TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Sierpnia 2025, 10:46
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 396

Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 396

Maciej, z którym Mateusz był w ciągłym kontakcie telefonicznym, ponieważ nie chciał znowu znaleźć się w sytuacji, że coś trudnego dzieje się w życiu jego przyjaciela, a on nic o tym nie wie, radził sobie całkiem nieźle w nowej parafii. Ba, chyba nawet odnalazł w sobie zapał neoprezbitera, bo nieustannie opowiadał o nowych pięknych odkryciach w powierzonej sobie wspólnocie.
- Wyobraź sobie, że co drugi dzień znajduję powieszoną na płocie reklamówkę, w której, a to jajeczka od kurek zielononóżek, a to jakaś swojska kiełbaska albo kaszanka, chlebek pieczony w starym domowym piecu, sok z kwaszonego buraka – ekscytował się choćby wczoraj.
- I kto ci to wszystko przynosi? - zapytał nie bez cienia zazdrości Mateusz.
- No właśnie w tym jest cały urok tej sytuacji, że nie mam zielonego pojęcia kto to przynosi, bo jeszcze mi się nie udało nikogo, że tak powiem, przyłapać na gorącym uczynku. Ale nie wydaje mi się, żeby to była ciągle ta sama osoba. Musisz znowu wpaść do mnie, zobaczysz, a właściwie posmakujesz, jak mnie tu dobrze traktują - nie mógł się nachwalić Maciej.
Natomiast Mateusz w swojej parafii coraz wyraźniej dostrzegał, że nie tylko nikt mu niczego nie przynosił, ale w pewnym sensie działy się procesy odwrotne, coś mu z parafii znikało, a właściwie ktoś. Nie potrafił sobie tego wytłumaczyć ani tym bardziej znaleźć remedium, ale po ukończeniu podstawówki wykruszali mu się ministranci, których nigdy nie było za dużo, szczerze mówiąc, a z młodzieżą było jeszcze gorzej. Szli do szkół średnich, w większości poza teren parafii i praktycznie znikali. Podczas kolędy zorientował się, jak wielu z nich nie podjęło nawet lekcji religii w nowych szkołach. Pytał wówczas, czy zdają sobie sprawę, że to może skomplikować im dalsze życie, jak choćby bycie chrzestnym czy chrzestną.
- Nie wiem, czy skoro ty świadomie rezygnujesz z lekcji religii, możesz potem dostać zaświadczenie, że jesteś godnym wzorem do naśladowania dla dziecka, które przyjmuje chrzest - tłumaczył Mateusz. Ze strony młodych najczęściej wywoływało to wzruszenie ramionami, a u ich rodziców spuszczenie wzroku w podłogę.
- A gdybyśmy na przykład zorganizowali lekcje religii w naszej parafii, przy kościele, to chodziłbyś? - pytał Mateusz zwłaszcza tych, którzy wydawało się szczerze zapewniali go, że nie chodzą na religię, bo nikt się nie zapisał, albo musieliby potem zbyt długo czekać na autobus, jako że religia jest zawsze na ostatniej lekcji.
- No, jakby nie kolidowało z innymi moimi pasjami to może bym chodził - takiej w miarę pozytywnej odpowiedzi udzielił mu jeden chłopak, ale u wielu innych pojawiało się w oczach błaganie, żeby już po prostu dać im spokój. Temat nie wywoływał u nich żadnych emocji, ani negatywnych, ani pozytywnych. Mateusza to bardzo przygnębiało, bo zawsze lubił pracować z młodzieżą, a nawet był uważany za specjalistę od takiego duszpasterstwa, a teraz nagle się okazuje, że nie ma żadnej recepty na parafialne bolączki w tym zakresie. Macieja nie mógł się poradzić, bo w nowej parafii, póki co wcale nie miał ministrantów, a co do młodzieży, to zawsze uważał, że to sztuczny podział, który tylko miesza w głowie.
