TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Czerwca 2021, 11:18
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 351

Jasna i ta druga strona księżyca 351

Mateusz bardzo lubił soboty, a właściwie dwa biegunowo różne ich rodzaje: albo musiała być pełna zajęć parafialnych, albo zupełnie od nich wolna, pominąwszy oczywiście ewentualne Msze Święte. Przykładem pierwszego rodzaju była choćby Wielka Sobota. W tym roku mimo pandemii można było święcić pokarmy, w ich parafii robili to w kościele o każdej okrągłej godzinie od 9.00 do 17.00 i Mateusz wziął na siebie większość z tych obrzędów. Bardzo chciał tego kontaktu z ludźmi, również z tymi, którzy bardzo rzadko przychodzą do kościoła, a „święconki” nie przepuszczą. Można było powiedzieć kilka słów o duszpasterstwie, po obrzędzie wyjść na zewnątrz i „zahaczyć” niektóre osoby, uśmiechnąć się, porozmawiać. Potem kawka na plebanii i kolejna tura. Potem jakaś godzina brewiarzowa i znowu następna tura. I tak aż do wieczora. Potem przygotowania do najważniejszej liturgii roku i sama liturgia. Piękny dzień, gdzie czujesz się wewnątrz Kościoła, który żyje, który cię pochłania, ale też daje ci możliwość bycia z ludźmi, czujesz się potrzebny, a dodatkowo jeszcze akurat w Wielką Sobotę, wyczekuje się tej eksplozji radości paschalnej. Podobnie było z każdą pierwszą sobotą miesiąca, bo przecież poranne nabożeństwo pierwszych sobót trwało około dwóch godzin, potem chorzy, czasami jakiś ślub i Msza wieczorna. Cały dzień w „parafialnej krzątaninie” i duuuużo Pana Jezusa. Takie soboty są naprawdę super! Ale na drugim biegunie są inne soboty, kiedy pierwszy obowiązek pojawia się dopiero wieczorem i takie soboty Mateusz też bardzo lubił. To był czas na spokojną pracę w kancelarii, nadrobienie zaległości w parafialnej biurokracji, spokojne przygotowanie ogłoszeń, czy modlitw wiernych na niedzielę i to wszystko często w niezobowiązującym, wygodnym domowym anturażu. Oprócz tego czas na lekturę, którą cały tydzień się odkładało. Jeśli pogoda odpowiednia to nawet można sobie pozwolić na trochę aktywności na powietrzu albo chociaż spacer w lesie. Niestety, wiosna tego roku nie oferowała zbyt wielu pogodnych dni, więc z tym ruchem na powietrzu było dość kiepsko.
Akurat sobota drugiego rodzaju przytrafiła się Mateuszowi przed Niedzielą Miłosierdzia. Dobrze, że sobie nie pozwolił na dłuższe spanie, bo kilka minut przed ósmą zadzwonił Ksiądz Biskup, aby zapewnić go, że już jest po rozmowie z ks. Waldkiem. Odwiedził go osobiście i ma dobry ogląd sytuacji, ponieważ Waldek był z nim bardzo otwarty. Oczywiście nie mógł powiedzieć szczegółów, ale chciał Mateusza zapewnić, że Waldek otrzyma odpowiednie wsparcie i będzie mógł dalej pełnić swoje obowiązki proboszczowskie, przynajmniej na razie. A potem jakiekolwiek dalsze kroki będą podjęte w pełnej współpracy z Waldkiem. Mateusza bardzo ta wiadomość ucieszyła. Nie tylko dlatego, że osobiście interweniował w tej sprawie, ale też dlatego, że obawiał się, czy nie spowoduje to jakiejś natychmiastowej nerwowej reakcji biskupa skutkującej odwołaniem Waldka z parafii, bez zgody zainteresowanego, a tylko w oparciu o to, co on, Mateusz, powiedział, sam przecież nie mając dobrego rozeznania sytuacji. Na szczęście wszystko potoczyło się, przynajmniej teoretycznie, w najlepszym możliwym kierunku. I, co tu ukrywać, bardzo go ucieszyło, że biskup uznał za potrzebne poinformowanie go o przebiegu sytuacji. Pewnie to normalne zachowanie, ale nie zawsze odbywało się to w ten sposób. Jednak nie było sensu myśleć o tym, co było i dlaczego było jak było, lepiej cieszyć się tym co jest i że jest tak, jak być powinno. W pogodnym nastroju usiadł Mateusz przy biurku w kancelarii. Jednak jeszcze dobrze nie zaczął pracy, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Był to sygnał, że to ktoś obcy, bo przecież przy drzwiach był dzwonek i wszyscy parafianie o tym wiedzieli. Przez chwilę zagościła w jego głowie myśl, że gdyby był w swoim pokoju, to na pewno nie usłyszałby pukania i kusiło go, aby zaczekać na ewentualny dzwonek. Na szczęście bardzo szybko ochłonął, w duchu się nawet spoliczkował za takie niegodne myślenie i podszedł do drzwi.
