Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 346
Mateusz spojrzał na zegarek i zauważył, że było już kilka minut po pierwszej. Najwyższy czas, żeby się położyć do łóżka. Dzisiaj mógł sobie pozwolić na zarwanie nocy, ponieważ jutro pierwsze obowiązki w parafii miał dopiero o 17.00. Na rano nic nie zaplanował, sprawy biurowe miał na bieżąco wyprowadzone (to był jeden z nielicznych dobrych efektów pandemii i zamknięcia w domu, że mógł nadrobić wszystkie zaległości, a nawet opracować kilka nowości, które na przyszłość usprawnią mu prowadzenie biura parafialnego), więc mógł położyć się spać bez tej nieznośnej świadomości, że za pięć godzin będzie musiał się zerwać. Nie nastawił nawet budzika i niemal natychmiast zasnął. Wydawało mu się, że minęło zaledwie kilka minut, kiedy telefon komórkowy na szafeczce zaczął wibrować. Wkurzony przecierał oczy jedną dłonią, podczas gdy drugą próbował chwycić telefon. Wkurzony był przede wszystkim na siebie ponieważ był pewny, że wyłączył poranny budzik w telefonie, ale najwyraźniej coś przeoczył. Kiedy zbliżył komórkę do oczu okazało się, że to nie budzik, ale próba połączenia ze strony jego kolegi ks. Roberta, którego od jakiegoś czasu nie widział. Widać, że kolega za długo nie czekał i kiedy Mateusz nie odebrał natychmiast, pewnie pomyślał – i słusznie – że śpi i przerwał połączenie. Była 6.30 rano, a Mateusz czuł się jakby dopiero co zasnął i miał ochotę ponownie opaść na łóżko. Ale zmysł obowiązku, a może koleżeństwa był silniejszy, więc wybrał numer kolegi, aby oddzwonić. Wsłuchując się w przerywany sygnał zastanawiał się, czy uda mu się jeszcze później zasnąć, w co jednak szczerze wątpił.
- Mateusz! Czyli jednak nie śpisz, super! Mogę wpaść na kawę? - zapytał Robert.
- Nie śpię, bo oddzwaniam, ale przed chwilą spałem, ty barbarzyńco... - odparł sapiąc Mateusz. - Kiedy chcesz wstąpić na tą kawę?
- Jak tylko otworzysz mi drzwi – odparł w tym momencie kolega.
- Jesteś już pod drzwiami? - jęknął Mateusz. - Nie mogłeś wcześniej zadzwonić?
- Mogłem, wyjechałem od siebie godzinę temu, ale chyba byłbyś jeszcze bardziej wkurzony – głośno śmiał się Robert.
- Pospiesz się, bo jest pieruńsko zimno! Chyba z piętnaście stopni mrozu!
- To ja nie wychodzę z łóżka. Mogłeś mnie uprzedzić wczoraj, poszedłbym spać jak człowiek, po dobranocce a nie nad ranem – zażartował Mateusz.
- Okna ci powybijam! - zagroził Robert i po chwili kule ze śniegu zaczęły uderzać w szyby okienne mateuszowej sypialni.
- Przestań głupku, bo naprawdę mi okno wybijesz – Mateusz już wstawał, ale jeszcze trochę chciał się podroczyć z kolegą. - Słuchaj, zakładam szlafrok wpuszczam cię a potem idę pod prysznic, ok?
- Może być, aż tak się nie spieszę – odparł Robert i przerwał połączenie. Mateusz założył szlafrok na piżamę i zszedł na dół. Kiedy otworzył drzwi wejściowe nie tylko uderzyła go fala zimnego powietrza, ale również dwie kolejne śnieżki, którymi „potraktował” go kolega, w tym jedna z nich prosto w twarz.
- Zimaaa, zima! Zima ach to ty! - Robert ze śmiechem nucił piosenkę Grechuty i rzucał w niego kolejnymi przygotowanymi wcześniej i ułożonymi w mały kopczyk śnieżkami.
- Przestań! Ja cię kiedyś zabiję... – wyszeptał Mateusz usuwając śnieg z twarzy. - Właź szybko, bo mi się cała chałupa przez ciebie wyziębi!
