Jasna i ta druga strona księży(ca) odc. 377
Mateusz już od dłuższego czasu obserwował tego chłopaka. Nawet parę miesięcy temu zaproponował mu, aby został ministrantem, ale Kuba powiedział wówczas, że jeszcze nie jest na to gotowy i ta odpowiedź bardzo go zdziwiła. Zwykle chłopcy od razu się wykręcają albo zasłaniają się treningami i innymi zajęciami pozalekcyjnymi, albo rodzicami, którzy na myśl o dowożeniu chłopca na zbiórki i służenia od razu mu to wybijają z głowy.
Czasy są takie, że jeśli jakiś chłopiec regularnie chodzi do kościoła to od razu staje się potencjalnym kandydatem na ministranta, bez względu na to, ile ma lat i czy był u Pierwszej Komunii Świętej, czy nie. Mateusz nieraz z rozrzewnieniem wspominał czasy, kiedy on sam przez rok się przygotowywał do bycia ministrantem. Kandydatem mógł zostać dopiero po I Komunii i nie było żadnej taryfy ulgowej, typu, że starszy brat już jest, czy coś takiego. No i nie było mowy, aby nie odbyć całego rocznego kursu przygotowania i podczas bycia kandydatem było czymś nie do pomyślenia, aby dotknąć dzwonków, gongu, ampułek czy pateny podczas liturgii. Żeby posługiwać przy ołtarzu trzeba było być ministrantem, kandydat mógł tylko biernie się przyglądać. Przez chwilę Mateusz usiłował sobie przypomnieć, co by było w sytuacji, kiedy na Mszy byliby tylko kandydaci i żadnego ministranta, ale po chwili sobie odpuścił. Wtedy nie było możliwości, żeby na Mszy nie było żadnego ministranta. Zawsze było co najmniej kilku. Codziennie na każdej Mszy. Więc opcja, że jest tylko kandydat była niemożliwa. No a dzisiaj, jeśli ktoś jest kandydatem, to nie dość, że nie można go zbyt długo w tym stanie przetrzymywać, bo mu się znudzi, to jeszcze od naprawdę pierwszej obecności przy ołtarzu trzeba mu dać jakąś funkcję, żeby się nie obraził i nie zrezygnował od razu. Zresztą, co tu się dziwić małym ministrantom, jeśli zdarzają się księża, którzy mówią biskupowi, że jeśli pośle ich na parafię, na którą nie chcą iść, to oni się żegnają z kapłaństwem. Takie czasy nadeszły. I nie wiadomo, w którą stronę pójdą dalej.
Ale jeśli chodzi o Kubę, to wtedy dwa miesiące temu powiedział, że nie jest gotowy i Mateusz zaczął go obserwować. Można powiedzieć, że miał lekką obsesję, może to za duże słowo, ale w każdym razie bardzo mu ciążył fakt, że jeszcze nigdy z żadnej parafii, w której on pracował, żaden młodzieniec nie poszedł do seminarium. Zastanawiał się, czy to możliwe, że nigdy Pan Bóg nikogo nie powołał z tych społeczności, czy może jego postawa jakoś przeszkadzała w odkryciu i zachowaniu powołania w młodych chłopakach, których przecież naprawdę wielu się przewinęło w różnych wspólnotach młodzieżowych i ministranckich, które prowadził przez wszystkie te lata. I jakoś sobie tak postanowił, kiedyś będąc na Jasnej Górze, że jeśli dostrzeże choćby nikły płomyk powołania czy zainteresowania liturgią, Kościołem w jakimś chłopaku, to zrobi wszystko, żeby go podtrzymać. Miał też świadomość, że trzeba coraz wcześniej rozeznawać takie rzeczy, zwłaszcza, że pamiętał swój własny przykład i pierwszą myśl o byciu księdzem, gdzieś właśnie we wczesnych klasach szkoły podstawowej. No więc wziął Kubę na celownik, oczywiście z wszystkimi uwarunkowaniami rzeczywistości wymierzonymi we wszelkiej maści pedofilów, z którymi oczywiście się zgadzał, bo choć niektóre rzeczy wydawały się absurdalne to i tak lepiej przesadzić w tę stronę niż dopuścić krzywdę choćby jednego dziecka. Ale obserwował chłopaka na próbach przed I Komunią i zauważył, że rodzice, którzy wcześniej scedowali obowiązek przyprowadzania dziecka do kościoła na dziadków, teraz zaczęli co niedzielę przychodzić razem z Kubą. Nawet kazali mu siadać pomiędzy sobą. Niestety w jednej z ostatnich ławek. Którejś niedzieli Mateusz podszedł przed Mszą, żartobliwie zmierzwił chłopcu włosy i uśmiechnął się.
