwie to po raz kolejny był zły na siebie, że znowu zapomniał zrobić specjalny dzień spowiedzi na początek Wielkiego Postu dla parafii. Każdego roku sobie obiecywał, że tak zrobi w kolejnym, ale potem albo za późno się obudził, albo koledzy księża mówili: spowiedź rekolekcyjna, potem robisz noc konfesjonałów tuż przed świętami, nie za dużo tego? A poza tym jak zrobisz na początku Wielkiego Postu, to potem jak przyjedziemy na rekolekcyjną to będziemy siedzieć i bąki zbijać. A taka spowiedź tylko z proboszczem dostępnym to się mija z celem. A może nie? Jakby nie było, za rok, nie ma leszcza, robi taką spowiedź i już. Najwyżej ściągnie zakonników, jak księża z dekanatu go zbojkotują. Ale w tym roku już było za późno dla parafii, bo za dziesięć dni rekolekcje, ale on sam przecież nie mógł pozostać bez spowiedzi.
Przez wiele lat miał stałego spowiednika i ojca duchownego w osobie Orzecha, który był jego powiernikiem od czasów seminarium. I mimo, że wylądował w pewnej odległości od bazy Orzecha we Wrocławiu, to jednak z wyjątkiem pobytu za granicą nigdy nie zrezygnował z jego posługi. Najciekawsze było to, że nie potrafił powiedzieć, czy Orzech był spowiednikiem dobrym, czy surowym, czy łagodnym, czy jakimś. Po prostu był spowiednikiem, który potrafił wiedzę i doświadczenie włożyć w ramy Miłosierdzia. Mateusz zawsze chciał być takim spowiednikiem, ale chyba mu nie wychodziło… W każdym razie wizyty nieraz dwa razy w miesiącu u spowiednika miały też ten plus, że odwiedzało się Wrocław, stare śmieci i wspomnienia lat studenckich, czasami wydarzenie kulturalne. Ale zawsze spowiedź była głównym celem, zwłaszcza że Orzech z wiekiem też już nie był łatwo dostępny i trzeba się było umówić. Ale Orzech wziął i umarł.
Od tego czasu już nie miał stałego spowiednika, natomiast narodził się nowy zwyczaj, spowiedzi w Częstochowie, a konkretnie na Jasnej Górze. Trzeba powiedzieć, że tam spowiednicy nie mają żadnej taryfy ulgowej wobec księży. Jeśli u Orzecha nieraz usłyszał reprymendę, to były to żarciki w porównaniu z katechezami, jakie dostawał u kratek jasnogórskich konfesjonałów. Jakby Jasna Góra podnosiła standard duchowych wymagań. I bardzo dobrze! Spowiedź na Jasnej Górze miała też ten wspaniały aspekt odwiedzin u Mamy. To dla kogoś może być infantylne, ale dla Mateusza było dokładnie tak, jak - sorry za tak ryzykowne porównanie - dla Karola Wojtyły. Kiedy Karolowi umarła mama Emilia, ojciec wziął go do Kalwarii Zebrzydowskiej, pokazał mu Matkę Bożą na obrazie i powiedział, że to będzie teraz jego matka. Jak Karol przyjął te słowa, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. Mateusz miał wiele dobrych kobiet, które traktowały go jak syna i były w tym naprawdę przekochane, ale jego mama była teraz tam, na Jasnej Górze. Więc spowiedzi raz, dwa razy w miesiącu były związane z wizytą u Mamy. Ok, odkąd został proboszczem, również okazją do zakupów liturgicznych, no ale to na ostatnim miejscu. Chociaż nieraz, trzeba przyznać, zdarzało się i tak, że trzeba było koniecznie zrobić zakupy, a przy tej okazji pójść do spowiedzi. Bóg zawsze znajdzie sposób, żeby ci przypomnieć, że może za bardzo się rozmiłowałeś w ciepełku grzechu i najwyższy czas to zmienić.
