TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 31 Sierpnia 2025, 20:04
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 382

Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 382

Wiktor opuścił mieszkanie niepocieszony, a Mateuszowi było bardzo przykro z tego powodu, że młodszy kolega przychodzi do niego po poradę, a on nie jest w stanie wyjść poza beznadziejne „doskonale cię rozumiem, też przez to przechodziłem”.
Przecież nie mógł powiedzieć młodemu księdzu, że jego proboszcz jest bałwanem i żeby szedł z nim „na noże”. Może i nie znał do końca sytuacji, w końcu usłyszał tylko jedną stronę, ale nawet to co usłyszał mu wystarczyło, żeby się nie patyczkować w swojej osobistej, prywatnej ocenie proboszcza Wiktora, jako bałwana. Bo trzeba być bałwanem, żeby mieć wikariusza, któremu się chce i robić wszystko, żeby mu się odechciało. Bez względu na wszelkie inne racje. Ale ciągle było mu głupio, że nic sensownego Wiktorowi nie poradził, jak rozegrać sprawę urlopu z jego własnym proboszczem. Bił się z myślami, czy zadzwonić do swojego kumpla i powiernika Macieja i się poradzić, czy może jednak spróbować zadzwonić do... proboszcza Wiktora. Tego ostatniego posunięcia trochę się obawiał, po pierwsze dlatego, że właściwie wcale tego księdza nie znał, a po drugie i bardziej istotne, nie chciał narobić bajzlu Wiktorowi. W końcu jednak znalazł jego numer telefonu w informatorze diecezjalnym i bez żadnego pomysłu na tę konwersację wystukał cyferki na klawiaturze swojego smartfona. Ku jego zaskoczeniu okazało się, że miał ten numer zapisany, ale pod zupełnie innym nazwiskiem, a właściwie nawet nie pod nazwiskiem, ale może jakimś pseudonimem, bo ekran telefonu pokazywał mu jedno słowo: „Makarena”. Przez kolejnych kilka minut Mateusz usiłował sobie przypomnieć, w jaki sposób ten ksiądz znalazł się w jego komórce i dlaczego nie zapisał go pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, ale pod tak dziwacznym pseudonimem. Niestety nawet najmniejszy dzwonek w jego głowie nie zadźwięczał, więc nie miał zielonego pojęcia, o co mogło chodzić i w dalszym ciągu nie przypominał sobie choćby jednego wydarzenia, które by go jakoś połączyło z ks. Jarosławem Poplecznym, bo tak właśnie nazywał się proboszcz Wiktora. Jeszcze chwilę się wahał, ale w końcu się przemógł i wcisnął ikonkę z zieloną słuchawką. Ks. Jarosław odpowiedział bardzo szybko, więc nawet gdyby Mateusz chciał jeszcze zmienić zdanie i zakończyć konwersację przed jej rozpoczęciem, było już na to za późno.
- Aaaa, szczęść Boże, księże Jarosławie, z tej strony Mateusz ze Świętego Pawła w sąsiednim dekanacie – przedstawił się nie mając pojęcia, dlaczego uczynił to w tak drętwy sposób.
- Tak, tak, kojarzę księdza – powiedział ks. Jarosław bez entuzjazmu i zamilkł.
- Właśnie... - Mateusz nie miał zielonego pojęcia co powiedzieć. - Właśnie... przed chwilą wyszedł ode mnie księdza wikariusz – wykrztusił wreszcie i pożałował tego, bo to nie był dobry początek.
- Nie wiem, dlaczego mnie o tym informujesz, bo mnie nie interesuje z kim się kumpluje mój wikary – powiedział z jakąś taką wyczuwalną ulgą w głosie Jarosław w dodatku przechodząc od razu na ty, co nie było niczym dziwnym, bo byli w podobnym wieku.
- Raczej trudno to nazwać, że się kumplujemy, ale z jakichś przyczyn postanowił przyjść do mnie po radę – wyjaśnił Mateusz, który odczuł nagle nieznośną wręcz potrzebę natychmiastowego podkreślenia, że nie łączyły go z młodym księdzem jakieś podejrzane relacje.