- Kuba, a ty byś nie chciał pójść trochę bliżej ołtarza? Przecież tu w ostatniej ławce prawie nic nie widać! - zagaił.
- Kubuś woli z mamą – odpowiedziała za chłopca mama uśmiechając się i przytulając mocno syna do siebie.
- No, ale może pozwól się jemu wypowiedzieć – zaoponował tata.
- Kuba, wolisz z mamą, prawda? - kobieta spojrzała na chłopca badawczo.
- Pewnie, że wolę z mamą i tatą i bardzo lubię, że teraz chodzimy na Mszę razem – odpowiedział Kuba. - Ale ksiądz ma rację, że stąd nic nie widać. Mógłbym do was wracać na ogłoszenia – powiedział chłopak, a jego rodzice delikatnie rzecz ujmując zbaranieli.
- Mówiłem ci, że chłopak spokojnie może chodzić sam do kościoła – jako pierwszy odzyskał rezon ojciec.
- Nie! Ja nie chcę chodzić sam, chcę chodzić z wami – szybko wtrącił się Kuba. - Tylko mógłbym siedzieć trochę bliżej ołtarza.
- Oczywiście Kubusiu, skoro tak wolisz, to możesz iść do przodu i wrócisz do nas przed końcem Mszy, tak? - mama uśmiechnęła się do syna przy okazji rzucając kilka groźnych spojrzeń ojcu. - I będziemy zawsze chodzić razem do kościoła, tak jak teraz.
- No to ja idę z księdzem – odparł uradowany chłopak i ruszył za Mateuszem prosto do pierwszej ławki. Od tej niedzieli zawsze siadał w tym samym miejscu i zawsze po pieśni na dziękczynienie wracał do swoich rodziców. A Mateusz nadal go obserwował. Chłopak był zdolny, bardzo szybko wszystko łapał. Podczas kazań dialogowanych zawsze znal odpowiedź, ale też nigdy nie marudził, kiedy Mateusz pozwalał odpowiedzieć innym dzieciom. Nie mógł przecież zawsze wybierać Kuby. Podczas Pierwszej Komunii Świętej chłopak wręcz promieniał, on naprawdę bardzo przeżywał ten moment, a to z kolei dało wielką satysfakcję Mateuszowi, bo czasem takie dowody, że twoje starania nie idą na marne są potrzebne.
Przyszedł czas pielgrzymki na Jasną Górę w Białym Tygodniu. Mateusz z katechetką musiał ogarnąć dwa autokary, ale postarał się, aby Kuba z rodzicami był w tym, w którym on jechał, ponieważ zwykle podczas podróży zapraszał dzieci do mikrofonu, aby podzieliły się swoimi refleksjami po przyjęciu Pana Jezusa i był bardzo ciekawy, co powie właśnie Kuba. Ponieważ wyjechali wcześnie rano, niemal natychmiast po wyjeździe dzieciaki zasnęły, zresztą część rodziców też, pozostawił sobie te pogadanki na drogę powrotną. Na Jasnej Górze odprawili Mszę w kaplicy Cudownego Obrazu, a potem był czas wolny. Rodzice zajęli się swoimi dziećmi, a Mateusz z katechetką udali się do hurtowni artykułów religijnych, aby poszukać jakichś drobnych upominków dla dzieci, które za tydzień miały przeżywać rocznicę Pierwszej Komunii Świętej. Kiedy powrócili na miejsce zbiórki przed barem, w którym mieli wspólny obiad, zobaczyli rodziców Kuby bardzo zdenerwowanych, przy czym matka płakała, a ojciec gorączkowo rozmawiał z innymi rodzicami.