No ale nie zawsze się uda wygospodarować właściwie cały dzień by wyskoczyć do Mamy i do spowiedzi. I co wtedy? Wtedy pozostaje posługa kolegów z dekanatu. Kiedyś z tego nie korzystał, bo nie chciał, by koledzy znali jego słabości. Ale i z tym z czasem Bóg sobie poradził… Bo w końcu co jest ważniejsze? Co o mnie myślą koledzy, czy odprawianie Mszy Świętej w stanie łaski uświęcającej? A idąc dalej, gdyby moi parafianie tak myśleli, to nikt by się u mnie nie spowiadał…
No i wczoraj tak się złożyło, że do Częstochowy nie było kiedy, a akurat miał odprawić Mszę u sąsiada, więc okazja do spowiedzi sama się nadarzyła. Kolega wyspowiadał, pouczył, rozgrzeszył i nadał pokutę. Odprawić Drogę krzyżową. Albo samemu albo razem z parafianami. I Mateusz nie chciał czekać do piątku, do pierwszego nabożeństwa i postanowił, kto wie, może pierwszy raz w życiu, odprawić samemu Drogę krzyżową, nie w 10 minut, ale porządnie z rozważaniem każdej stacji. W tym celu udał się do kościoła przekonany, że tam nikt mu nie będzie przeszkadzał i z wielkim namaszczeniem rozpoczął swoją modlitwę przy pierwszej stacji. Jeszcze dobrze nie uklęknął, kiedy do kościoła wparowały kobiety dekoratorki od kwiatów.
– O świetnie, że proboszcz akurat pod ręką, mamy trochę rzeczy do wniesienia - powiedziała Małgosia
– Ruchy, ruchy! - dorzuciła Beatka, a Mateusz przez chwilę się zastanowił, czy po tych już kilku latach posługi w ich parafii Beatka, która deklarowała się jako niewierząca, zmieniła zdanie, czy dalej pozostaje hmmm… na obrzeżach.
– Właśnie miałem odprawić Drogę krzyżową - powiedział niemal szeptem.
– Że co? - zapytała Beatka. - Krzyżówki ksiądz rozwiązuje? W kościele? - i Mateusz już właściwie miał odpowiedź na swoje pytanie. Przez te lata nic się nie zmieniło. Albo inaczej, mimo że miał tę kobietę w bliskim kontakcie, nie potrafił przyprowadzić jej do Pana Jezusa.
– Już idę… Co trzeba wnieść? - powiedział zrezygnowany.
– Na samochodzie są skrzynki - powiedziała Małgosia. - Jakby ksiądz był łaskaw…
– Oczywiście - odpowiedział Mateusz i już bez słowa wykonał ze trzy kursy wnosząc skrzynki z jakimś mchem i innymi zieleninami, których przeznaczenia się nie domyślał, ale jeśli chodziło o dekorację, to kobietom ufał bezgranicznie.
– Będziecie teraz coś montować? - zapytał.
– No nie - odparła Beatka. - Przecież ksiądz sam powiedział, że nie lubi żadnych dekoracji wielkopostnych. Część jest na rekolekcje, rekolekcjonista prosił - Beatka spojrzała na niego wymownie, - część na Niedzielę Palmową, a reszta do Grobu Pańskiego, wszystko musi się jeszcze rozwinąć - zakończyła, a Mateusz pomyślał, że jak na niewierzącą to jednak kobieta nieźle się orientuje. A poza tym ucieszył się, że dziewczyny zaraz pójdą a on będzie mógł odprawić pokutę ze spowiedzi, czyli Drogę krzyżową. Kobiety rzeczywiście poukładały skrzynki w schowku przy zakrystii i pożegnały się z Mateuszem.
– Któryś za nas cierpiał rany - zaczął półgłosem śpiewać Mateusz.
– A co to jakaś próba? - rozległ się głos pod chórem.