- Nie mam problemu, żeby w to uwierzyć, bo mnie to on o radę nigdy nie pyta, więc musi kogoś innego. Chociaż szczerze mówiąc, to wygląda na to, że ci dzisiejsi młodzi księża wszystko wiedzą najlepiej i jeszcze starszych by chcieli pouczać. Wiesz, chrześcijaństwo zaczęło się od nich – zaśmiał się ironicznie Jarosław, a Mateusz odetchnął z ulgą, że nie został od razu zapytany o konkrety, bo nadal nie miał żadnego pomysłu, jak wybrnąć z sytuacji, w którą sam się wpakował.
- Aż tak dobrze Wiktora nie znam, ale sprawia wrażenie zaangażowanego w duszpasterstwo – stwierdził ostrożnie.
- O tak! Zaangażowany to on jest, jak nie wiem co! - zaśmiał się Jarosław. - Ale wiesz, za czyjeś pieniądze to nie jest takie trudne. Z każdą pierdołą przychodzi do mnie, żeby mu z parafialnych pieniędzy zwrócić, jakby kasa parafialna była bez dna. A z tacą to mu się chodzić nie chce, bo mówi, że od tego to są świeccy. To znaczy, raz powiedział, wiesz, próbował mnie, ale go od razu ustawiłem.
- Czyli normalnie chodzi zbierać te ofiary – Mateusz podtrzymywał temat, który wcale go nie interesował, żeby „kupić” sobie trochę czasu.
- Oczywiście! Tylko by próbował się postawić – odgrażał się Jarosław. - Ale wiesz, ci młodzi właśnie tacy są. Ciągle próbują przestawić granice na swoją korzyść, wiesz?
- Czyli co na przykład? - Mateusz ciągle grał na czas.
- No nie wiem... na przykład z tymi pieniędzmi – zapalił się Jarosław, a Mateuszowi wydało się dość podejrzane, że już po raz drugi w tak krótkim czasie wspomniał on o pieniądzach. - Mamy tu ciągłe przepychanki o to, co powinno się zapłacić z pieniędzy parafialnych, co ewentualnie ksiądz powinien zapłacić ze swoich, a co na przykład, młodzież, powinna sobie zapłacić sama. I wiesz, Wiktorek ciągle mnie próbuje na coś naciągnąć, że to niby duszpasterstwo. A jak raz na coś dam, to potem to już ma być regułą. Rozumiesz? I już granica przesunięta.
- Rozumiem, że raz mu na coś dałeś z parafialnych, a potem za każdym razem, gdy robił to samo, chciał, żeby mu parafia refundowała, tak? - Mateusz zachowywał się jak redaktor Szczygieł w swoim debilnym talk show z lat dziewięćdziesiątych, w którym zawsze powtarzał ostatnie zdanie swego rozmówcy w formie pytania.
- No właśnie, że nie. Nie daję mu właśnie z tego powodu. Bo potem by zawsze chciał na to samo. Na głupiego nie trafił – głos Jarosława był tak tryumfalny, jakby odkrył jakiegoś złotego Graala.
- Aha – powiedział Mateusz, choć w sumie to mu nawet było trochę wstyd.
- O! Jeszcze jeden przykład przesuwania granic, teraz w wakacje – zapalił się znowu Jarosław, a uszy Mateusza zamieniły się w anteny, żeby niczego nie przegapić, bo najwyraźniej Jarek sam się za chwilę wpakuje w temat, o który jemu chodziło.
- Co z tymi wakacjami? - zapytał z takim przejęciem, że aż się przestraszył.
- No o urlopy chodzi, a o co innego by mogło chodzić? - w opinii Jarka było to oczywiście pytanie retoryczne, bo co może być w wakacje poza urlopami. - I on by chciał decydować, kiedy on będzie miał urlop, a kiedy ja, rozumiesz?
- Dziwne – powiedział Mateusz w nadziei, że Jarek bardziej rozwinie temat.
- Porąbane, a nie dziwne! - zapalił się Jarek. - I dlatego wiesz, ja nie daję za wygraną. Chcesz te konkretne dwa tygodnie? Sorry Winnetou, w te dwa tygodnie to akurat ja mam wyjazd. Bo wiesz, on pierś wypina, jaki to z niego wielki duszpasterz, bo robi wyjazdy dla młodzieży, pielgrzymki, a potem chce mi ustawiać urlop. A za rok to mi może powie, że ja mam w ogóle nigdzie nie jechać, bo on robi duszpasterstwo i musi mieć cały miesiąc cięgiem wolnego – perorował Jarek.
