TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 01 Października 2020, 03:35
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Jak to się robi w Nowym Jorku

Jak to się robi w Nowym Jorku

Ktoś może zapytać, i będzie to pytanie zupełnie zrozumiałe, po co znowu pchać się do Nowego Jorku, skoro byłem tam już wielokrotnie, a w dodatku, jak sam często powtarzam, wolę naturę niż architekturę? To dobre pytanie i z całą pewnością poważnie się zastanowię nad odpowiedzią zanim kupię… kolejny bilet do miasta zwanego Wielkim Jabłkiem, ale tymczasem już tu jestem i, a jakże, mam Wam coś do opowiedzenia.

Szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego znowu Nowy Jork. Może chodzi o tych przyjaciół – księży, którzy zawsze tak chętnie i gościnnie otwierają progi swoich plebanii i człowiek wcale nie musi się przejmować ile kosztuje miesiąc życia na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Może to ta niesłabnąca chęć konfrontacji z wielokulturowością i wieloreligijnością miasta, które co prawda nigdy nie zasypia, ale które, wbrew pozorom, ma całą masę miejsc, gdzie można zatrzymać się i zanurzyć w kontemplacji. A może po prostu prozaiczna potrzeba odpoczynku w miejscu, w którym jestem anonimowym człowiekiem odległym o tysiące kilometrów w przestrzeni i sześć godzin w czasie od mojego naturalnego habitatu, w którym dziesiątki, a może setki powiązań determinują na dobre i na złe każdy dzień.

Warszawa vs Manhattan
Tak, na pewno chęć oderwania się od spraw, które na co dzień determinują moje życie, a także pisanie, jest istotna, ale niestety nawet pobieżna lektura internetowych doniesień z kraju sprawia, że nerwy mnie biorą i nie potrafię przejść obojętnie obok pewnych spraw. Kiedy dwa tygodnie temu pisałem wstępniaka na temat krzyża przed Prezydenckim Pałacem, przyznam się szczerze, że zastanawiałem się, czy nie będzie to „musztarda po obiedzie“, czy problem nie zostanie rozwiązany, jak na katolicki w przeważającej większości swoich obywateli kraj przystało, zanim moje słowa dotrą do Czytelników. Okazuje się, że nie. To jest po prostu jakaś paranoja. Dlatego zainspirowany przez jednego z najbardziej poczytnych blogerów-amatorów obserwujących i komentujących scenę polityczną w naszym kraju, który mam nadzieję, rychło zagości również na łamach „Opiekuna“, udałem się na medytację pod krzyż, który sam „wyrósł“ na miejscu jednej z największych tragedii obecnego stulecia, jaką był niewątpliwie atak terrorystyczny na World Trade Center w Nowym Jorku 11 września 2001. Poszedłem tam się pomodlić, ale poszedłem też po naukę: chcę zrozumieć, czy jest czymś normalnym takie traktowanie krzyża, jak to ma obecnie miejsce w naszym kraju. Krótko mówiąc, sprawdźmy, jak to się robi w Nowym Jorku.

Samorodny krzyż na zgliszczach
Krzyż, jaki dziewięć lat temu ukazał się oczom zdumionych strażaków na zgliszczach dwóch drapaczy chmur, które dosłownie stopiły się w wyniku wbicia się w nie uprowadzonych przez terrorystów samolotów, pojawił się tam w sposób jeszcze bardziej naturalny niż nasz krzyż na Krakowskim Przedmieściu. O ile ten ostatni był spontaniczną inicjatywą harcerzy dla wyrażenia żałoby gromadzących się pod Pałacem rodaków, o tyle ten na Manhattanie po prostu sam „wyrósł“. Najwyraźniej wieżowce były budowane z gotowych pospawanych metalowych elementów i jakimś cudem jeden taki element, w formie doskonałego krzyża pozostał „wyprostowany“ pośród gruzowiska. Oczywiście natychmiast stał się znakiem, miejscem modlitwy i poproszono burmistrza, aby mógł tam pozostać w sposób legalny, dobudowano podstawę czyniąc z niego pomnik. Żadnym muzułmanom, żydom czy przedstawicielom jakiegokolwiek innego wyznania, których krewni zginęli w zamachu, nie przyszło do głowy, aby domagać się jego usunięcia. Dziwnym trafem również chrześcijanie nie domagali się jego przeniesienia. W międzyczasie zmienił się również burmistrz Nowego Jorku, w styczniu 2002 r. Rudolpha W. Giulianiego zastąpił Michael R. Bloomberg i wbrew pozorom (co nam może wydawać się dziwne) w pierwszej kolejności nie zajął się krzyżem i jego przenoszeniem. I tak krzyż stał tam aż do 2006 r. kiedy został przeniesiony pod pobliski kościół św. Piotra. Nie, nie dlatego, że komuś przeszkadzał, ale ponieważ rozpoczęto prace budowlane nad zagospodarowaniem Ground Zero. Krzyż wróci do muzeum, które powstanie na miejscu tragedii, a tymczasem stoi obok najstarszego kościoła katolickiego w Nowym Jorku, kilkadziesiąt metrów od miejsca gdzie sam „wyrósł“.

Znak pocieszenia dla wszystkich
Kiedy stoję pod krzyżem, zauważam, że co chwilę zatrzymuje się tam jakaś wycieczka. Również pojedyncze osoby przystają na krótką modlitwę. Nie mam pojęcia, czy wszyscy oni są chrześcijanami, ale najwyraźniej w tym wieloreligijnym społeczeństwie nie ma większych problemów, aby uznać ten konkretny krzyż za „znak pocieszenia dla wszystkich“, jak głosi napis na przyspawanej doń tabliczce. I tak sobie myślę, że im to było łatwo, w końcu tyle tu różnych religii… U nas, hmm, u nas to co innego. Nie ma tak łatwo. Przecież w naszym kraju ponad 90% społeczeństwa to katolicy, pan Prezydent to zdeklarowany katolik, znakomita większość dwóch największych ugrupowań politycznych to katolicy, ba, nawet wszyscy hierarchowie naszego Kościoła to katolicy. Wszyscy doskonale wiedzą jakie znaczenie ma krzyż Chrystusowy i jakie znaczenie ma krzyż w historii naszego narodu. To chyba dlatego tak ciężko znaleźć godne miejsce dla tego naszego krzyża, który przez kilka miesięcy był znakiem pocieszenia dla wszystkich, a teraz, no właśnie czego znakiem jest teraz?

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!