TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Września 2020, 01:23
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 327

Jasna i ta druga strona księżyca 327

 

- Kiedy to się wreszcie skończy? - mruknął półgłosem Mateusz spoglądając na drzwi zamykające się za kolejną osobą, która przyszła przełożyć ślub na bliżej nieokreślony termin. Dziewczyna była załamana i Mateusz wcale się jej nie dziwił.

Dla niego też ten czas próby stawał się coraz bardziej nieznośny. Kiedy została ogłoszona powszechna kwarantanna i szukał w tym wszystkich jakichś pozytywów, pomyślał, że przynajmniej nadrobi zaległości w sprawach kancelaryjnych, a tymczasem sterta spraw niezałatwionych na jego biurku bynajmniej się nie zmniejszyła, a może nawet i urosła. Ciągle przypominał sobie również Wiesia z seminarium, który miał w sobie tak doskonałą systematyczność i pracowitość, że nawet po niemal 30 latach nie można było go zapomnieć. O godz. 16.00 wyciągał z półki książkę do języka włoskiego i pracował z nią dopóki o 17.00 nie wyciągnął książki do angielskiego, z którą pracował aż do czytania duchownego. Podobnie było po kolacji. Księdzem co prawda Wiesiu nie został, ale z całą pewnością ta systematyczność doskonale mu służy na niwie profesjonalnej, którą wybrał, a było to zdaje się prawo.
- Ja natomiast nigdy nie stanę się Wiesiem – powiedział do siebie Mateusz, raz jeszcze rzucając okiem na stertę papierów, a następnie na zegarek. Dochodziła 10.00 i czas porannego otwarcia biura dobiegał końca. Zanim jednak sięgnął po klucze rozległo się pukanie i po chwili zza uchylonych drzwi wsunęła się do środka okolona rudą grzywą twarz księdza Piotrka, kolegi z sąsiedniego dekanatu.
- Czy ksiądz proboszcz jeszcze przyjmuje? - zażartował ks. Piotr.
- Oczywiście, proszę bardzo – uśmiechnął się Mateusz. - A co pan chciałby przełożyć na bliżej nieokreślony termin?
- Hmmm, skoro tak ksiądz stawia sprawę, to zważywszy na to, że Kościół „trzęsie” wszystkim w Polsce poproszę o przełożenie płatności rachunków za gaz i za prąd - odpowiedział Piotr siadając na krześle po drugiej stronie biurka.
- Obawiam się, że nie pomogę, ale mogę panu przesunąć chrzest albo ślub - trzymał się konwencji żartu Mateusz.
- Ochrzczony to już jestem, dziękuję, a co do ślubu, to do tanga trzeba dwojga, a na mnie wystarczy popatrzeć, żeby się zorientować, że chętnych nie ma - uśmiechnął się Piotr.
- Ale muszę przyznać, że jesteś doskonałym przykładem stosowania się do obostrzeń, bo w przeciwieństwie do naszych kochanych polityków, zawsze idealnie przystrzyżonych mimo zakazów, ty wyglądasz jakbyś u fryzjera nie był od początku roku. Gdyby nie ten hmm... specyficzny kolor włosów wyglądałbyś jak gitarzysta Boney M – śmiał się Mateusz, przyglądając się z nieukrywanym podziwem bujnej czuprynie kolegi.
- Wiesz, że jestem wzorem posłuszeństwa - Piotr skromnie opuścił głowę na pierś.
- Zawsze byłeś! - zgodził się Mateusz. - A tak na poważnie, to co cię Piotruś do mnie sprowadza?
- Przejeżdżałem i pomyślałem, że wpadnę. Nie dzwoniłem wcześniej, bo w sumie nic konkretnego do ciebie nie mam, ale powiem ci, że od tego siedzenia samemu na plebanii to mi już do głowy uderza. Wy tutaj chociaż jesteście w trzech, to jakąś formę życia wspólnotowego macie, a u mnie, odkąd do kościelnego wrócił syn z zagranicy i cała rodzina na kwarantannie, normalnie nie ma gęby do kogo otworzyć – Piotr dzielił się tymi spostrzeżeniami, a Mateuszowi zrobiło się strasznie głupio. Co prawda Piotr był z innego dekanatu, ale przecież znali się jeszcze z czasów seminarium, a i w ich dekanacie było kilku księży pracujących samotnie w parafiach, a jemu - poza świętami, kiedy zaprosił dwóch księży z sąsiedztwa - do głowy nie przyszło, żeby tych kolegów choćby zapytać, jak sobie radzą. Niby był formalny zakaz odwiedzania, ale przecież tu naprawdę może chodzić o kwestię zdrowia psychicznego. Skoro nawet Piotr, który zawsze chodził swoimi drogami i nie socjalizował się szczególnie z nikim, mówił mu teraz, że zaczyna fiksować, to sprawy mogą być poważne.
- Masz rację Piotrze, ta kwarantanna wszystkim daje się we znaki. Nie żebym się usprawiedliwiał, ale ja swoich wikarych podczas tej zarazy widzę znacznie mniej niż to miało miejsce w lepszych czasach. Ale oczywiście widzimy się codziennie i sytuacja jest mniej dotkliwa, niż choćby dla ciebie... Popatrz na moje biurko, to są wszystko sprawy do załatwienia, niektóre mocno zaległe, a ja nie potrafię się zmobilizować, żeby to ogarnąć, choć przecież czasu niby znacznie więcej - powiedział Mateusz.