- Nie ma czegoś takiego jak młodzież, nastolatki - twierdził Maciej. - Jakieś 80 lat temu ktoś to sobie wymyślił, ale przez tysiące lat tego nie było. Na początku XX wieku wprowadzono ustawy, które miały dobre zamiary, bo chodziło o ochronę dzieci przed ciężką pracą w fabrykach. Cel był słuszny, ale rozpoczęło się zdejmowanie odpowiedzialności i obowiązków z tych młodych ludzi. Wtedy pojawia się termin „nastolatki” użyty po raz pierwszy w jakimś amerykańskim magazynie w 1941 roku. I tak to zaczęło. Wcześniej, odkąd istnieje rodzaj ludzki mieliśmy dzieci i dorosłych. I ja się tego trzymam - upierał się Maciej, więc do niego z prośbą o pomoc odnośnie pracy z młodzieżą Mateusz nie mógł się udać. A sam nie znajdował sposobów dotarcia do młodych, chociaż naprawdę się starał. Początkowo dość naiwnie, bo wydawało mu się, że najlepsze będzie to, co jemu kiedyś, jako młodemu człowiekowi bardzo się podobało, a co jako młody wikariusz również z powodzeniem proponował powierzonej sobie młodzieży dwadzieścia lat temu. Niestety było to naiwnością, a może i gorzej - brakiem rozeznania. Jeszcze jesienią zaproponował młodzieży kilkudniowy rajd rowerowy. Przecież po dziś dzień pamiętał, jako jedną z największych przygód swojego życia, kiedy jako dziewiętnastolatek z około czterdziestoosobową grupą rówieśników, pod opieką dwóch księży wikariuszy pojechali pociągiem na Mazury, a tam przemierzali codziennie trasy rowerami, popołudniu rozbijali się obozem nad jakimś jeziorem, odpoczywali, a na drugi dzień zwijali obóz i wyruszali rowerami w kolejne miejsce. To był fantastyczny wyjazd. I Mateusz był święcie przekonany, że zorganizuje coś podobnego i młodzież będzie zachwycona. Z wielkim entuzjazmem zabrał się za organizację. Co prawda szybko wyczuł, że wielkiej ochoty na rozbijanie i zwijanie codziennie namiotów nie ma, więc postanowił zorganizować kilka stacjonarnych noclegów. Plan był taki: przez trzy dni przemierzamy na rowerach drogę, która ostatecznie doprowadzi nas do fajnego miejsca, gdzie spędzimy kolejne trzy dni pływając kajakami. Noclegi w agroturystykach. Koszt w większości pokryty z pieniędzy parafialnych. Ekscytował się bardzo na ten wyjazd, ale entuzjazm spadał mu z dnia na dzień. Najpierw propozycja był skierowana do młodzieży, która jako tako angażuje się w parafii, ale kiedy liczba zapisanych osób nie chciała wznieść się powyżej zera (dramat absolutny) ogłosił wyjazd otwarty dla wszystkich młodych, którzy tylko mają ochotę na taką przygodę. Parę osób łaskawie się zainteresowało i orzekło, że gdyby ten przejazd na kajaki był autokarem, to oni może się zastanowią. I tak to się skończyło. Do wyjazdu nie doszło. Ostateczny bilans - strata kilkuset złotych zapłaconych tu i tam jako zaliczki. Ale bardziej niż strata pieniędzy dobijała go świadomość, że nikt nie chciał skorzystać z takiej świetnej okazji. I że on nie potrafi znaleźć czegoś, z czym by się mógł do młodych przebić. Przypomniał sobie, że kilka lat temu ks. Tomek był takim specjalistą od ministrantów i w kilku parafiach z rzędu udawało mu się mocno podnieść liczbę w ciągu paru lat. Postanowił umówić się na spotkanie i pogadać z nim, może młodszy o 15 lat kolega będzie miał lepsze rozeznanie. W roczniku diecezjalnym znalazł numer kolegi i od razu zadzwonił.
- Cześć Tomasz, nie wiem czy mnie kojarzysz… - rozpoczął niepewnie.
- No jasne, księże Mateuszu, przecież moja pierwsza piesza pielgrzymka, jak jeszcze byłem łebkiem, to właśnie z księdzem jako przewodnikiem była - przerwał mu Tomek powodując jego wielkie zaskoczenie, bo jakoś ten fakt wyparł z pamięci, a może nie tyle wyparł, co generalnie wszystko, co było dalej niż kilka lat temu, osnuło się mgiełką.