- Co się stało? - zapytał Mateusz.
- Proszą księdza, Kuba nam się zgubił – powiedziała szlochając kobieta.
- Byliśmy w większej grupie, z pięć małżeństw i dzieci, spacerowaliśmy i rozmawialiśmy – tłumaczył ojciec, - aż w pewnym momencie zauważyliśmy, że nie ma Kuby i Oliwii. Oliwka znalazła się niemal natychmiast, a Kuby nie ma. Myśleliśmy, że przyszedł tutaj, ale nikt go nie widział.
- Nie ma telefonu? - zapytał Mateusz.
- Nie – odparł ojciec nerwowo szarpiąc róg swojej kurtki.
- Niech pani tutaj zostanie – powiedział Mateusz do matki Kuby, - a my się z panem wrócimy tą samą trasą, którą szliście – powiedział Mateusz i natychmiast ruszyli w kierunku klasztoru.
- Tutaj skręciliśmy na te stragany – powiedział ojciec, ale Mateusz pokręcił głową.
- Chodźmy najpierw do kaplicy Cudownego Obrazu. Jak go tam nie będzie i nie wróci do żony, to pójdziemy do centrum informacji, niech ogłoszą, że taki chłopak się zapodział i wtedy dopiero odtworzymy całą drogę waszego spaceru – powiedział Mateusz, a ojciec po chwili namysłu kiwnął głową na zgodę. Kiedy weszli do kaplicy dostrzegli Kubę z daleka. Stał przy samej kracie, co jakiś czas odwracając głowę do tyłu i spoglądając, czy ktoś go nie szuka. Kiedy ich zauważył pomachał im ręką, ale się nie ruszył z miejsca.
- Proszę na niego nie krzyczeć – szepnął ojcu do ucha Mateusz.
- Pogadam sobie z nim w domu – odparł cicho ojciec, a Mateusz ścisnął delikatnie jego ramię i uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć, że to nie będzie potrzebne.
- Synku, co ty tutaj robisz? - zapytał cicho ojciec.
- Szliśmy razem z Oliwką – odpowiedział szeptem Kuba - i rozwiązał mi się but. Poprosiłem żeby na mnie poczekała, ale ona chyba nie chciała was stracić z oczu i powoli szła za wami, a ja nagle już jej nie widziałem. Pomyślałem, że to trochę jak z Panem Jezusem jak się zgubił w Jerozolimie. I że jak będziecie mnie szukać, to na pewno tu, no bo gdzie? I od razu tu przyszedłem i tak sobie na was czekam – Kuba się uśmiechnął tak promiennie jakby mówił największą oczywistość, więc nawet jego ojcu przeszedł gniew.
- A nie mogłeś od razu pójść tam, gdzie mamy zbiórkę na obiad? - burknął jeszcze udając zdenerwowanego. - Przecież ksiądz proboszcz trzy razy tłumaczył, gdzie mamy się spotkać o 13.00.
- No... może i mogłem tam pójść. Może i nawet bym tam sam trafił... A może bym nie trafił? A tutaj na pewno wiedziałem jak dojść. No i ty, tato, przecież jesteś inżynierem, no a skoro Święty Józef wiedział, gdzie znaleźć Jezusa, to przecież ty jako inżynier to jeszcze lepiej wszystko wiesz, co nie? No i ten ksiądz jeszcze mówił w kazaniu, że jak się ktoś w życiu zagubi, to zawsze może tu przyjść do Matki. No przecież słyszałeś... - tłumaczył Kuba próbując nadążyć za ojcem, który chciał jak najszybciej wyjść z kaplicy, żeby powiadomić telefonicznie żonę, że syn się znalazł.
- Już się tak nie mądruj... - powiedział ojciec kręcąc głową z uśmiechem.
- No ale słuchałeś kazania czy nie? Tam była jasna wskazówka – upierał się chłopak. A potem odwrócił się do Mateusza. - Proszę księdza! Ta propozycja z ministranturą jest jeszcze ważna?
Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!