- Dzień dobry, proszę księdza proboszcza, my w sprawie pogrzebu – powiedziała ubrana na czarno kobieta stojąca na czele czteroosobowej grupki w równie żałobnych strojach. Wszyscy mieli założone maseczki, Mateusz nie rozpoznawał żadnej z osób.
- Witam państwa, szczęść Boże. Zapraszam. Przede wszystkim proszę przyjąć wyrazy współczucia z powodu straty bliskiej osoby. Proszę mi powiedzieć, kto umarł i kim był dla państwa? - Mateusz wprowadził całą gromadkę do kancelarii i przyniósł dodatkowe dwa krzesła, aby wszyscy mogli usiąść.
- Mój mąż umarł – odpowiedziała kobieta, a pozostałe osoby w milczeniu potakiwały głowami. - A to są moje siostry z mężami.
- Rozumiem. Bardzo mi przykro – Mateusz jeszcze raz okazał swoje współczucie. - Czy otrzymaliście już dokumenty z Urzędu Stanu Cywilnego?
- No właśnie jeszcze nie mamy, bo mąż zmarł rano, a dzisiaj sobota. Pewnie dostaniemy dopiero w poniedziałek, ale chcielibyśmy już dzisiaj ustalić termin pogrzebu, czy będzie z tym jakiś problem? - zapytała wdowa.
- Absolutnie żadnego problemu nie będzie. Możemy ustalić datę i godzinę pogrzebu, a z dokumentami wrócicie, kiedy będziecie w ich posiadaniu – uspokoił jej obawy Mateusz. - Czy może mi pani powiedzieć imię i nazwisko zmarłego męża? - zapytał i pomimo maski na twarzy kobiety zauważył jakiś cień zmieszania albo lęku w jej oczach.
- Mąż się nazywał Edward Stasiak, ale my już od jakiegoś czasu nie jesteśmy w tej parafii – powiedziała nieco niepewnie kobieta i spusciła wzrok.
- Aha, rozumiem, to dobrze, że pani o tym wspomina, bo w takim razie zanim dopełnimy formalności tutaj będziemy potrzebowali zgody z waszej obecnej parafii na pochówek u nas – Mateusz odetchnął z ulgą, bo niepewny wyraz twarzy kobiety sprawił, że obawiał się jakichś poważniejszych problemów. - Proszę się nie martwić, to jest normalna procedura i na pewno nie będzie z tym żadnych problemów. Ja sam często wypisuję takie zgody, kiedy ktoś z moich parafian ma być pochowany gdzie indziej.
- No, tak... Ale my nie mamy innej parafii – wyraz niepewności na twarzy kobiety wydawał się pogłębiać.
- Nie rozumiem... Chodzi o tę parafię, gdzie mieszkacie, odkąd się wyprowadziliście z naszej parafii - próbował tłumaczyć Mateusz.
- To znaczy... my się nie wyprowadziliśmy. My tylko odeszliśmy z parafii – powiedziała kobieta lekko unosząc głowę, jakby w przypływie dumy.
- Ale my, proszę księdza, cały czas jesteśmy w naszych parafiach – wtrąciła się jedna z siedzących z tyłu sióstr wdowy. - Mój mąż to nawet jest w Radzie parafialnej, ale my jesteśmy z Grodziska, ksiądz Nowacki jest naszym proboszczem.
