Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 398
Tegoroczny Wielki Post ewidentnie cieszył się jakimś szczególnym jubileuszowym Bożym błogosławieństwem, ponieważ wiele inicjatyw przynosiło owoce nawet większe od spodziewanych. Mateusz nie mógł się nacieszyć faktem, że niemal setka dzieci przychodziła na Drogę krzyżową, nawet jeśli odbijało się to na frekwencji na nabożeństwie dla dorosłych, gdzie z kolei nie było zbyt wielu ludzi, no ale dzieci też ktoś musi do kościoła zaprowadzić.
Nie można mieć wszystkiego. Kolejnym powodem do satysfakcji była pierwsza jubileuszowa katecheza dla dorosłych, na którą przyszło do kościoła niemal pięćdziesiąt osób, a część z nich zatrzymała się nawet na spotkanie przy kawie i ciastku. Zważywszy, że większość uczestniczyła tej niedzieli cięgiem w Różańcu, Gorzkich żalach, Mszy Świętej i właśnie katechezie, to trzeba tych ludzi podziwiać. Było nawet kilka osób z innych parafii. Ponadto, wszystko wskazuje na to, że jeszcze przed świętami uda się zorganizować kurs lektorski, do którego zainspirowała Mateusza pani Ania Niezguła - chyba jedyna owieczka zabłąkana, którą Mateuszowi udało się sprowadzić na łono wspólnoty podczas tegorocznej kolędy, a która jak się okazuje postanowiła zaangażować się bardziej, jako lektorka właśnie. I na prośbę Mateusza księża w dekanacie ogłosili nabór i właściwie z każdej parafii było kilku chętnych. A to z kolei trzech kolegów natchnęło, aby pomóc Mateuszowi w przeprowadzeniu kursu i mieli już konkretny projekt na piąty tydzień Wielkiego Postu. Wystarczyła jedna iskierka z kierunku, z którego najmniej się spodziewał. No i oczywiście przezwyciężenie własnej gnuśności, a także gnuśności albo zabiegania kolegów kapłanów.
Odnośnie swojej własnej gnuśności i jej przezwyciężania to od kilku dni nosił w sobie dość szalony projekt. Wszystko się zaczęło podczas Nowenny do Świętej Rity, którą od kilku miesięcy wprowadził w parafii w związku z piękną figurą tej patronki, którą zupełnie niespodziewanie Mateusz otrzymał do Sióstr Służebniczek. Okazało się, że jeszcze jego poprzednik ks. Piotr znalazł gdzieś na strychu mocno uszkodzoną figurkę i kiedy się dowiedział, że jedna z sióstr trudni się renowacją odstawił figurkę do niej, a potem wszyscy o niej zapomnieli. Ale rzeczona siostra kiedy uporała się z bardziej pilnymi sprawami odrestaurowała również św. Ritę, która cierpliwie czekała na swoją kolej. Kiedy po chyba dwóch latach figurka trafiła niespodziewanie do Mateusza, który wcześniej nie miał o niej pojęcia, pomyślał, że Rita już tak ma z zakonnicami, że musi trochę poczekać: do augustianek też nie od razu ją przyjęto. No ale teraz była w jego parafii, więc znaleźli dla niej miejsce i od kilku miesięcy odprawiali nowennę, która cieszyła się sporym powodzeniem. Właśnie po lutowym nabożeństwie podeszła do Mateusza pewna pani.
– Proszę księdza, ja jestem z innej parafii, ale przyjeżdżam tu do was na nowennę do Świętej Rity. Byłam ostatnio w Częstochowie i zobaczyłam tam takie obrazki z Ritą. Pomyślałam o was i kupiłam paczkę. Proszę bardzo, na pewno będzie ksiądz wiedział, jak je wykorzystać - powiedziała.
– Bardzo dziękuję, strasznie mi miło, że pani o nas pomyślała - dziękował zaskoczony Mateusz.
– Wcześniej jeździłam na tę nowennę do innej parafii, też tam pięknie to prowadzą już od lat, no i mają nawet relikwie św. Rity - tłumaczyła kobieta.
