Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 381
Mateusz odłożył książkę i wyjrzał za okno. Nawet z tej miejskiej perspektywy zachód słońca był niesamowity i rozbudził w nim całą masę wspomnień, ale na szczęście również pragnień. Na szczęście, bo podobno jeśli człowiek ma już tylko wspomnienia i o niczym nie marzy to bez względu na wiek jest najzwyklejszym starcem bez widoków na poprawę.
A akurat dzisiaj potrzebował zarówno tych dobrych wspomnień, jak i rozbudzających wyobraźnię marzeń, bo dzień przyniósł mu dwa znaczące rozczarowania. Jednego doświadczył bezpośrednio, a drugie – można powiedzieć – dotyczyło braci kapłańskiej jako całości.
Dzisiaj był ostatni dzień zapisów na pierwszą tegoroczną wyprawę, którą zaproponował swoim parafianom. Można tu mówić o jego „autorskim” pomyśle, choć w gruncie rzeczy chodziło o bardzo prostą rzecz przetestowaną z powodzeniem również w innych parafiach, w których posługiwał wcześniej. Wybiera się jakieś ciekawe sanktuarium w odległości nie większej niż półtorej godziny jazdy autokarem. Idealnie jest, jeśli w pobliżu znajduje się jakiś akwen wodny z plażą, gdzie można się zrelaksować. Wyjazd nie musi być zbyt wcześnie, bo ludzie w wakacje chcą się też wyspać, a ksiądz (choć też człowiek) może spokojnie odprawić poranną Eucharystię, jeśli taka jest w parafii. Z kolei powrót zawsze jest około 16.00 – również w tym wypadku wygodnie i dla księdza z wieczornymi obowiązkami i ewentualnymi letnimi aktywnościami parafian. W programie zawsze jest krótkie zwiedzanie (przekrój wieku od najmłodszych do seniorów nie sprzyja wydłużaniu tej części), Msza Święta z dobrze ukierunkowaną homilią, a potem na plażę i relaks. Koniecznym elementem takich wypraw jest grill na gaz, który umożliwia błyskawiczne przygotowanie posiłku nawet dla stu osób. A w dodatku tanio. Uczestnicy za takie pielgrzymki nie ponoszą konkretnej opłaty, ale w drodze powrotnej po autokarze krąży podawany z rąk do rąk kapelusz, w który kto chce wkłada dowolną ofiarę w dyskrecji i bez kreacji. I właśnie taką wyprawę do sanktuarium w Głowcach zaproponował Mateusz na pierwszy ogień. Sanktuarium piękne, a w odległości kilku minut jazdy autokarem jezioro z krystalicznie czystą wodą i świetnie wyposażona stanica turystyczna. Ku jego zaskoczeniu zapisy w tym roku szły wyjątkowo drętwo, ale ostatecznie grupa, dla której warto było wynająć autokar, w tym wypadku nieco ponad 30 osób, wreszcie się uzbierała. I właśnie dzisiaj, na dwa dni przed wyjazdem, po każdej Mszy niedzielnej przychodziło po parę osób i zgłaszało mu rezygnację.
- Ale dlaczego pani Popiołkowa, przecież to takie ładne sanktuarium, a pani wnuki to by się tam wyszalały w tej stanicy... - próbował zrozumieć Mateusz. - I naprawdę do tego kapelusza to nie ma obowiązku, żeby coś wrzucić, więc z czystym sumieniem można mieć taką wyprawę za darmo.
- No ja wiem, proboszczu, no ale dzieciaki nie chcą – tłumaczyła kobieta.
- Naprawdę mają aż tyle wyjazdów wakacyjnych? - dziwił się Mateusz.
- A skąd! Syn i synowa przecież muszą pracować, a ja jak nie z kościoła to przecież ich nigdzie nie zabiorę. Bo z kołem emerytów to nie wolno brać wnuków – wzruszyła ramionami Popiołkowa.
- To czemu nie chcą pojechać?
- Nie wie ksiądz? Tylko by w tych telefonach siedzieli albo na grach komputerowych – odpowiedziała kobieta i Mateusz już nie miał serca, aby temat dalej kontynuować, bo wiedział, że nic nie wskóra.
