Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 374
Mateusz właśnie wracał z kapłańskiej kolacji. Zawsze, odkąd był księdzem, miał z tą kolacją pewien problem i tak naprawdę nigdy go ostatecznie nie rozwiązał. To znaczy zawsze pozostawała w nim jakaś ambiwalentność. Bo w końcu to był Wielki Czwartek.
Podczas celebracji liturgicznej „wyprowadził” Pana Jezusa z kościoła do „ciemnicy”, czyli ołtarza adoracji, gdzie ludzie pozostali, aby Go adorować, a on po rozebraniu się z szat liturgicznych i krótkim sprawdzeniu, czy wszystko w porządku, bo trudno nazwać te kilka minut adoracją, pakował się do samochodu i jechał do księdza dziekana, gdzie spotykali się wraz z innymi księżmi z dekanatu właśnie na kapłańskiej kolacji. I to naprawdę było piękne, bo to w końcu dzień ustanowienia Eucharystii ale i kapłaństwa, więc było czymś właściwym, aby księża spotkali się właśnie w ten wieczór. Zwłaszcza, jeśli na co dzień pracowali w parafiach sami. Przyszedł mu na myśl Rysiek, który ostatnio „wsławił się” wyproszeniem ludzi z kościoła... Ale nie tylko on potrzebował takich spotkań, wszyscy ich potrzebowali. Mateusz cały czas miał też w pamięci, jak podchodzili do tego jego włoscy parafianie, kiedy przez kilka lat miał okazję właśnie tam przeżywać również Święta Wielkanocne. Tam akurat nie było tradycji całonocnego czuwania, ale ludzie chętnie zostawali na kilka godzin po celebracji w kościele i tak naprawdę nie było ustalonej godziny zakończenia tego czuwania. A właściwie było, tylko dość ruchome, mianowicie adoracja kończyła się, kiedy ksiądz proboszcz przyjechał z kapłańskiej kolacji. Tak właśnie. Włosi byli zachwyceni tym, że ich proboszcz spotyka się z innymi księżmi właśnie w Wielki Czwartek i absolutnie nie chcieli się zgodzić na ustalenie konkretnej godziny. Proboszcz miał spędzić z innymi kapłanami tyle czasu ile chciał, bez patrzenia na zegarek. No ale, wiadomo, Włosi to Włosi, i dla nich stół ma zupełnie inne znaczenie, niż dla nas. Mateusz pamiętał, że zawsze byli rozczarowani, bo zbyt wcześnie – ich zdaniem – wracał z tych kolacji. I wcale nie chodziło im o to, że chcieli się dłużej pomodlić (zresztą Mateusz zawsze im to proponował), ale że proboszcz tak wcześnie się zerwał od stołu.
A teraz wracał z kapłańskiej wielkoczwartkowej kolacji od księdza dziekana. Rysiek wydawał się zupełnie spokojny i zrelaksowany.- Może to dziwne, ale jeszcze nigdy nie dostałem tylu życzeń w kapłański czwartek, co dzisiaj – opowiadał kolegom. - No i wszyscy mnie przepraszali, zwłaszcza ci, którzy naprawdę nie mieli za co, bo zawsze się we wszystko angażowali.- No ale ty chyba też przeprosiłeś? - zapytał ksiądz dziekan.- Oczywiście. Przeprosiłem już raz w niedzielę po wydarzeniu, ale dzisiaj przez liturgią zrobiłem to jeszcze raz. Gadałem chyba z dziesięć minut – powiedział Ryszard i na chwilę się zamyślił, jakby jeszcze raz to wszystko przeżywał.- I co? Jaka reakcja? - zapytał Mateusz.