- Nawet mi nie mów - pokręcił głową Piotr. - Ja się nieraz łapię na tym, że przychodzi wieczór, a ja jeszcze nie rozpocząłem brewiarza. I się pytam sam siebie, co robiłem przez cały dzień i nie potrafię wymienić choćby jednej rzeczy pożytecznej dobrze zrobionej i doprowadzonej do końca. Ale powiem ci, że najbardziej martwi mnie to, że ludzie nie za bardzo mi wracają do kościoła. Niby już dwa razy były poluźnione restrykcje, ale u mnie w kościele tego wcale nie widać. Szczerze mówiąc, to spodziewałem się, że głód sakramentów po takim wyposzczeniu będzie ogromny, ale przynajmniej na razie nic takiego jeszcze nie widzę. Nie będę cię zanudzał kwestiami ekonomicznymi, bo w większych parafiach macie jeszcze gorzej, ale choćby taki przykład: mam pogrzeb, na pogrzebie garstka ludzi, a do Komunii nawet nie cała najbliższa rodzina przystępuje. A siedzę w konfesjonale codziennie pół godziny przed każdą Mszą. Nie wiem co się dzieje. I trochę się boję, że od tego naszego ciągłego gadania „zostańcie w domu”, „nie przychodźcie, prosimy, do kościoła”, „Komunia duchowa jest wspaniała, nie ma co narażać siebie i innych” ludzie doszli do wniosku, że sobie można doskonale poradzić bez kościoła i bez księży. Co ja oczywiście rozumiem podczas wojny, czy w takiej Japonii jak im tam wszystkich księży wygnali albo zabili, ale u nas? Dzisiaj? Nie wiem, czy nie wylaliśmy dziecka z kąpielą... - Piotrek zamyślił się nie patrząc na Mateusza.
- A powiedz mi Piotrze, mieliście u was dużo przypadków zakażeń czy nawet śmierci związanych z wirusem? Bo wiesz, ludzie mogą być naprawdę przestraszeni – próbował dociekać przyczyn Mateusz.
- Ja osobiście nie wiem o żadnym przypadku zakażenia u nas we wsi. Pewnie, że plotek było mnóstwo. Wystarczyło, że kogoś dwa dni na wsi nie widzieli, a już się słyszało, że ma koronę. Ktoś tam był na kwarantannie, bo rodzina wracała z zagranicy, jak choćby mój kościelny, ale ja nie wiem o żadnym potwierdzonym przypadku zakażenia, a co do zgonów to mam 100 procent pewności, że takich nie było. Wiem, że ludzie się boją, ale do sklepów ciągle kolejki i to do wszystkich. Ja oczywiście zachęcam do powrotu, jak mam Mszę transmitowaną przez Facebooka to mówię, że nie osiągamy wyznaczonych limitów, że są miejsca, ławki dookoła kościoła, ale ludziom jakby się spodobała ta dyspensa i korzystają z niej. A u was jak sytuacja wygląda? - zapytał Piotr.
- Wiesz, my mamy sporo Mszy, są takie, na których lekko przekroczony jest limit, ale i takie, na których jest znacznie poniżej. Więc i u nas też nie można powiedzieć, że ludzie powrócili tłumnie... Ja osobiście nie mam pojęcia, jak to się dalej potoczy. Natomiast mam takie coraz głębsze przekonanie, że bez względu na to, kto powróci to i tak czeka nas jakiś reset. To znaczy my sami musimy ten reset przeprowadzić. I w tym sensie to może być jakaś szansa. Pomyśl sam, jak to jest z tymi różnymi grupami, które niby są, ale ich nie ma, z tymi czasami kółkami wzajemnej adoracji, które istnieją tylko po to, aby zaspokoić czyjąś chęć przewodzenia czy spędzenia czasu przy herbatce. Nie mówię, że to wszystko złe i niepotrzebne, ale jak nie ma żadnego wzrostu duchowego, a często jakieś niepotrzebne kwasy. Nie wiem, czy się nie zapędziliśmy trochę w taki róg, w którym Kościół przejął jakieś funkcje terapeutyczne, a naszym jedynym zadaniem ma być zapewnienie ludziom dobrego samopoczucia i jedynym wyznacznikiem jest właśnie to czy ludziom się podoba... - odpowiedział Mateusz.
- Ja mam taką grupę modlitwy, która istnieje, bo – w zgodnej opinii wszystkich – pani Jadzia dzięki niej może zrealizować swoje niespełnione marzenia o byciu nauczycielką. Jest tam niepodzielną liderką i co chwilę mamy jakieś spotkanie związane z jej kolejnym jubileuszem bycia w tej grupie. Grupę odziedziczyłem po poprzedniku i mowy nie było, żeby tam coś zmienić, bo pani Jadzia dostanie zawału - Piotr wydawał się zgadzać z diagnozą Mateusza.
- No ale teraz w czasach zarazy spotykali się? - zapytał Mateusz.
- A skąd! Pani Jadzia, zresztą słusznie, pierwsza zabarykadowała się w domu i surowo zabroniła, aby ktokolwiek podejmował jakąś aktywność w ramach grupy bez jej obecności.
- No właśnie, więc teraz, zgodnie z tym sloganem, który słyszymy ze wszystkich stron, że po wirusie już nic nie będzie takie same, będziesz miał okazję, aby tę grupę na przykład połączyć z inną na nowych zasadach - tłumaczył Mateusz. - Kiedyś wszyscy wiedzieli, że w życiu potrzeba wyrzeczeń, potrzeba ofiary, żeby coś mogło przynieść sukces, udać się czy trwać. Czy to w małżeństwie, w kapłaństwie czy życiu konsekrowanym. A dzisiaj nikt nie chce wyrzeczeń, tylko wszyscy chcą być spełnieni. Bez wyrzeczeń. Jak im coś nie pasuje, to rzucają wszystko w cholerę, bo się „nie spełniają”. To chyba nasz główny problem. I może ten wirus chociaż tyle pomoże nam zrozumieć.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!