Inne osoby podawały jeszcze bardziej irytujące wytłumaczenia, jak na przykład pani Rasiak.
- Ja byłam przekonana, że Nowakowska też jedzie, ale widzę, że się nie zapisała, to mnie też proszę wykreślić.
I tak z ponad 30 osób nagle zrobiło się niewiele ponad 20. Przez parę godzin bił się z myślami, czy tego wyjazdu nie odwołać, bo zawsze do takich imprez trzeba było dopłacić, ale przy tak małej liczbie uczestników deficyt będzie poważny. Jednak ostatecznie żal mu się zrobiło tej niewielkiej grupki, która zawsze chętnie we wszystkim uczestniczyła i postanowił zadzwonić do firmy transportowej, gdzie wynajmował autokar i zapytać, czy nie mają na stanie jakiegoś mniejszego pojazdu wolnego we wtorek. Szanse na to były niewielkie, bo kiedy dokonywał rezerwacji powiedziano mu, że ta pięćdziesiątka była ostatnim wolnym w tym terminie. Zanim jednak zdążył się zabrać za telefonowanie rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych. Mateusz poszedł do drzwi i nieco się zdziwił, kiedy po ich otwarciu zobaczył ks. Wiktora, wikariusza jednej z parafii w sąsiednim dekanacie.
- Wejdź Wiktor, co za niespodzianka... - powiedział z uśmiechem przepuszczając młodego kapłana przodem.
- Wie ksiądz jak jest, jak niespodziewanie, to zwykle po prośbie – odpowiedział Wiktor również się uśmiechając, choć raczej nie zdołał ukryć pewnego zdenerwowania.
- No co tam? - zapytał Mateusz kiedy już usiedli.
- W sumie nic wielkiego, ale... Może to dziwnie zabrzmieć, ale czy proboszcz może nie pozwolić wikariuszowi na urlop? - zapytał Wiktor.
- Oczywiście, że nie może. Z tego co się orientuję, to masz prawo do miesiąca, jak się nie mylę. Wybacz, ale ja już dawno nie zaglądałem w te nasze przepisy synodalne, nie mówiąc o kodeksie pracy. Czy to chodzi o twojego proboszcza?
- Nie chciałbym, żeby to wyglądało na jakieś donoszenie, no ale przecież nie pojechałem do kurii, tylko do bardziej doświadczonego ode mnie księdza po poradę. Ale ma ksiądz rację, chodzi o mojego proboszcza.
- A powiedz mi... - Mateusz chciał zapytać Wiktora, dlaczego przyjechał akurat do niego, a nie do jakiegoś księdza ze swojego dekanatu, ale w ostatniej chwili postanowił przejść od razu do meritum. - Powiedz mi dokładnie o co chodzi: ty chcesz urlop a on ci nie chce dać?
- Może nie tak bezpośrednio, ale... Niech ksiądz posłucha. U nas to jest trochę tak, że jakby proboszcz jest od spraw biurowych, a ja od duszpasterskich, czyli jakby wszystkie grupy mam ja, może nie jest ich za wiele, no ale prowadzę je ja. I już od jakiegoś czasu ustalaliśmy wakacyjne wyjazdy i tu akurat proboszcz trochę ingerował i terminy były raczej te, które on wskazywał, na przykład oaza, czy wyjazd dla ministrantów. Pielgrzymki pieszej, na którą ja też idę, nie da się przestawić, bo termin jest od lat ten sam dla całej diecezji. No i można powiedzieć, że to wszystko już i tak poszatkowało czas moich wakacji od szkoły i są tylko dwa tygodnie, które mogę wziąć pod rząd, no i trzy inne terminy po tygodniu. I ja chciałbym mieć właśnie te dwa tygodnie w kupie, żeby gdzieś z kolegami księżmi wyjechać, no a dwa inne po tygodniu mogą być. Ale proboszcz nie chce mi dać tych dwóch tygodni, bo on chce wtedy wyjechać. A wiem, że nie ma żadnych konkretnych planów, nie uczy w szkole i miał okazję w innych terminach