Poprowadził kolegę do kuchni po czym zostawił go tam i poszedł wziąć prysznic. Kiedy wrócił piętnaście minut później na stole było nakryte do śniadania, a Robert właśnie przesypywał pięknie pachnącą jajecznicę na talerze.
- Kawkę zrobiłem w przelewowym, choć widzę, że go nie używasz od dawna. Wiesz, ja kawę piję po amerykańsku – śmiał się Robert. - Siadaj!
- To co teraz złapiemy się za ręce i odmówimy modlitwę dziękczynną, jak Amerykanie? - zażartował Mateusz, któremu w tym momencie przypomniały się słowa arcybiskupa Fultona Sheena o niespotykanej nigdzie indziej na świecie przyjaźni, jaka łączy kapłanów, w ramach której, każdy może swobodnie i bez pytania posługiwać się samochodem, lodówką czy kuchnią innego, co właśnie miało miejsce w jego kuchni, mimo że Robert był zaledwie jego znajomym, bo przecież przeżyli razem zbyt mało i widywali się zbyt rzadko, aby mówić o przyjaźni. I Mateuszowi to się bardzo podobało, że Sheen miał rację.
- Za ręce to może nie, bo to ma sens w większym gronie, ale modlitwę oczywiście zmówimy – wytrącił go z rozmyślań Robert. - Panie zasiądź wśród nas. Amen! Siadaj, póki jajeczniczka gorąca. Strasznie nie lubię zimnej jajecznicy – powiedział Robert i już po chwili z błogością na twarzy przeżuwał pierwszy kęs.
- A ja nie lubię rano wstawać - zażartował Mateusz i też zabrał się za rzeczywiście znakomitą jajecznicę.
- Wiem i dlatego wyjechałem później niż zwykle – uśmiechnął się Robert.
- A gdzie ty właściwie jedziesz? - zapytał Mateusz.
- Chyba chciałeś powiedzieć „gdzie jedziemy” - poprawił go Robert.
- Ale ja się nigdzie nie wybieram, zwłaszcza w taki mróz! - Mateusz aż się wzdrygnął.
- To ja ci powiem plan, a ty spróbuj powiedzieć, że nie jedziesz. Uwaga! Jedziemy do Częstochowy. Spokojna wizyta u Mamy, jest pandemia, mróz aż trzaska, będzie puściutko, będzie super! Msza Święta w kaplicy Cudownego Obrazu, obiadek z paulinami, zakupy w sklepach z dewocjonaliami, potem jeszcze raz na chwilę do Mamy i w drogę powrotną. Zatrzymujemy się na kawę u Waldka, a jak będzie się upierał, zostajemy na noc. Kolacyjka, nocne Polaków rozmowy. Jutro koło dziesiątej wyruszamy w drogę. Obiad jemy u ciebie. Po obiedzie zmywam się i na kolejne parę lat masz mnie z głowy. Czy ja nie jestem geniuszem? Czy możesz powiedzieć „nie” tak znakomitemu planowi? - Robert przyjął pozę, jako zwykle ma dyrygent w filharmonii, kiedy właśnie zakończył swój performance i odwraca się twarzą ku publiczności. Więc Mateusz niewiele się zastanawiając zaczął ostentacyjnie i powoli bić brawo.
- Brawo! Brawo! A nie przyszło ci do głowy, że mogę być zajęty? - zapytał kolegę Mateusz.
- Stary, nie gadaj bzdur. Masz dwóch wikariuszy, jest pandemia, nie widzę takiej możliwości, żebyś nie mógł spraw poustawiać w taki sposób, żeby się wyrwać na jeden dzień z parafii – tłumaczył pewny siebie Robert.
- A Waldek już wie, czy też się dowie z takim wyprzedzeniem jak ja? - zapytał Mateusz zbierając resztki jajecznicy z talerza za pomocą kawałka chleba.
- Nie chciałem go wyróżniać, więc dowie się, jak przyjedziemy – uśmiechnął się Robert dolewając sobie kawy.
- Ale Waldek jest sam, nie ma wikariusza – zauważył Mateusz.
