Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.356
- Proszę księdza, ja tu już byłam dzisiaj wcześnie rano... - powiedziała kobieta i chociaż bynajmniej nie wyglądała na jakoś szczególnie zdesperowaną Mateusz był pewien, że to właśnie ona.
Raz jeszcze stanęła mu w oczach para kochanków spotkana w lesie za Zagrodnem, a w głowie dźwięczał mu szyderczy głos mężczyzny drwiący ze swojej żony, która biegła za nim jak wariatka, prosząc by wrócił do domu. Czy to możliwe, że chodzi właśnie o tę kobietę? Czy to właśnie ona jest wrabiana w obsesję na punkcie rzekomej niewierności swojego męża, podczas gdy on rzeczywiście jest niewierny i tylko próbuje zwalić na nią całą winę? Mateusz nie miał pojęcia, jak podejść do całej sytuacji, nie wiedział nawet od czego zacząć.
- Dzisiaj rano, czyli około piątej? - zapytał wreszcie.
- Tak. Bardzo księdza przepraszam – powiedziała kobieta.
- To chyba ja powinienem przeprosić, że nie dość szybko zszedłem na dół, ale proszę mi wierzyć, że naprawdę pobiłem chyba rekord świata w przebraniu się z piżamy w normalne ciuchy. Jednak kiedy otworzyłem drzwi pani już nie było. Czasami się zdarza, że jakieś dzieciaki robią takie żarty nad ranem, więc pomyślałem, że może to był właśnie ten przypadek – powiedział Mateusz nic nie wspominając o tym, że bezskutecznie szukał kobiety wokół kościoła.
- Ależ proszę nie przepraszać, to ja powinnam... Po prostu nagle zdałam sobie sprawę jak żałosna jest moja sytuacja i ze zwyczajnego wstydu uciekłam tak szybko, jak tylko mogłam. Pomyślałam, że nie mogę zawracać księdzu głowy o tak absurdalnej porze swoimi idiotycznymi obsesjami, to nie było w porządku. Jeszcze raz przepraszam – spuściła głowę.
- No ale jednak pani wróciła, pora jest absolutnie normalna, więc rozumiem, że w dalszym ciągu chce pani o czymś porozmawiać – powiedział łagodnie Mateusz, który kiedy usłyszał słowa o obsesji nie miał już najmniejszych wątpliwości, że to musi być ta sytuacja. - Zapraszam, proszę wejść do kancelarii, ja tylko umyję ręce, bo jeździłem trochę na rowerze i zaraz do pani wrócę. A może lepiej nie? - zatrzymał się w pół kroku, a kobieta natychmiast zrozumiała aluzję.
- Absolutnie proszę skorzystać z łazienki, tym razem nigdzie się nie ruszę – uśmiechnęła się lekko, a Mateusz zauważył, że ten uśmiech jakby zupełnie odmieniał jej twarz i czynił ją po prostu piękną. Tego piękna wcale nie zauważył wcześniej, kiedy jej twarz była pełna napięcia. Poszedł do łazienki i mył ręce zdecydowanie dłużej niż to było potrzebne, ale on potrzebował czasu, żeby sobie wszystko poukładać w głowie. Chcąc nie chcąc dokonywał w myślach porównania kobiety, która czekała na niego w kancelarii, z tą którą widział pod Zagrodnem, choć nawet ciężko było je porównywać. Tamta może i była trochę młodsza, ale miała ten pretensjonalny i dość wulgarny wyraz niebrzydkiej w sumie twarzy, więc ów nieszczęsny mężczyzna nie mógł się kierować jedynie zewnętrznym wyglądem. Zakręcił kurek z wodą, wytarł dłonie do suchości, westchnął i wrócił do kancelarii. Kobieta siedziała na krześle przed biurkiem, uśmiech zniknął z jej twarzy i znowu wyglądała na przytłoczoną i smutną. A w smutku nie wyglądała dobrze.
- Jeśli pani nie ma nic przeciwko temu, to może przesiądźmy się na fotele – Mateusz zawsze kiedy nie chodziło o sprawy papierkowe zapraszał swoich rozmówców na wygodne holenderskie fotele, w które jego poprzednik ks. Piotr bardzo gustownie, ale też i praktycznie, wyposażył pokój przyjęć interesantów. Kobieta bez słowa przesiadła się na fotel, a kiedy również Mateusz zajął swoje miejsce zapadła kłopotliwa cisza.