– No my mamy tylko figurę na razie - powiedział Mateusz.
– A ja myślę, że pewnie szybko będziecie mieli też relikwię - uśmiechnęła się kobieta, po czym pożegnała się z Mateuszem, w którego głowie pojawiła się wtedy właśnie myśl, że trzeba coś w tym kierunku zrobić.
Rzeczywiście szybko dodzwonił się do sióstr augustianek w Casci we Włoszech, które poinformowały go na jaki adres mailowy należy przesłać prośbę o relikwie. Mateusz szybko je napisał, opieczętował i w sumie zapomniał zanieść je do biskupa do konwalidacji tylko od razu zeskanował i przesłał mailem. Znał siebie i wiedział, że jeśli nie zrobi tego natychmiast, to zapomni i nie zrobi wcale. Minęło kilka dni i nie było żadnej odpowiedzi, nawet potwierdzenia, że ktoś tego maila odczytał. Pomyślał, że w Italii nic się nie zmieniło od czasu, kiedy przebywał tam przez parę lat. Za każdym razem kiedy składał jakieś podanie przyjaciele mówili mu, że musi znaleźć kogoś w biurze kto „popchnie” jego sprawę. Kiedy mówił, że nie potrzebuje, bo mu się nie spieszy, patrzyli na niego z politowaniem. Jak nie „popchniesz” to będziesz czekał lata. I to była właśnie ten szalony projekt, który chodził mu po głowie od kilku dni: wsiąść w samolot, polecieć do Rzymu, stamtąd do Casci i „popchnąć” osobiście prośbę o relikwie. Zastanawiał się, czy stać go jeszcze na taki szalony wyjazd. A przecież od Casci było nieco ponad godzinę do Asyżu, jego najukochańszego miejsca na świecie.
W końcu usiadł do komputera z kalendarzem w dłoni. Wyszło mu na to, że jedynymi dwoma dniami pod rząd wolnymi całkowicie od innych niż Msza obowiązków, były najbliższy wtorek i środa. Zadzwonił do sąsiada, czy może go zastąpić przy ołtarzu i okazało się, że nie ma problemu. Pozostało znaleźć bilety lotnicze do Rzymu z wylotem rano we wtorek i powrotem w środę wieczorem. I było takie połączenie z Warszawy, nawet niedrogie, zważywszy, że miał polecieć właściwie bez bagaży. Ale z plebani musiał wyjechać ok. 2.00 w nocy z poniedziałku na wtorek, a wróciłby do siebie ok. 2.00 w nocy ze środy na czwartek. Dwadzieścia lat temu nawet by się nie zastanawiał. Dzisiaj trochę mu zajęło, żeby kliknąć w okienko „kupuj”. A potem już nie było odwrotu. Jeszcze tylko wynajem samochodu na rzymskim lotnisku Leonarda da Vinci na niespełna 48 godzin. Noclegiem się nie martwił, bo w Asyżu znał paru franciszkanów, gdzieś go przenocują. I tak w piętnaście minut wszystko było zaklepane. No może nie wszystko, ale to co od niego zależało. Reszta była w rękach Boga, no i trochę w rękach Świętej Rity.
