Jak wyglądało nasze dzieciństwo?

Sztuczna inteligencja podpowiada, że dzieci grając na komputerze w Robloxa, Minecrafta czy Fortnite’a rozwijają kreatywność i umiejętności społeczne. Poważnie?
Witam was serdecznie po wyjątkowo długich feriach świątecznych. W naszym poprzednim spotkaniu zatrzymaliśmy się na radosnym przeżywaniu wiary, a właściwie na braku radości w tymże przeżywaniu, co niestety sprawia, że naszą wiarę dzieci chętnie i bez większego żalu „wyrzucają przez okno”… Udało wam się coś w tym temacie poprawić? Była ta radość w te święta, czy nie? To naprawdę ważne… Najpierw dla nas samych, a w konsekwencji również dla tych, których mamy prowadzić do osobistego spotkania z Chrystusem. W ogóle chciałem zauważyć, że to jest świetna sprawa, bo jeżeli naprawdę próbujemy coś zmienić w przeżywaniu naszej wiary pod pretekstem (wiem, brzmi fatalnie, ale wiemy o co chodzi) lepszego oddziaływania w tym temacie na nasze pociechy, to okazuje się, że zawsze my sami jesteśmy pierwszymi beneficjentami! Dlatego warto próbować, zawsze, za wszelką cenę, nawet jeśli się okaże, że dzieciom żeśmy nie pomogli… Ale co nasze, to nasze! W każdym razie dzisiaj powrócimy do tematu, który rozpoczęliśmy miesiąc temu, a mianowicie do rozkmininania, dlaczego ciężko nam się dogadać z młodym pokoleniem, dlaczego wydaje się, że oni są jakby z Marsa, kto ich tam wysłał i czy da się ich ściągnąć na Ziemię. Albo czy może my też mamy się przenieść na Marsa?
Przypomnę, że posiłkuję się świetną książką Jonathana Haidta „Niespokojne pokolenie”, w której udowadnia on, że przemysł technologiczny, Internet, media społecznościowe, smartfony i tablety zabrały nasze dzieci „na Marsa” i niestety nie wiadomo, czy są one jeszcze zdolne do życia na Ziemi. One żyją w świecie wirtualnym, a my przynajmniej częściowo w realnym. Od początku lat 90. nastąpiła transformacja od dzieciństwa opartego na zabawie (podwórko) do dzieciństwa opartego na telefonie. W związku z tym pan Haidt stawia tezę, że u podstaw większości problemów generacji urodzonych po 1995 r. są dwa trendy: nadopiekuńczość w świecie realnym, a z drugiej strony niewystarczająca opieka w świecie wirtualnym. Te dwa trendy mają fatalne konsekwencje. I chodzi nie tylko o to, że nie potrafimy nawiązać kontaktu z naszymi dziećmi, ale że są one coraz bardziej narażone na samookaleczenia, stany lękowe, depresję i inne choroby psychiczne i coraz trudniej radzą sobie w realnym świecie, z którego po prostu uciekają, bo czują się z niego wyalienowane. A skoro my, rodzice, jesteśmy tego realnego świata częścią…
Swobodna zabawa to podstawa
Spróbujmy się temu przyjrzeć, najpierw na czym polegało dzieciństwo i wychowanie oparte na zabawie, które gwarantowało, że dzieci rozwijały się w zdrowych, radzących sobie w świecie, dorosłych. Pierwszą rzeczą, którą odnotowuje Haidt jest różnica w rozwoju istot ludzkich w porównaniu choćby z szympansem: ten ostatni rozwija się w stałym tempie do osiągnięcia dojrzałości płciowej i natychmiast przystępuje do reprodukcji. Dziecko natomiast przez pierwsze dwa lata rozwija się szybko, następnie zwalnia na siedem do dziesięciu lat, by potem przejść okres wzrostu w czasie dojrzewania, który kończy się po kilku latach.
Nie czas tłumaczyć, dlaczego tak to wygląda, wystarczy, że zrozumiemy konsekwencje: dzieciństwo jest wydłużone, aby umożliwić przyswajanie wiedzy zgromadzonej przez społeczeństwo, ale jednocześnie dziecko jest wyposażone w trzy silne czynniki motywacyjne, aby nauka była łatwa i przyjemna: motywację do swobodnej zabawy, dostrajania się i społecznego uczenia się. Jeśli macie przynajmniej 40 lat to pamiętacie, że normą po przyjściu dziecka ze szkoły było bawienie się z innymi dziećmi bez nadzoru i to właśnie wtedy to się dokonywało. Swobodna zabawa to podstawa i u ssaków polega na tym samym: zaprogramować mózg przez żwawą i częstą zabawę, bo to podczas niej nabywa się umiejętności, których będą potrzebować jako dorośli. Kocięta na przykład rzucają się na motek włóczki, czy jej kawałek, co uruchamia obwody w ich korze wzrokowej, które wyewoluowały w ten sposób, by interesowały się wszystkim, co przypomina mysi ogon. Stopniowo, dzięki zabawie, stają się sprawnymi zabójcami. Dzieci też niezdarnie chodzą i wspinają się na wszystko, co znajdą, aż się nauczą sprawnie poruszać po skomplikowanym środowisku naturalnym. Gdy opanują te umiejętności zaczynają szukać bardziej zaawansowanych gier wieloosobowych z udziałem łowcy i ofiary, takie jak berek, gra w chowanego itp. Gdy będą starsze, przejdą do zabaw słownych, żartowania, ucząc się sygnałów niewerbalnych, napraw relacji itd. To wszystko odbywa się podczas zabawy!