- No popatrz, a ja zupełnie o tym zapomniałem - przyznał się Mateusz.
- Ja raczej nie zapomnę, bo gdyby nie ta pielgrzymka, to może nie byłbym księdzem - zapewnił Tomek.
- Czyli rozumiem, że nie żałujesz - uśmiechnął się Mateusz.
- Absolutnie, wręcz przeciwnie! A co tam u księdza? - zapytał Tomek.
- Przede wszystkim nie rozumiem Tomku, czemu mówisz mi „per ksiądz”, myślałem że nigdy nie przestaliśmy być „na ty” - zauważył Mateusz.
- To prawda, ale odkąd jeden ksiądz, z którym też byłem na ty, pewnego dnia, kiedy miałem odmienne zdanie od niego, nagle stwierdził, że sobie „nie przypomina, kiedy przeszliśmy na ty” jestem trochę ostrożny. No ale cieszę się, Mateuszu, że ty pamiętasz. To co u ciebie?
- W sumie też wszystko dobrze, ale dzwonię do ciebie, bo wiesz, jesteś chyba najlepszym w naszej diecezji specem od ministrantów, a ja mam pewne problemy z utrzymaniem, że tak powiem, przy ołtarzu chłopców, którzy wychodzą z podstawówki - wyjaśnił Mateusz.
- No powiem ci szczerze, że ja też chętnie bym się poradził, tego księdza Tomka speca od ministrantów, którym kiedyś byłem, ale nie mogę go złapać...
- Nie rozumiem.
- Ja też nie rozumiem - zaśmiał się gorzko Tomek. - Prawda jest taka, że jestem od roku proboszczem i ministrantów mam tylu, co kot napłakał.
- No nie osłabiaj mnie, ty?
- Tak, ja. Przez wiele lat udawało mi się łączyć w chłopakach ministranturę i grę w piłkę. Wiesz, że kocham sport no i właściwie w każdej parafii, w której byłem „charatałem w gałę” z chłopakami, a potem brałem ich na salkę i do kościoła. To się samo nakręcało, bo chłopaki chcieli grać w piłkę, tworzyła się paczka, i cała ta paczka służyła mi do Mszy. W niektórych parafiach dochodziło nawet do 40-50 chłopaków. Ale już od kilku lat, nawet na ostatnim wikariacie szału nie było, bo chłopaki dzisiaj w piłkę nie chcą grać. Chyba że na playstation albo X-Boksie. A te rzeczy mają w domu, więc im paczka ani salka nie potrzeba. Krótko rzecz ujmując jestem bumerem, rozumiesz? Dziadersem! I nie mam przełożenia.
- Jasna anielka, jak ty jesteś bumerem, to kim ja jestem… - skwitował wypowiedź kolegi Mateusz. - Czyli też się borykasz z tymi samymi problemami, co ja… A młodzież? Jak sobie radzisz? Masz jakąś grupę młodzieżową w parafii?
- Powiedzmy, że mam…
- Naprawdę? To świetnie! Powiedz mi w jakim duchu to prowadzisz, oaza…
- Mateusz, no jakby ci to powiedzieć… Ja po prostu się poddałem i przyjąłem, że młodzież to jest tak od szóstej do ósmej klasy. I mam takich parę dziewczyn i kilku chłopaków, co się generalnie nie lubią z innymi chłopakami i coś tu próbujemy strugać. Szkoły średniej nie mam na terenie parafii, więc praktycznie zero kontaktu z tą grupą wiekową.
- Nie lubię tego słowa, ale ciężko znaleźć inne adekwatne do sytuacji: masakra - powiedział Mateusz.
- Masakra. Ale widzę, że ciebie też to martwi - zauważył Tomek. - Może byśmy się spotkali, co? Ja zaproszę jeszcze z dwóch kumpli, którym zależy, może ty też kogoś takiego masz i zrobimy jakąś burzę mózgów, może coś nam się uda wymyśleć? No chyba, że poczekać jeszcze te parę lat, aż kuria coś wymyśli?
- Myślisz, że tak „szybko” zareagują?

Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!