mieć po dwa czy nawet po trzy tygodnie w kupie i wtedy nie chciał, czy nie chce tych, co jeszcze przed nami, bo uparł się na te dwa tygodnie jedyne możliwe dla mnie. I proszę zwrócić uwagę, że jak on wyjedzie na te akurat dwa tygodnie, to mi zostaną tylko trzy tygodnie, każdy w innym okresie lata. I jak ja mu tłumaczę, że przecież powinienem mieć cztery tygodnie, to on mówi, że przecież on mi nie kazał wszystkich zabierać na te wyjazdy. A przecież sam mi jeszcze przy terminach manipulował – Wiktor ostatnie zdanie mówił już podniesionym głosem. Mateusz lekko się uśmiechnął, bo przypomniała mu się jego pierwsza i jedyna placówka wikariuszowska. Wówczas proboszcz zawsze brał sobie cały lipiec wolny. Więc jako jedyny wikariusz Mateusz musiał w lipcu pilnować parafii, a wszelkie wyjazdy dla dzieci i młodzieży mógł planować na sierpień, czyli... w swoim wolnym miesiącu. W pierwszym roku kapłaństwa tak zrobił. Cały lipiec na parafii i niemal cały sierpień na wyjazdach duszpasterskich często z czterdziestoma i więcej dzieciakami na jego wyłącznej odpowiedzialności. Wtedy to było jeszcze możliwe. Nie miał nawet pięciu dni w kupie dla siebie. Ale uważał, że jest ok, że trzeba z siebie dawać. Dopiero w pierwszych dniach września zdał sobie sprawę, że startuje nowy rok pracy, wszyscy są wypoczęci, a on zajechany i na skraju wytrzymałości. W pierwszych dniach września! Jakoś ten rok przetrwał i gdzieś w kwietniu zaczął przebąkiwać, że może w tym roku ksiądz proboszcz, jako że nie uczy w szkole, to weźmie sobie trochę urlopu w czerwcu od razu po Bożym Ciele, a potem znowu nawet cały wrzesień, jeśli chce, bo on, Mateusz spokojnie we wrześniu parafię ogarnie, a w ten sposób on mógłby mieć prawdziwy urlop w lipcu, a w sierpniu organizować lato dla dzieciaków z pielgrzymką włącznie. Proboszcz spojrzał na niego tak, jakby Mateusz zaproponował mu w najlepszym razie zamianę stanowisk, albo coś jeszcze gorszego.
- To może chociaż żebym miał trzy tygodnie w lipcu wolne... Chociaż dwa... - prosił Mateusz.
- Księże! Ja mam zawsze urlop w lipcu. Cały lipiec. Tylu było wikarych i nikomu to nie przeszkadzało i teraz ja dla księdza widzimisię mam to zmieniać? - proboszcz odłożył sztućce i czekał na odpowiedź Mateusza.
- To nie jest moje widzimisię, ale wyjazdy dla dzieci, ministrantów...
- Jakoś do tej pory się bez tego obchodziły, a ksiądz myśli że jest zbawicielem świata – proboszcz znowu chwycił sztućce i temat wakacji uznał za zamknięty. On miał urlop w lipcu. A wikary co robi w swoim miesiącu urlopu, to jego sprawa. To było niemal trzydzieści lat temu i Mateusz był przekonany, że dzisiaj to by już nie przeszło. Księży jest już tak mało, że muszą ze sobą współpracować. Ale okazuje się, że nie.
- Nie wiem co ci powiedzieć Wiktor – powiedział wreszcie Mateusz. - Bo to, że kiedyś przez to przechodziłem, tobie nic nie pomoże.
- No właśnie, nikt mi nie potrafi dobrze doradzić. Koledzy z roku mówią, żebym podobnie jak inni zagroził, że pójdę nie na miesięczny, ale na roczny urlop z powodu wypalenia zawodowego, a księża z dekanatu, że mój proboszcz to jest szacowny i zasłużony kapłan. I co? Z tego powodu ja mam nie mieć urlopu, który mi się należy i którego potrzebuję, bo on jest szacownym kapłanem?
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!