TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Stycznia 2020, 14:54
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księżyca 319

- Fabian, a... czy ty się w ogóle modlisz? - zapytał Mateusz, a Fabian milcząco opuścił głowę i przez dłuższą chwilę nic nie mówił.
- Nie myśl sobie, że chcę cię jakoś oceniać, czy jeszcze gorzej, potępiać, wierz mi, że daleki jestem od tego. Zresztą, sam nie jestem jakimś tytanem modlitwy. Mamy u nas w kościele parafialnym kaplicę całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu i za każdym razem, kiedy rano wystawiam Pana Jezusa w monstrancji obiecuję i Jemu i sobie, że na pewno się dzisiaj w ciągu dnia spotkamy i nie muszę ci chyba mówić, ile razy ze wstydem dokonuję wieczorem repozycji, bo nie znalazłem ani chwili. Ale Brewiarza i Różańca staram się pilnować, bo bez naszej osobistej modlitwy naprawdę jesteśmy zupełnie bezużyteczni. Tylko dlatego zadałem ci to pytanie - wytłumaczył się Mateusz.
- No nie ma co ukrywać, z modlitwą nie jest u mnie najlepiej - westchnął Fabian. - Mam ciągle takie zrywy, zwłaszcza po spowiedzi, bo akurat regularnej spowiedzi pilnuję, ale nie trwam za długo... Ciągle mam gdzieś z tyłu głowy tę myśl o odejściu i to mnie jakby usprawiedliwia, to znaczy tak mi się błędnie wydaje.
- Wiesz, zawsze jak rozmawiam z małżonkami, którzy są w kryzysie i myślą o rozstaniu - powiedział Mateusz nie patrząc na Fabiana - to daję im taką radę, że muszą choć przez jakiś czas potraktować poważnie sakrament małżeństwa i wbić sobie do głowy, że mają przed sobą tylko dwie możliwości: albo dalej będą żyć tak jak teraz, czyli beznadziejnie i raniąc siebie nawzajem, albo zaczną robić coś, żeby im było lepiej, ale zawsze razem. Bo po prostu innej drogi nie ma. Albo syf jaki mają, albo coś zmienią na lepsze. Nie ma trzeciej drogi. Zapomnijcie, że jest jakiś rozwód czy separacja. Albo się dalej zabijacie, albo się próbujecie kochać. I wiesz, czasami to pomaga. Nie zawsze, ale znam takich, którzy kiedy usunęli sobie z tyłu głowy tę myśl, że przecież zawsze można się rozwieść i dalej nie męczyć, naprawdę znaleźli szczęście trwając w małżeństwie, które wydawało się nie do uratowania, ale tak naprawdę po prostu wysiłek potrzebny do jego uratowania wydawał się być nadludzki w porównaniu z łatwością poszukania szczęścia w innym związku - zakończył Mateusz spoglądając uważnie na młodszego od siebie kapłana.
- Czyli mówisz, że muszę spróbować tak spojrzeć na swoje kapłaństwo, jakby nie było od niego odwrotu? - zapytał Fabian.
- A jest? - Mateusz nie mógł się powstrzymać od odpowiedzi pytaniem na pytanie.
- Sam już nie wiem - westchnął Fabian. - A ty nigdy nie miałeś kryzysu? Nie chciałeś tego wszystkiego rzucić w cholerę?
- Rzucić w cholerę nigdy - stanowczo choć z uśmiechem odpowiedział Mateusz. - Oczywiście wielokrotnie byłem zły na ludzi, na księży biskupów, na samego siebie, na Pana Boga też, oj usłyszał On ode mnie mało przyjemne rzeczy, usłyszał, ale nigdy nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym rzucić kapłaństwo. Nie wiem, może wszystko przede mną, ale dotychczas nigdy - mówił dalej.
- Ciekawe jest to co mówisz, bo ja mam dokładnie odwrotnie, jak mnie coś wkurza, to od razu myślę, że to dlatego, że nie jestem na swoim miejscu, nie jestem na właściwym miejscu - skomentował Fabian.
- Wiesz, ja myślę, że to wszystko zależy od tego, czy my wierzymy, że Pan Bóg naprawdę nas powołał, to co mówiłem na kazaniu. Nie wiem jak ty, ale ja mam absolutną pewność, że On mnie chciał księdzem. Na początku myślałem, że mnie chciał, bo jestem zdolny w tym czy w tamtym, ale im jestem starszy tym bardziej się przekonuję, że to co potrafię, czy czego nie potrafię, nie ma nic wspólnego z Jego wyborem. Im bardziej ufam Jemu, a nie swoim zdolnościom, tym bardziej widzę, że On mnie chciał. A fakt, że nigdy nie chciałem rzucić kapłaństwa ma związek jeszcze z czymś innym. Mnie się naprawdę wydawało, że kiedy zrozumiałem, że coś mnie skłania ku seminarium, skończyło się wszystko co piękne w moim życiu. Że muszę wszystkie moje pragnienia, marzenia, pasje złożyć na ołtarzu swojego powołania, poświęcić się, zacisnąć zęby i realizować wolę Boga, który się na mnie uparł. A dzisiaj po niemal 25 latach kapłaństwa, mogę tylko Bogu dziękować, bo nie mogłem mieć piękniejszego życia. Jak dobrze, że On się na mnie uparł, bo moje pragnienia okazały się pestką w porównaniu z tym, co otrzymałem. Musiałbym być ostatnim niewdzięcznikiem, żeby to wszystko chcieć rzucić. Naprawdę Fabian, nie wciskam ci tu jakiegoś kitu, tak to czuję. Nigdy nie miałeś takiego doświadczenia, że Bóg ci potwierdza powołanie? - zapytał Mateusz.