- Dlatego do niego jedziemy w drodze powrotnej i nigdzie go nie wyciągamy, tylko siedzimy u niego. Jak ma Mszę czy cokolwiek innego, może zrobić wszystko co trzeba, a my sobie u niego posiedzimy przy kominku i spokojnie zaczekamy. Główka pracuje! - Robert znacząco popukał się palcem w skroń.
- Jakby ci głowa pracowała, to byś zadzwonił wcześniej, żebyśmy mogli to na spokojnie zaplanować – zaoponował Mateusz.
- Akurat! Już to widzę, jakbyś zaczął jęczeć, że masz obowiązki, parafia, wikaremu trzeba pampersa zmieniać, itd. - ironizował Robert. - Z wami to już można coś zrobić tylko z zaskoczenia. Dobra! Dość tego czczego gadania, zbieramy się, bo droga zasypana śniegiem, a musimy zdążyć do Częstochowy na 11.00 na Mszę.
- Ja nigdzie nie jadę. Mam kancelarię o 17.00 i potem Mszę. Nie zdążymy wrócić – Mateusz ani drgnął, a Robert bez słowa wyciągnął komórkę i wybrał jakiś numer.
- Szymon? Cześć tu Robert. Tak, właśnie siedzę z twoim proboszczem. Słuchaj, zabieram go dzisiaj do Częstochowy. Ogarniecie wszystko z Dawidem? Tak? No to super. Dzięki wielkie. Aha! Słuchaj, bo zdaje się nie macie teraz gospodyni – wnioskuję po stanie kuchni... No tak, od razu widać! Bo my będziemy jutro około 14.00 – 15.00. Załatwisz jakiś obiadek? To ja bym wszamał z wami, a potem się pokulam do siebie... Super. Mati to ma wikariuszy jak złoto! To do jutra! - Robert zakończył rozmowę z Szymonem.
- Masz jeszcze jakieś inne alibi, z którym muszę się rozprawić, czy zbierasz się od razu? - zapytał Mateusza.
- Wygląda na to, że nie mam wyjścia – uśmiechnął się Mateusz, któremu nagle przyszła wielka ochota na dzień poza parafią. Wreszcie.
- To ja idę do samochodu po kubek termiczny na kawę. Jak masz swój pod ręką to daj, napełnię, bo kawy jeszcze pół dzbanka zostało – powiedział Robert i szybko wyszedł z kuchni, by po chwili wrócić z kubkiem. Mateusz przygotował też swój i po kilku minutach wychodzili na zewnątrz. Przez nieco ponad godzinę samochód Roberta w całości pokrył się śniegiem. Jeszcze przez kilka minut odśnieżali go aż wreszcie mogli ruszyć.
- Nie ma za co! - ostentacyjnie wycedził Robert patrząc na szczęśliwego Mateusza sadowiącego się obok kierowcy.
- Podziękuję ci, jak mnie szczęśliwie przywieziesz do domu - odparł Mateusz. - Przy dzisiejszej pogodzie trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby się wybierać w niekonieczną podróż.
- Stary, ta podróż jest jak najbardziej konieczna! Pomyśl po pierwsze, kiedy ostatnio byłeś na Jasnej Górze. Po drugie, kiedy ostatnio robiliśmy coś razem. Po trzecie, kiedy ostatnio byliśmy u Waldka! - wymieniał Robert.
- Chyba jeszcze na jego poprzedniej parafii – wtrącił Mateusz.
- Dokładnie! I co, chcesz zaczekać, aż pójdzie na kolejną? - Robert wyjechał z podwórka i dość ostro ruszył drogą w kierunku obwodnicy, ale na kolejnym zakręcie samochód pośliznął się na świeżym śniegu i wbił się w sporą zaspę śniegu.
- No to żeśmy poszaleli – ostrożnie skomentował Mateusz patrząc jak kolega zareaguje na sytuację.
- Masz tu kogoś z jakimś traktorem, czy ja mam dzwonić po assistance? - zapytał z uśmiechem Robert. - Taka bzdura nas nie powstrzyma! Streszczaj się z tym dzwonieniem!
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!