***
Kiedy o 10.00 po godzinnym oczekiwaniu (tanie wypożyczalnie nie zawsze są perfekcyjne, ale są tanie) wsiadł wreszcie do wypożyczonego auta nagle spadło na niego całe zmęczenie nieprzespanej nocy. Zanim więc wyruszył w trasę podjechał jeszcze do baru i zamówił dwa espresso jedno po drugim. Natychmiast wrócił mu rezon i radość z bycia w Italii. Troszkę go martwiły dwie sprawy. Po pierwsze zastanawiał się, czy nie lepiej było zadzwonić jednak do sióstr augustianek i się zapowiedzieć, a po drugie ostatecznie nie miał kiedy wjechać do kurii, aby poprosić biskupa o podpisanie jego prośby o relikwie. Taki podpis zawsze był wymagany. W końcu pomyślał, że przecież Italia rządzi się zupełnie innymi prawami i trzeba zostawić też trochę roboty Świętej Ricie, a nie zrobić wszystko samemu. Więcej się nie martwił, tylko cieszył pięknymi wiosennymi krajobrazami najpierw Lacjum, a potem Umbrii. Przypomniał sobie jak piękne są te strony i jak bardzo za nimi tęsknił. Do Casci dotarł po około trzech godzinach, było kilka minut po trzynastej. Do sióstr można się dostać do godz. 12.00, bo potem mają modlitwy, obiad itd, a po południu od 15.30. Niewiele się zastanawiając po modlitwie w sanktuarium św. Rity, wyruszył do Asyżu z postanowieniem powrotu jutro od samego rana. Asyż oczywiście nie zawiódł: odwiedził wszystkie ulubione miejsca św. Franciszka, oprócz bazyliki z grobem, również San Damiano i Eremo delle Carceri i bez problemów znalazł nocleg w seminarium ojców franciszkanów, które już seminarium nie jest. Tam też mają problemy z powołaniami.
Rano jeszcze wstąpił do św. Klary i wyjechał ponownie do Casci. Po jedenastej, w kapłańskiej koszuli pojawił się w rozmównicy. Kiedy przyszła siostra augustianka, przedstawił się, wyciągnął prośbę o relikwie. Siostra natychmiast poszła na zaplecze i przyniosła gotową kapsułkę z relikwią i certyfikatem.
– A co to za relikwia? - zapytał Mateusz uszczęśliwiony i zdumiony błyskawiczną procedurą.
– Ex indumentis - odpowiedziała siostra, dotykając znacząco swojego habitu, aby pokazać, że to kawałek szaty św. Rity. Czyli relikwia drugiego stopnia. Mateusz spojrzał na swoją prośbę, gdzie jak byk było napisane ex ossibus, czyli z kości. Zależało mu na relikwii pierwszego stopnia. Specjalnie po to przyleciał.
– Proszę siostry, ale ja tu mam prośbę o relikwie pierwszego stopnia, dla mojej parafii - powiedział.
– Pierwszego stopnia? Księże, nikomu takich nie dajemy… Ale jak ksiądz chce to może porozmawiać z matką generalną. Może ksiądz przyjść po 15.30?
– Oczywiście - odpowiedział, choć to oznaczało, że będzie miał niewiele czasu na powrót na lotnisko. Zaczął nawet żałować, że wczoraj pojechał do Asyżu.
Z krótką przerwą na makaron cały czas spędził przy grobie Świętej Rity solennie ją zapewniając, że bez relikwii pierwszego stopnia nigdzie się nie rusza. Wreszcie o 15.30 znowu był w rozmównicy. Siostry nie odpowiedziały na pierwszy dzwonek. Ani na drugi. „No nieźle” - pomyślał, ale trzeci dzwonek był skuteczny. Siostra, która się pojawiła musiał być poinformowana o sprawie, bo od razu powiedziała mu jak sprawy wyglądają.
– Proszę księdza, my tu nikomu nie dajemy takich relikwii. Jedynie w przypadku, gdy w nowym świecie, czyli w Amerykach budują jakiś nowy kościół pod wezwaniem św. Rity, to wtedy otrzymują, ale i tak nie od nas, ale od domu generalnego w Rzymie. Nic nie mogę zrobić - mówiła, a Mateusz wpatrywał się w nią błagalnym wzrokiem. - Księże, ja jestem z Kalabrii, mamy kult Świętej Rity i nawet mi nie dali.
– A siostra jest matką generalną? - zapytał Mateusz, a siostra pokręciła przecząco głową. - To ja bardzo proszę o możliwość rozmowy z matką przełożoną, bo powiedziano mi rano, że będę rozmawiał z matką i czekałem na to ponad cztery godziny - chwycił się ostatniej deski ratunku.
– Proszę zaczekać - powiedziała siostra, a Mateusz zamknął oczy i zaczął się modlić do św. Rity - Twoja kolej.
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!