- Szczerze mówiąc miałem... Nie przepadam za Odnową w Duchu Świętym, ale raz jak byłem wikariuszem w parafii akurat proboszcz wymyślił, że się nad nami modlili modlitwą wstawienniczą i wtedy jeden z tych świeckich ludzi spojrzał na mnie i powiedział, że wyraźnie usłyszał słowa „Powołałem cię prawdziwym powołaniem”... Więc jeśli ufać takim świadectwom, to jak najbardziej Bóg mi potwierdził - bez większego przekonania opowiadał Fabian.
- No stary, skoro Bóg cię wybrał, to tylko się cieszyć. Bo jak cię wybrał to i wyposażył, i poprowadzi... Nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy, jak tylko to, co ci już powiedziałem. Pomyśl sobie, że nie ma trzeciej opcji, albo wegetujesz jak teraz, albo się zachwycasz tym, że cię Bóg wybrał. Pomyśl, co takiego On w tobie widział, czego ty nie potrafisz dostrzec. Popytaj przyjaciół, za co cię lubią. O! Właśnie mi się przypomniało, jak jeden kolega mi opowiadał, że przed seminarium miał dziewczynę, no ale potem, wiadomo powołanie poczuł w sercu, z dziewczyną się rozstał i został księdzem. Po trzech latach miał kryzys i nawet się przypadkiem z nią spotkał. A ona mu powiedziała, że już nigdy więcej nie spotkała chłopaka, który by tak pięknie mówił o miłości jak on, kiedy byli razem. No i mu mówi, że ludzie na pewno szaleją na punkcie jego kazań. I wiesz, on sobie wtedy zdał sprawę, że przez trzy lata wikariatu w takiej dużej parafii, gdzie było czterech wikariuszy, kilku rezydentów i proboszcz narcyz zakochany w swoim głosie, kazania mówiło się tylko w niedzielę i święta, a jemu przypadał kolejka raz na dwa albo trzy miesiące... I poprosił księdza biskupa o przejście do werbistów, ci go przyjęli, i teraz jeździ po całym świecie jako kaznodzieja i zamawiają go na rekolekcje z czteroletnim wyprzedzeniem. Tak, że wiesz... Najpierw zaakceptuj, że Bóg cię chce, zacznij się modlić, jak Bóg przykazał, a na pewno odkryjesz co tam Pan Bóg w tobie wypatrzył i w co cię wyposażył - zakończył optymistycznie Mateusz.
- No nie wiem... Ale co do jednego masz rację. Muszę się bardziej przyłożyć do modlitwy... Czyli co? Mam wracać na ten KUL i dalej studiować te języki klasyczne, jakby nigdy nic?
- A tego to ja nie wiem – zaśmiał się Mateusz.
- A chociaż dobrze ci idzie?
- Średnio. Ale mam frajdę, bo paru kolegów jest na prawie i ciągle do mnie przychodzą po pomoc, jeśli chodzi o łacinę. Nieraz się zagadamy na te prawnicze tematy, więc nawet nabyłem pewnej wiedzy, do tego stopnia, że jeden kolega nawet zapytał, czy bym się pod niego nie podszył i nie poszedł na egzamin - zaśmiał się Fabian.
- No widzisz, czyli coś ci przynosi frajdę... Ale pamiętaj, rozeznanie! Nawet papież Franciszek bardzo dużo mówi o rozeznaniu, a my ciągle myślimy, że mamy rozeznawać co do innych, a przecież co do siebie też musimy, prawda?
- Prawda... Mogę wpaść kiedyś do ciebie na parafię? - zapytał Fabian.
- Aha, chcesz sprawdzić, czy tylko tak pięknie mówiłem, czy wprowadzam w życie? - pytał uśmiechając się Mateusz.
- Ależ skąd? - żachnął się Fabian.
- Żartuję, oczywiście że możesz. Nawet bardzo nam się przyda twoja pomoc, bo ksiądz biskup zabrał mi jednego wikariusza na probostwo i zostałem z dwoma, a tam zawsze było trzech, więc pomoc jest bardzo wskazana. Teraz mam już twój numer zapisany, więc będziemy w kontakcie, ale wpadać możesz nawet bez zapowiedzi, choć nie ma gwarancji, że mnie zastaniesz – odpowiedział Mateusz, sprawdzając jeszcze w telefonie, czy numer Fabiana był opisany jego danymi.
- Bardzo chętnie... Muszę powiedzieć, że jak wcześniej w parafii było mi trochę ciężko, a przeżyłem trzy wikariaty, tak teraz brakuje mi wspólnoty. Ja chyba jestem klasycznym przykładem przysłowia „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma” - Fabian pokręcił głową jakby się litował nad samym sobą.
- Nie jesteś jedyny, ja myślę, że tak trochę to każdy z nas ma tak samo. Ja zawsze chciałem mieć parafię bez wikariuszy, dostałem taką z trzema, a teraz jak jest o jednego mniej, to narzekam - uśmiechnął się Mateusz.
- Ale ja jestem przypadkiem klinicznym - dodał Fabian patrząc na Mateusza.
- Nie jest tak źle. W każdym razie znasz swoje limity, więc teraz zacznij myśleć nad swoimi atutami, bo Pan Bóg może się już zaniepokoić, że ci je za głęboko zakopał - uśmiechnął się Mateusz.
- Ano właśnie, czyli naprawdę muszę zacząć kopać głębiej - całkiem poważnie zakończył rozmowę Fabian.

Jeremiasz Uwiedziony
Ilustracja Marta Promna

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!