- Ja się nazywam ksiądz Mateusz i już niemal rok jestem tutaj proboszczem – zagaił wreszcie Mateusz.
- A ja mam na imię Dominika i nie jestem z księdza parafii i muszę powiedzieć, że tak generalnie to w ogóle nie jestem z parafii. To znaczy mieszkam na terenie sąsiedniej, ale rzadko chodzę do kościoła. Od jakiegoś czasu zaczęłam myśleć, że jeśli sama sobie szczęście nie wypracuję, to żaden Bóg mi go nie da, doszłam do wniosku, że jesteśmy wszyscy zdani na siebie. I naprawdę ciężko na moje szczęście pracowałam i jeszcze jakiś rok temu bym powiedziała, że z wielkim sukcesem – powiedziała i zamilkła.
- Co się wydarzyło rok temu? - zapytał Mateusz.
- To jest długa historia i nawet chyba mi się nie chce wszystkiego opowiadać. Ale chociaż w skrócie... Klasyczna dziewczyna z klasycznego polskiego katolickiego domu. Kiedy tak dzisiaj mówię, to może nawet i przebrzmiewa w tym jakaś ironiczna konotacja z patologią w domyśle, ale tak naprawdę u nas nie było nic patologicznego, wręcz przeciwnie kochająca się rodzina i szczęśliwe dzieci z Panem Bogiem na ważnym miejscu. A potem studia, młodzieńcze bunty, no i poznałam tego jedynego. On mnie wtedy zupełnie ostentacyjnie zlekceważył, przeżywał swoje różne miłości i związki, a ja swoje, ale po latach wpadliśmy na siebie i okazało się, że u mnie się nic nie zmieniło, a on już mnie nie lekceważył. Wzięliśmy ślub, nawet kościelny i przez dobrych dziesięć lat żyło nam się świetnie. Mieliśmy dość dobre prace, sporo podróżowaliśmy...
- Dzieci? - zapytał Mateusz i natychmiast tego pożałował.
- No właśnie, widzi ksiądz? Jak człowiek jest zakorzeniony w Kościele to zawsze muszą wyskoczyć te dzieci, prędzej czy później, w taki czy inny sposób, pojawia się pytanie o dzieci. A my nie mieliśmy dzieci. I to jest chyba początek naszych problemów, chociaż wtedy wcale tak nie wyglądało. Ja zawsze chciałam mieć dzieci. Zawsze. Ale kiedy w moim życiu pojawił się po raz drugi Konrad, wtedy kiedy już mnie nie lekceważył, tak bardzo chciałam, aby nic nas nie dzieliło, abyśmy byli zgodni we wszystkim, że już na drugiej czy trzeciej randce, kiedy w restauracji pieklił się, że jakaś rodzinka z dzieciakami robi tam zbyt wiele hałasu i wyznał, że on nigdy, ale to nigdy nie będzie ojcem, to jak ta idiotka stwierdziłam, że ma rację, a ja też chcę się realizować, a nie tracić czas przy pieluchach. I tak już zostało, że chcemy być szczęśliwi, więc nie pozwolimy dzieciom, żeby nam to odebrały. W ciągu tych dziesięciu lat próbowałam wrócić do tematu parę razy, ale reakcja była tak lodowata, że od razu odpuszczałam, aż w ogóle przestałam próbować. Nie mieliśmy dzieci, nie chodziliśmy do kościoła, unikamy przyjaźni z rodzinami, w sumie mamy trochę znajomych singli i par bezdzietnych i myślałam, że to jest to moje szczęście, na które ciężko pracowałam. Ale mniej więcej od roku Konrad zaczął się dziwnie zachowywać. Przede wszystkim zaczął mnie oskarżać, że przeze mnie nie mamy dzieci! Kiedy pierwszy raz padł ten zarzut myślałam, że żartuje albo zwariował. Ale kiedy okazało się, że nie żartuje powiedziałam, że owszem jestem już po czterdziestce, ale przecież możemy spróbować, wtedy usłyszałam coś o starych krowach... Nigdy bym nie pomyślała, że on może się w taki sposób wyrażać, a tym bardziej, że coś takiego może powiedzieć pod moim adresem. W każdym razie od tego czasu zaczęło mi się wydawać, że częściej nie ma go w domu, że ciągle mu coś wypada w pracy, no i chyba się ksiądz domyśla, że wpadłam w obsesję na punkcie ewentualnej zdrady.