- Proszę wybaczyć, ale muszę zobaczyć do naszej parafialnej kartoteki, bo niestety nie znam państwa sytuacji – powiedział Mateusz wstając od biurka i udając się do dużej szuflady, w której miał skatalogowaną całą parafię. Powoli zaczynał się domyślać przyczyny obecności tak dużej grupy krewnych, chociaż nie chciał niczego przesądzać. Wiedział, że moment śmierci bliskiej osoby to nie jest czas na wyrzucanie komuś życiowych błędów. Zwłaszcza, jeśli dla drugiej strony najprawdopodobniej nie ma świadomości błędu. - Proszę mi podać adres.
- Piłsudskiego 4/12 – odpowiedziała wdowa i Mateusz szybko odnalazł właściwą kartę. Ilość doczepionych do niej załączników potwierdzała obawy Mateusza. Zanim wrócił do biurka zauważył, że na karcie było dopisane ręcznie przez jego poprzednika: „Zrobił to w sposób bardzo agresywny i obraźliwy dla Pana Boga, Kościoła, nie wspominając nawet jak wulgarny był wobec księży podczas trwania sprawy”. Mateusz nawet nie musiał przeglądać wszystkich załączników, żeby się domyśleć, że chodzi o apostazję, czyli odejście od Kościoła.
- Pani Walentyna, tak? - Mateusz chciał potwierdzić imię małżonki zmarłego, które odczytał z karty.
- Tak – wdowa skinęła potakująco głową i nie dodała nic więcej.
- Pani Walentyno, nie chcę czytać tych wszystkich papierów, może mi pani opowiedzieć, dlaczego dokonaliście państwo apostazji, bo domyślam się, że to właśnie o apostazję chodzi, i powiedzieć, czego pani ode mnie oczekuje - Mateusz odchylił się na swoim fotelu, jakby chciał pokazać swoją gotowość na wysłuchanie kobiety.
- Czego oczekuję? - kobieta pominęła pierwszą część pytania Mateusza. - Że ksiądz pozwoli na pochówek męża na cmentarzu parafialnym, ale rozumiem, że to będzie niemożliwe.
- Ależ zupełnie nie rozumiem, skąd taki wniosek. Nie mam absolutnie nic przeciwko pochowaniu pani męża na naszym cmentarzu – odpowiedział Mateusz.
- Nie? - kobieta nie potrafiła ukryć swojego wielkiego zdumienia.
- Nie – jeszcze raz upewnił ją Mateusz.
- A widzisz? - odezwała się druga z sióstr pani Walentyny. - Od razu ci mówiłyśmy, że u nas jest miłosierdzie, nawet dla takich cudaków, jak szwagier.
- Cicho bądź! - skarcił ją jeden z mężczyzn, pewnie mąż.
- Ale pewnie będzie ksiądz chciał, żebym teraz wszystko odwołała – kobieta spoglądała na niego z nieufnością.
- Pani Walentyno, ja nawet dokładnie nie wiem, dlaczego państwo wyrzekli się wiary w Jezusa, co wam się w Kościele nie podobało i na pewno nie będę wykorzystywał pani żałoby, żeby do czegokolwiek panią namawiać. W tej chwili myślę, że najważniejsze jest, aby pani mąż miał godny pogrzeb, zgodny z jego przekonaniami, ale też w duchu waszych pragnień. Miejsca na cmentarzu są jednakowe, nie mamy jakichś stref dla innowierców, czy odłączonych. Ceremonia zależy od tego, czy chcemy się modlić o pokój jego duszy, czy może w to nie wierzymy.
- No ale pewnie że wierzymy! - wyrwała się znowu ta sama siostra, co poprzednio.
- Przestań – uciszył ją ten sam mężczyzna.
- Myślę, że to pani Walentyna jako małżonka powinna nam powiedzieć, jak chciałaby pochować swojego męża – zauważył spokojnie Mateusz.
- A myśli ksiądz, że Bóg może mu jeszcze wybaczyć? - zapytała kobieta i otarła oczy zanim łzy spłynęły po policzkach.
- A pani jak myśli?.
- Ja bym bardzo chciała, żeby mu... żeby nam wybaczył - powiedziała cicho kobieta.
- I o to będziemy się modlić - powiedział stanowczo Mateusz.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!