Peter Gray definiuje „swobodną zabawę” jako „aktywność, która jest swobodnie wybrana i prowadzona przez uczestników dla niej samej, bez świadomie wyznaczonych celów, które odległe są od samej aktywności”. Zabawa fizyczna w plenerze z innymi dziećmi jest najzdrowszą, najnaturalniejszą i najkorzystniejszą formą zabawy: zawiera dozę ryzyka ucząc dzieci dbania o siebie i innych, uczy jak unikać zrobienia sobie krzywdy, pomyłki zwykle nie kosztują dużo. Co ważne, musi być spontaniczna, a nie prowadzona pod dyktando i kontrolą rodziców czy innych opiekunów. Kluczem rozwoju jest nie informacja, ale doświadczenie: w nienadzorowanej beztroskiej zabawie dzieci najlepiej uczą się tolerować siniaki, radzić sobie z pierwszymi emocjami, odczytywać uczucia innych dzieci, czekać na swoją kolej, rozwiązywać konflikty i bawić się sprawiedliwie. I dzieci mają wewnętrzną motywację, aby się tych sprawności uczyć właśnie dlatego, że chcą się bawić w grupie.
Dostroić się i uczy społecznie
Na tym polegało dzieciństwo i wychowanie oparte na zabawie, które niestety po mniej więcej 2015 r. zostało dzieciom brutalnie zabrane i zastąpione dzieciństwem opartym na smartfonie. Ale idźmy do drugiego ważnego mechanizmu zdrowego dzieciństwa, czyli do dostrojenia. Chodzi o to, że dzieci są zaprogramowane do komunikowania się przez dostrajanie i synchronizowanie ruchów i emocji z innymi. Od samego początku ważne są wszystkie interakcje, które mamy z dzidziusiem, patrząc na niego, próbując go rozśmieszyć, dziecko się dostraja, wchodzi w proces zwany przez psychologów serwisem i odbiorem, między nami a dzieckiem jest jakby ciągłe odbijanie piłeczki: próbujemy odczytywać wyraz twarzy i emocje i reagujemy. I tak na zmianę. Odbijamy piłeczkę, a dziecko się uczy i nawiązuje z nami więź.
Starsze dzieci z kolei czerpią radość z synchronii, robienia tego samego co rozmówca w tym samym czasie, patrz dziewczynki, które lubią rymowanki z klaskaniem. Synchroniczne, fizyczne interakcje twarzą w twarz są głęboko zakorzenioną częścią ewolucji człowieka. Pomyślcie tylko jak to wygląda dzisiaj, kiedy mama spogląda raz na dzidziusia i pięć razy na telefon, albo na serial w telewizji…
Przejdźmy do trzeciego ważnego elementu dzieciństwa opartego na zabawie, czyli do społecznego uczenia się. Dzieci w swojej wrodzonej potrzebie uczenia się przez naśladowanie (życia, a nie wiedzy książkowej) wybierają pewne osoby, bynajmniej nie rodziców, ponieważ chcą być po prostu lepszym starszym dzieckiem w swojej społeczności i do tego szukają wzorców. Dokonuje się to najczęściej przez tzw. inklinację konformistyczną, która motywuje do naśladowania najpopularniejszych zachowań. Mądrość ludowa nawet mówi, kiedy wchodzisz między wrony trzeba krakać tak, jak one. Dzieci idąc na przykład do nowej szkoły próbują zachowywać się jak inne dzieci.
Innym sposobem uczenia się jest inklinacja prestiżu, która motywuje do naśladowania tego, co najbardziej prestiżowe. Chodzi o odkrycie i naśladowanie takich osób, które uważa się za wybitne. Czasami taką wybitność dostrzegamy i oceniamy sami, czasami wierzymy innym na słowo i chcemy do osób wybitnych się zbliżyć. Ten mechanizm został bezlitośnie wykorzystany przez twórców platform społecznościowych, które są tak zaprojektowane, aby kraść zaangażowanie dzieci, przeszkadzać im w uczeniu się społecznym i skupiać ich uwagę na bardzo wątpliwej jakości influencerach.
Na koniec dodajmy, że uczenie się społeczne trwa przez całe dzieciństwo, ale zazwyczaj najbardziej wrażliwy okres uczenia się kulturowego trwa od 9 do 15 roku życia. Lekcje „pobrane” w tym etapie rozwoju najprawdopodobniej odcisną się najsilniej na tożsamości dzieci. Gdzie się „uczą” nasze dzieci w tym okresie?
ks. Paweł
Zdjęcie: iStock
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!