- No ale mówiłeś chyba, że chciał dwa tygodnie jednym cięgiem – powiedział Mateusz i się przeraził, bo nagle się pogubił, czy mu to mówił Jarek, czy tylko Wiktor.
- Tak mówiłem? Może, no bo teraz dwa tygodnie, a jak się zgodzę, to za rok będzie chciał cały miesiąc, rozumiesz?
- Jasne... A w te dwa tygodnie konkretne to ty już masz coś zaplanowane, tak? - Mateusz stąpał po bardzo cienkim lodzie.
- A skąd! Ja zawsze jeżdżę na wakacje do moich staruszków – zaśmiał się Jarek.
- Wiesz, tam nie muszę rezerwować i gratis jest. Przecież nie będę tracił pieniędzy na jakieś śmieszne wyjazdy, jak u staruszków mam wszystko, czego potrzebuję i święty spokój. Chodzi o zasady, a nie o to kiedy ja mam wyjazd.
- Mogę ci coś doradzić? - zapytał ostrożnie Mateusz.
- Myślałem, że to mój wikary prosił o radę – powiedział niepewnym głosem Jarek.
- Tak, ale jemu chodziło o jakieś duperele. Ale jak mi tak mówisz o tych urlopach, to ci powiem szczerze, że na swojej pierwszej placówce miałem taką sytuację, wiesz ideowy byłem, że się proboszcza nie prosiłem o żaden urlop, ale cały swój wolny czas przeznaczyłem na wyjazdy parafialne, oazy, pielgrzymki...
- No to Wiktorek idzie w twoje ślady! - zaśmiał się Jarek. - Droga wolna! Tylko, że on chce urlop! I to na jego zasadach – uniósł się Jarek.
- Wiesz, to nawet nie o to chodzi, czy chce, czy nie. Ja nie chciałem i proboszcz był cały happy. Tyle że ja w tamte wakacje w ogóle nie odpocząłem i jak się zaczęła szkoła we wrześniu – Mateusz ściszył głos, bo do tej pory mówił właściwie samą prawdę, ale od tego momentu zamierzał łżeć jak bura suka, bo sobie zdał sprawę, że Jarek był wątłej budowy cherlakiem, a z Wiktora z kolei był kawał chłopa – to byłem tak podminowany, że jak mnie raz proboszcz za coś niesłusznie ochrzanił, to stłukłem go na kwaśne jabłko.
- Proboszcza? Pierdzielisz! - rzucił z niedowierzaniem Jarek, a Mateusz dałby sobie głowę uciąć, że zbladł jak ściana.
- Nie. No może przesadziłem z tym kwaśnym jabłkiem, ale strzeliłem mu z liścia naprawdę mocno – Mateusz próbował sobie wyobrazić wymyślaną przez siebie scenę, żeby zabrzmieć wiarygodnie.
- Wtedy proboszcz oburzony zaczął coś mówić, typu „Jak ksiądz tak może”, a ja mu walnąłem z liścia po raz drugi, drugą ręką i gość zamilkł. A ja wyszedłem.
- I co? Zadzwonił na policję? Poleciał do kurii? - dopytywał się Jarek.
- Trochę się bałem, że tak będzie, ale wyobraź sobie, że nikomu się nie poskarżył. Jak na drugi dzień poszedłem go przeprosić, to mi tylko powiedział, że jeśli za rok będę jeszcze w jego parafii, to w wakacje mam pojechać na miesięczny urlop i więcej do tej sprawy nie wracaliśmy – zakończył swój wielki blef Mateusz. Jarek milczał przez dłuższą chwilę.
- A mogę wiedzieć, co chciał od ciebie Wiktor? Oczywiście, jeśli to nie sprawa spowiedzi – zastrzegł się szybko. Mateuszowi spodobało się, że nie nazwał już chłopaka Wiktorkiem i pomyślał, że to on sam musi pójść do spowiedzi po tych historiach, ale nie mógł się powstrzymać, żeby nie dorzucić jeszcze jednej.
- Nic tajemnego, wiesz, ja mieszkałem parę lat we Włoszech i on mnie pytał, czy można tam jakąś kreatyninę dobrej jakości tanio kupić, jakieś odżywki czy coś takiego. On chodzi na siłownię? - zapytał Mateusz niby od niechcenia.
- Kto go tam wie? Wygląda jakby chodził.

Jeremiasz Uwiedziony

CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!