Jasna i ta druga stona księży(ca) odc. 378
Ciężko było przekonać panią Malinowską, żeby pogrzeb jej ukochanej mamy ustalić na poniedziałek, ale Mateusz się nie poddawał.
- Pani Jadwigo, no ale przecież mamy piątek rano, ja nawet nie wiem, czy zdążycie wszystkie dokumenty załatwić. Trzeba przecież też dół wykopać, a my mamy dzisiaj o 13.00 pogrzeb Michalskiego, więc naprawdę myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie pogrzeb pani mamusi w poniedziałek.
- Ale księże proboszczu, po co mama ma tak długo leżeć sama w tej kostnicy? Przecież na pewno uda się ją pochować w sobotę – Malinowska nie dawała za wygraną, a Mateusz doskonale wiedział, o co chodziło. Ciągle jeszcze zdarzały się osoby, które wierzyły, że jeśli jakiś zmarły nie zostanie pochowany przed niedzielą, to pociągnie za sobą kolejnego. Więc robili wszystko, aby nie przeleżał niedzieli w kostnicy.
- A pani córka nie mieszka w Irlandii? - przypomniał sobie Mateusz.
- Mieszka, ale ja nie wiem, czy w ogóle da radę przylecieć na pogrzeb – Malinowska trochę zmarkotniała i Mateusz miał wrażenie, że być może nawet jeszcze nie powiadomiła córki, bo kiedy przyszła do niego, to mówiła, że mama dopiero co zmarła i jeszcze czekają na lekarza, aby potwierdził zgon. Jednak „lęk” przed przetrzymaniem zmarłej przez niedzielę był chyba tak wielki, że pierwsze co zrobiła, to po prostu pojechała do księdza.
- Zawsze jak chodziłem z Komunią do pani mamy, to opowiadała, że bardzo tęskni za Trysią. To jest właśnie ta córka?
- Tak. Patrycja. Zawsze była ulubienicą babci... Wie ksiądz co? Może ja do niej zadzwonię i dowiem się na pewno, czy ona jest w stanie się zorganizować – powiedziała Malinowska i wyszła z kancelarii, a Mateusz się zamyślił. W sobotę miały być święcenia kapłańskie i bardzo mu zależało, aby pojechać do katedry. Jeździł co roku. Ale jeśli miałby być jutro pogrzeb, to nie było szans. Święcenia o 10.00, musiał wyjechać przynajmniej półtorej godziny przed, ceremonię trzeba liczyć na jakieś dwie i pół godziny, najwcześniej mógłby być z powrotem na czternastą i jeszcze wszystko na łeb na szyję. Raczej by to nie miało sensu. Wszystko w rękach Patrycji, wnuczki pani Eleonory. Pani Eleonora bardzo szanowała księży i Mateusz westchnął cicho właśnie do niej, do jej duszy, bo ona na pewno by się ucieszyła, że są święceni nowi księża. Zawsze się o to modliła. Codziennie. Również dlatego nie wchodziło w grę żadne zastępstwo, bo pogrzeb pani Eleonory Mateusz chciał poprowadzić osobiście. Jego przemyślenia przerwał odgłos otwieranych drzwi i pani Malinowska weszła ponownie do kancelarii z taką miną, że Mateusz musiał się mocno powstrzymywać, żeby nie rozpromienieć radością. Nawet gdyby nic nie powiedziała, on już wiedział, że Patrycja chce przyjechać na pogrzeb babci.
- No to proboszczu najlepiej by było z tym pogrzebem poczekać do wtorku, bo Patrycja może przylecieć w poniedziałek popołudniu do Warszawy – powiedziała, a Mateusz niemal czytał w jej twarzy całą mieszankę uczuć i widział jak zadowolenie i chyba nawet duma z wnuczki stopniowo brała górę nad nielogicznym lękiem. - Patrycja sobie nie wyobraża, aby jeszcze nie zobaczyć babci, zanim wieko trumny ją zakryje na zawsze – powiedziała pani Malinowska i szeroko się uśmiechnęła do Mateusza.