– Rysiu? A co ty tu robisz o tej porze? - Mateusz próbował udawać, że wcale mu nie przeszkadza Rysiu, jeden z zaangażowanych w życie parafii człowiek.
– A powiedziały mi kwiaciarki, że proboszcz w kościele, a ja potrzebuję zaświadczenie na chrzestnego - wyjaśnił Ryszard.
– Rysiu kochanieńki, tyle razy rozmawialiśmy, że takie sprawy to…
– Wiem, ale to dla mnie jak grom z jasnego nieba. No bo chrzest miał być u nas w parafii, więc nie potrzebowałem zaświadczenia jako parafianin, prawda? No ale jak się okazuje, wybrali na chrzestną kobitkę, co jest po rozwodzie i w drugim związku, no i stwierdzili, że proboszcz na pewno się nie zgodzi, no więc załatwili chrzest w innej parafii, gdzie proboszcz nie robi problemów. No ale z kolei ode mnie chce zaświadczenie, że mogę być chrzestnym - tłumaczył Ryszard. - No i chrzest jest dzisiaj, więc muszę księdzu truć głowę, przepraszam.
– Czyli jakiś ksiądz, nawet mi nie mów który, żebym się nie denerwował, robi chrzest bez pozwolenia, ale chce zaświadczenia dla chrzestnego. Nieźle - gorzko uśmiechnął się Mateusz. - No ale cóż, chodźmy do kancelarii, wypiszę ci to zaświadczenie, bo jesteś porządny chłop i na chrzestnego się nadajesz, zwłaszcza, że chrzestna, no nie wiadomo - już nie chciał się wyzłośliwiać.
– Powiem szczerze księże, chciałem odmówić, zwłaszcza po tych szopkach ze zmianą kościoła, ale pomyślałem sobie, że jestem tam bardziej potrzebny niż u moich poprzednich chrześniaków, a mam ich już czworo - powiedział Ryszard, a Mateusz nie mógł się z nim nie zgodzić. Kiedy już wypisał zaświadczenie, stwierdził, że jeszcze zdąży ze swoim pokutnym nabożeństwem i ruszył do kościoła, ale jeszcze przed drzwiami zaczepił go Afgańczyk, który co jakiś czas prosił o jałmużnę pod ich kościołem. Akurat był trzeźwy i Mateusz stwierdził, że u progu Wielkiego Postu, nie mógł go zignorować.
– Czego dziś potrzebujesz Wania? - tak wszyscy nazywali około sześćdziesięcioletniego imigranta.
– A zjadłbym coś… Ale na ciepło! - zastrzegł Wania.
– Chodź, coś upichcimy - odparł Mateusz.
– A nie mogę sobie sam kupić?
– Możesz. A pieniądze masz?
– No przecież ja grzecznie proszę o pomoc…- odpowiedział Afgańczyk.
– Co będziesz chodził po sklepach? Ja dobry kucharz - uśmiechnął się Mateusz prowadząc Wanię w kierunku plebanii.
- Ale ja nie chcę przeszkadzać… Ty dasz pieniądze, ja sobie kupię.
- Tu nie ma żadnego ciepłego jedzenia w okolicy. Najbliższy bar ze dwa kilometry - a za chwilę będziesz jadł ciepłego kurczaka.
- No dobra - Wania nie był zbyt szczęśliwy. Ale po pięciu minutach pałaszował udko kurczaka podgrzane w mikrofali, aż mu się uszy trzęsły. Kiedy skończył Mateusz wyszedł z nim z plebanii, a następnie sam poszedł do kościoła. Spojrzał na zegarek. Na Drogę krzyżową już nie było czasu, chyba że Pan Jezus nie zatrzymywałby się na wszystkich stacjach, jak w niektórych parafiach z kreatywnym podejściem do nabożeństw. Czyli dzisiaj już tej Drogi krzyżowej nie odprawi… A może już odprawił?  

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!