- Dlaczego od razu obsesja? Ja akurat się wcale pani nie dziwię, że takie zachowania męża mogły panią zaniepokoić – powiedział Mateusz, a Dominika spojrzała na niego okrągłymi ze zdziwienia oczami i w tym zadziwieniu jej twarz znowu wypiękniała.
- Jest ksiądz pierwszą osobą, która dopuszcza możliwość, że to nie jest obsesja. Wszyscy inni, włącznie z moimi rodzicami, bratem, koleżankami z pracy twierdzą, że jestem przewrażliwiona, przesadzam, że to menopauza i tak dalej – powiedziała Dominika uważnie mu się przyglądając. - Czy ksiądz nie powinien raczej tonować takich podejrzeń i że tak powiem walczyć o jedność małżeństwa?
- Ale przecież ja wcale nie przekreślam pani małżeństwa – szybko zapewnił Mateusz myśląc, że gdyby inni jeździli rowerami albo chociaż spacerowali po leśnym kompleksie w Zagrodnie, to też by jej nie zarzucali obsesji. - Po prostu wydaje mi się, że jeśli się kogoś kocha i zależy nam na małżeństwie to nie lekceważy się niepokojących zachowań, bo potem może być za późno. Zwłaszcza w sytuacjach, kiedy pojawiają się absurdalne zarzuty, jak ten pani męża odnośnie dzieci. Ale proszę mi powiedzieć, oczywiście jeśli pani chce, co panią przywiodło dzisiaj rano pod drzwi naszej plebanii?
- No właśnie, chyba jednak ta obsesja... - westchnęła Dominika. - Po raz kolejny Konrad wrócił do domu nad ranem i tłumaczył się, że coś go zatrzymało w pracy i nie wytrzymałam. Oskarżyłam go o kłamstwo i kazałam mu się wynosić z domu. Wtedy położył mi na biurku pięć numerów telefonów kolegów z pracy, w tym jednego, który go naprawdę nie cierpi i na pewni nie chciał by mu ratować skóry. Zadzwoniłam. Wszyscy potwierdzili, że siedzieli do czwartej rano nad projektem. Przeprosiłam go, ale on już pakował najpotrzebniejsze rzeczy. Powiedział, że z obsesyjną wariatką nie będzie mieszkał ani chwili dłużej. No i ja wtedy udowodniłam, że jestem wariatką, bo wybiegłam za nim prosząc, żeby to jeszcze przemyślał, że już nie będę go o nic podejrzewać, ale chyba złapał jakąś taksówkę, bo nigdzie go nie mogłam znaleźć, a w pewnym momencie zorientowałam się, że stoję pod kościołem św. Pawła. Kościół oczywiście był zamknięty, ale przecież nawet gdyby był otwarty to i tak z Bogiem nie mam za bardzo wspólnego języka, więc On mi nic nie odpowie. Wtedy pomyślałam, że może ksiądz mnie chociaż wysłucha. A potem wpadłam w panikę i uciekłam. Później, kiedy ochłonęłam, poszłam sprawdzić, czy nasz samochód stoi jeszcze u mechanika, ale okazało się, że Konrad odebrał go na jakieś pół godziny przed moim przybyciem do warsztatu. I się rozpłynął. Tak to widzi ksiądz rozwaliłam nasze małżeństwo – Dominika ciężko westchnęła i zamilkła.
- To nie pani rozwaliła wasze małżeństwo – wypalił Mateusz.
- Co? - oczy Dominiki zaokrągliły się, a twarz znowu wypiękniała w zdumieniu.
Jeremiasz Uwiedziony
Książka: JASNA I TA DRUGA STRONA KSIĘŻY(CA)
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!