- Oczywiście – Mateusz odwzajemnił uśmiech. - Może być o 12.00 we wtorek?
- Godzina to niech już będzie taka jak księdzu pasuje – powiedziała Malinowska.
- I wie pani co? Oczywiście jeśli chcecie, to możemy codziennie wieczorem od dzisiaj do poniedziałku włącznie pomodlić się Różańcem w naszej kaplicy pogrzebowej przy trumnie mamy. Ona naprawdę na to zasłużyła – zaproponował Mateusz.
- Właśnie miałam zapytać, kiedy będzie Różaniec – nie ukrywała zachwytu Malinowska. - Codziennie? Bardzo księdzu dziękuję, w imieniu wszystkich. I mamy też!
***
Sobota była cudownym dniem, pełnym słońca i śpiewu ptaków. Mateusz wyjechał na święcenia przed siódmą, czyli grubo ponad trzy godziny przed rozpoczęciem ceremonii. Chciał się nacieszyć myślą o nowych księżach, pomodlić się po drodze na różańcu za tych chłopaków, no i może o jakieś powołanie z jego parafii. I oczywiście powspominać swoje święcenia i prymicje. Wybrał nieco dłuższą drogę, aby jak najwięcej trasy przebiegało przez lasy i jechał powoli. Z delikatnie sączącą się muzyką z samochodowych głośników, różańcem w dłoni i głową która kręciła się od prawa do lewa chłonął pełnię wiosny w przyrodzie i w Kościele. Co by nie było, jeśli są święceni nowi kapłani, to jest też wiosna Kościoła. I trzeba się cieszyć. To jak w Ewangelii, kiedy Pan Jezus mówi, że Jego uczniowie nie mogą pościć kiedy Pan Młody jest z nimi. Święcenia to właśnie takie wesele. Mateusz skończył jedną część Różańca i przypomniała mu się piosenka o powołaniu, którą wiele lat temu jego przyjaciel napisał specjalnie dla niego na jego prymicje i zaczął ją sobie nucić pod nosem, chociaż nie do końca pamiętał słowa. Powoli jednak luki w tekście mu się zapełniały i po jakichś dziesięciu minutach nucił już integralną piosenkę. Była naprawdę niezła. I pomyśleć, że Radek, który ją napisał i skomponował, miał wtedy jakieś dwadzieścia lat... Mateusz postanowił, że musi koniecznie rozpowszechnić tę piosenkę, podobnie jak udało mu się to z inną piosenką Radka „Do Maryi przyszedł anioł z nieba” i właśnie w tym momencie zobaczył na małym leśnym parkingu dla turystów samochód i był niemal pewien, że na ławce siedział jakiś ksiądz w sutannie. Ponieważ wzrok Mateusza był jeszcze gorszy niż pamięć, nie potrafił rozpoznać, kto to był, nie był nawet do końca pewny, że to był ksiądz i przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów, by jednak zatrzymać się. Miał jakieś dziwne przeczucie, że musi się wrócić. Wrzucił wsteczny bieg i powoli wycofał się aż do parkingu i zaparkował obok stojącego tam samochodu. Na ławce rzeczywiście siedział ksiądz ze zwieszoną głową. A właściwie jeszcze nie ksiądz...
- Bartek! - wykrzyknął Mateusz wysiadając z samochodu i wyciągając rękę na powitanie do... diakona Bartka, który za parę godzin miał być wyświecony na księdza. - A co ty tu robisz? Nie powinieneś być już w katedrze?