- Wszyscy wstali i bili brawo minimum przez dwie minuty. Aż się popłakałem trochę... Ale ludzie też płakali – powiedział Rysiek takim tonem, że już nikt nie podjął tego wątku i rozmowa księży potoczyła się w zupełnie innym kierunku, a konkretnie dwóch kapłanów z diecezji, którzy zdecydowanie za wcześnie zostali odwołani na wieczną służbę i roiło się od spekulacji na temat koniecznych przesunięć na różnych placówkach. Mateusz był dopiero drugi rok na swojej parafii, więc ten temat nie dotyczył go bezpośrednio, ale w rozmowach padało też nazwisko jego przyjaciela Macieja w ewentualnych nowych rozdaniach. Wszystko się okaże wkrótce. A tymczasem Mateusz wjechał na podwórze parafii i zaparkował samochód przed garażem. Nawet nie wchodził na plebanię, tylko spojrzał na zegarek i udał się bezpośrednio do kaplicy, w której przygotowali ciemnicę. Była prawie jedenasta i w kaplicy było około dziesięciu osób i prawie nikt nie zwrócił uwagi na jego wejście. Prawie, bo jedna kobieta, której za bardzo nie kojarzył rzuciła mu spojrzenie typu, „gdzie się szlajasz, czekam tu na ciebie nie wiadomo ile”, ale pomyślał, że to tylko takie złudzenie. Uklęknął w ostatniej ławce i zatopił się w rozmyślaniu. Najpierw o Panu Jezusie, o Ostatniej Wieczerzy. Ciarki go przeszły, kiedy sobie ponownie uzmysłowił, że tam, w Wieczerniku, Jezus kiedy mówił „To czyńcie na moją pamiątkę” myślał również o nim, o Mateuszu. Przez kolejnych kilka chwil trwał w dziękczynieniu za to, że Jezus wtedy o nim pomyślał. Dziękował, również za to, że od owego pamiętnego dnia kiedy w jednym seminarium uznano, że nie nadaje się na księdza, a on sam uzyskał pewność swojego powołania, nigdy, ani przez chwilę, tej pewności nie stracił. Nigdy, ani przez chwilę, w to powołanie nie zwątpił. Bez względu na to co przeżywał, bez względu na to ile razy wyobrażał sobie siebie jako męża i ojca, i jakby to mogło być, nigdy nie wątpił, że jest we właściwym miejscu. I miał przekonanie, że absolutnie wszystko co dobrego i pięknego go w życiu spotkało, przytrafiło mu się właśnie dlatego, że był księdzem. Że mógł realizować wszystkie swoje pasje, o których myślał, że będzie je musiał poświęcić na ołtarzu powołania i kapłaństwa, a tymczasem mógł je realizować na skalę, której nigdy by nie osiągnął – z różnych przyczyn – będąc „w świecie”. Te wszystkie myśli napełniły go jakąś taką błogością, że mógłby zostać w tej ciemnicy z Panem Jezusem całą noc. W pewnym momencie poczuł, że coś go niemal fizycznie „świdruje”, jakby ktoś go przeszywał wzrokiem na wylot. Ponieważ był w jakimś uniesieniu pomyślał, że to może Pan Jezus z obrazu, który umieścili w dekoracji. Otworzył oczy i spojrzał na ołtarz, ale Pan Jezus bynajmniej na niego nie patrzył. Przynajmniej nie z tego obrazu. Natomiast owa kobieta, która kilkanaście minut temu „odnotowała” jego przybycie do kaplicy świdrowała go oczami i ruchem głowy wskazywała na wyjście. W pierwszej chwili Mateusz nawet chciał ją zignorować, ale ostatecznie z ociąganiem przeżegnał się, podniósł z klęczek i skierował się w kierunku drzwi. Nawet nie zdążył ich zamknąć, kiedy kobieta niemal wyszarpnęła mu klamkę z dłoni gwałtownie otwierając.- A ksiądz gdzie się podziewał? - zapytała go tonem nauczycielki, która przyłapała swojego ucznia na wagarach.- Najmocniej panią przepraszam, ale nie bardzo rozumiem pytania. Pomijając fakt, że każdy parafianin wie, gdzie jestem w Wielki Czwartek po liturgii, ale generalnie nikt mnie nie pyta co robię wieczorami – Mateusz był trochę zirytowany zachowaniem tej pani.