- Powinienem – odpowiedział Bartek i podniósł głowę. Kiedy Mateusz zobaczył jego twarz zdrętwiał niczym żona Lota, po tym jak się obejrzała. W twarzy Bartka była rozpacz. - Powinienem, ale nie dam rady – powiedział jeszcze Bartek, a Mateusz bezwiednie opadł na ławkę obok niego. W pierwszej myśli pożałował, że odwiódł Malinowską od pogrzebu w dniu dzisiejszym, w drugiej znienawidził siebie za tak przyziemną i egoistyczną pierwszą myśl. Dopiero w trzeciej uzmysłowił sobie, po co tutaj jest. I wcale mu się nie zrobiło lżej. Bartka ewidentnie dopadły jakieś wątpliwości i on był tutaj po to, aby pomóc mu je rozwiać. W jedną albo w drugą stronę. A to oznaczało, że bez względu na to, co się stanie, bez względu na to, co Bartek zadecyduje, on Mateusz będzie związany z tą decyzją do końca życia. Będzie musiał ponieść jakąś część swojej odpowiedzialności. Nie całkowitą oczywiście, bo tę niech sobie weźmie Pan Jezus w pierwszym rzędzie, a Bartek w drugim, ale gdzieś trochę za nimi, na czele peletonu, będzie on, Mateusz. Zanim coś powiedział, to jeszcze tylko w tym natłoku szalonych myśli przemknęła mu jedna: był szczęśliwym kapłanem i Pan Jezus na pewno nie wysłałby jego, aby kogoś od kapłaństwa odwieźć.
- Co się dzieje Bartek? - zapytał wreszcie.
- Nie dam rady – powtórzył chłopak.
- Tego nigdy nie będziesz wiedział, dopóki nie spróbujesz – powiedział siląc się na spokój Mateusz.
- A jak spróbuję i nie dam rady, to już nie będzie odwrotu.
- Jak już spróbujesz, jak dokonasz wyboru, jak w to wejdziesz, to wtedy zrozumiesz, że owszem, tak naprawdę nikt nie daje rady, ale wtedy zrozumiesz co znaczą słowa Jezusa „wystarczy ci mojej łaski” - tłumaczył Mateusz.
- A jeśli ja wcale tej łaski nie czuję?
- Hmmm, ja też prawie nigdy nie czuję do momentu kiedy czegoś sam nie ogarnę, bo mnie przerasta i nagle się okazuje, że...
- Co ksiądz w ogóle tu robi? - przerwał mu Bartek. - Przecież to wcale nie po drodze.
- A jak myślisz?
- Ja już nie wiem co mam myśleć... To znaczy zawsze trochę się obawiałem, jak to będzie, ale chyba każdy się trochę obawia. Ale wczoraj odwiedził nas proboszcz jednego z kolegów i powiedział coś takiego, że oni to już jakoś dociągną do końca swoich dni, ale my, młodzi mamy przerąbane. I że on, jakby miał dzisiaj decydować, to w tych czasach by nie poszedł do seminarium. Ciągle mi to dźwięczy w głowie, tego się nie da „odsłyszeć”.
- Bartek, co to za ksiądz? - zapytał Mateusz, a w kieszeni mu się otwierał nie scyzoryk, ale sto scyzoryków.
- Ksiądz Bleński – odparł Bartek i wszystko stało się jasne. Stary, zgorzkniały cynik! Że też akurat on się musiał tam przypałętać.
- Bartek, posłuchaj. Nie wiem co temu Bleńskiemu się w życiu przydarzyło, natomiast wiem doskonale, co mi się przydarzyło. A zapewniam cię, że startowałem z wieloma obawami. Mi nawet wręcz powiedzieli, że ja się na księdza nie nadaję. Wyrzucili mnie z seminarium. I nawet kiedy przyjmowałem święcenia to też się zastanawiałem, czy rację mają obecni przełożeni, którzy mnie do święceń dopuścili, czy może jednak mądrzejsi byli ci pierwsi, którzy mnie skreślili. Też się bałem i byłem górą kompleksów. I dzisiaj po prawie trzydziestu latach mogę cię zapewnić, że ani przez chwilę nie żałowałem swojej decyzji. Wszystko najpiękniejsze, co mnie spotkało w moim życiu stało się dlatego, że jestem księdzem. Jezus nie ściemnia. Jak będzie z życiem wiecznym to jeszcze nie wiem, ale z tym sto razy więcej matek, ojców, żon i pól to wszystko prawda! Z utrapieniami też, żeby było jasne. I przede wszystkim, my sobie tego nie wybieramy, On nas chce. Jezus. Rozumiesz?
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!