- No proszę! A ja myślałam, że wy księża to się jednak modlicie – kobieta teatralnie wzięła się pod boki jakby udawała zdziwioną. Ale ta postawa zupełnie jej nie pasowała, wyglądała komicznie i Mateusz bezwiednie się uśmiechnął.- A co tak księdza śmieszy? - powiedziała kobieta do niego porzucając swoją przybraną pozę.- No bo właśnie pani mnie oderwała od modlitwy, więc jednak słusznie pani myślała, że my, księża się modlimy. Ja to nawet chciałbym się jeszcze trochę pomodlić, bo wie pani, dla nas księży Wielki Czwartek jest bardzo ważny – powiedział spokojnie Mateusz.- Coś jak dzień kominiarza dla kominiarzy – upewniła się kobieta, a Mateusz przytaknął głową i znowu się uśmiechnął, że akurat z kominiarzami pani znalazła podobieństwo, może ze względu na kolor uniformu. - Znowu coś księdza śmieszy? - dodała.- No może trochę, bo mogła pani powiedzieć, że jak dzień nauczyciela dla nauczycieli, ale jakoś tak pani nas chyba czarno widzi – wytłumaczył Mateusz.- No na pewno nie tylko ja was czarno widzę – powiedziała cierpko kobieta.- Na pewno. Sami się zresztą o to prosimy – grzecznie zgodził się Mateusz. - A może mi pani powiedzieć, czemu mnie pani hmmm... wywołała z kaplicy?- Ja księdza wywołałam? - kobieta zrobiła tak zdumioną i obrażoną minę, jakby ją Mateusz oskarżył o kradzież.- No gapiła się pani na mnie i ruchem głowy wskazywała na drzwi. Potem wybiegła pani za mną i zaczęła mnie wypytywać, gdzie się podziewałem. Jak dla mnie to wszystko razem kwalifikuje się, żeby powiedzieć, że mnie pani wyciągnęła z kaplicy – Mateusz był znowu lekko poirytowany.- Absolutnie nic takiego nie zrobiłam. Kiwałam głową? Do księdza? Coś się księdzu wydawało. Po prostu ksiądz sobie wyszedł i ja akurat też już skończyłam adorację, no i tak trochę wpadłam na księdza – kobieta wzruszyła ramionami.- Aha. No to w takim razie skoro mi się przywidziało, to ja wracam na adorację – powiedział Mateusz i ruszył w kierunku drzwi do kaplicy.- Chwileczkę, no ale skoro już akurat wpadłam na księdza, to może by mi ksiądz wydał takie zaświadczenie, że byłam u bierzmowania – szybko powiedziała kobieta.- Proszę pani, jest prawie północ, Wielki Czwartek, a pani mnie prosi o zaświadczenie od bierzmowania – Mateusz nie mógł uwierzyć w to co słyszał. - Po co pani dzisiaj w nocy takie zaświadczenie?- Bo mam być matką chrzestną – powiedziała kobieta opuszczając wzrok na czubki swoich butów.- Aha, czyli potrzebuje pani zaświadczenie, że może być matką chrzestną. A kiedy ten chrzest?- W niedzielę, znaczy się w Wielkanoc – odpowiedziała kobieta.- A pani jest z naszej parafii? - zapytał jeszcze Mateusz.- Od urodzenia – odparła kobieta i Mateusz chciał ją jeszcze od razu zapytać, czy w ogóle spełnia wymagania do bycia chrzestną, bo być może nawet nie będzie potrzeby pójścia do kancelarii, ale pomyślał sobie o tych wszystkich uniesieniach, jakie miał przed chwilą w kaplicy w związku ze swoim służebnym kapłaństwem i postanowił dać jej szansę na rozmowę w kancelarii i nie szukać pretekstu, aby zakończyć sprawę natychmiast.- No to chodźmy do kancelarii, może akurat będzie otwarta – powiedział z uśmiechem.- O tej porze? - kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem.- No właśnie. Na pewno będzie zamknięte. Ale na szczęście mam klucz.
Jeremiasz Uwiedziony
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!