Jasna i ta druga strona księży(ca) odc.372
Ks. Ryszard otworzył drzwi i wpuścił Mateusza do środka. - Kawy? - zapytał zaraz po tym jak odebrał od Mateusza płaszcz.
- Chyba jednak wolałbym coś zimnego do picia – odpowiedział Mateusz rozglądając się z ciekawością dookoła, ponieważ pierwszy raz był u Ryśka na plebani.
Rysiek był księdzem lubianym przez kolegów, regularnie jeździł na spotkania dekanalne i dość często na towarzyskie, ale przynajmniej od czasu kiedy Mateusz był w tej okolicy, raczej nie zapraszał do siebie. Nawet przy okazji spowiedzi poczęstunek był przygotowany w salce, z której na co dzień korzystała chyba młodzież i ministranci, obok której była dość spora i funkcjonalna kuchnia. Więc Mateusz nigdy nie miał okazji, żeby wejść na plebanię, nawet do jej publicznej części, a dzisiaj Rysiek zaprowadził go prosto do swojego mieszkania na piętrze. Wszędzie było pełno książek. Mateusz też lubił książki, dużo ich czytał i dużo nabywał, ale w mieszkaniu Ryszarda poczuł się jak w bibliotece. I nawet powierzchowna analiza zbioru sugerowała, że Rysiek nie kupował żadnego badziewia popularnych powieściopisarzy, ale miał konkretne obszary zainteresowań: socjologia, komunikacja społeczna, lingwistyka, a nawet antropologia. Trochę lektury sensacyjnej, ale tylko w języku angielskim. No i mnóstwo książek o Ameryce. Mateusz aż pokręcił głową w niemym podziwie, bo kilkanaście sekund minęło, a on już widział przynajmniej pięć, sześć tytułów, które chętnie by skonsultował, a wcześniej do głowy mu nie przyszło, że istnieją takie pozycje i to niektóre nawet przetłumaczone na język polski. Poczuł nawet jakiś wstyd, że tak się zaniedbał, gdy chodzi o nowości wydawnicze. Zresztą nie tylko w tym, szczerze mówiąc. Brakowało kilka dni do połowy Wielkiego Postu, a on jeszcze nawet nie zaczął jakiegokolwiek procesu nawrócenia czy choćby korekty swojego życia.
- Masz na myśli jakieś procenty? - zapytał Rysiek.
- Procenty? - zdumiał się Mateusz, który zupełnie zapomniał, o czym wcześniej rozmawiali.
- Mówiłeś, że wolałbyś coś zimnego do picia – uśmiechnął się Ryszard, - więc pytam czy może chcesz jakiś alkohol... Ale oczywiście rozumiem, że może masz jakieś wielkopostne postanowienia.
- A ty? - zapytał go Mateusz.
- Nie, nie. Ja w tym roku akurat pracowałem nad czymś innym, co zresztą wczoraj totalnie zawaliłem – wyjaśnił Ryszard z cierpkim uśmiechem, a Mateusz przypomniał sobie po co tu właściwie przyjechał.
- A ja, cóż, chyba nad niczym w tym roku nie pracuję, przynajmniej nie nad sobą – szczerze wyznał Mateusz.
- Tak, akurat! Nie myśl, że ci uwierzę. Ale rozumiem, że nie chcesz się uzewnętrzniać ze swoimi postanowieniami, bardzo słusznie zresztą – skwitował Ryszard, a Mateusz zaczął w swojej głowie łączyć pewne punkty i to co mu się objawiało dziwiło go niepomiernie. Najpierw, kiedy zadzwonił do Ryśka, ten powiedział mu, że jest pierwszą osobą od której odbiera połączenie. Teraz, nie wiedzieć czemu, jest przekonany, że kto jak kto, ale na pewno on Mateusz ma jakieś postanowienia wielkopostne, tylko nie chce się nimi chwalić w myśl ewangelicznej zasady „niech nie wie lewica co czyni prawica”. Nie miał pojęcia, czym sobie zasłużył na taką estymę u kolegi, z którym tak naprawdę nie miał zbyt bliskiej relacji. Z jednej strony nie chciał go rozczarować, ale z drugiej nie zamierzał utrzymywać go w błędzie.
- Nie, Ryszard, nie,– powiedział Mateusz kręcąc głową. - Naprawdę w tym roku jakoś tak z rozpędu wpadłem w ten Wielki Post, że nawet niczego konkretnego sobie nie przemyślałem, a potem – choćby z alkoholem – dałem się namówić na jakieś piwo i tak to wygląda, że jedynie staram się nie zawalać brewiarza i Różańca.
- Czyli lampkę schłodzonego prosecco mogę ci zaproponować – skwitował Ryszard wyraźnie nie do końca przekonany co do prawdziwości wywodu kolegi.
- Z punktu widzenia braku takiego postanowienia tak, ale ze względu na konieczność powrotu do domu samochodem, muszę powiedzieć nie – odparł Mateusz.
- Mam pokój gościnny, możesz przenocować, są tam nawet jednorazowe szczoteczki do zębów – Ryszard rozłożył ręce w geście „nie ma żadnego problemu”, a Mateusz pomyślał, że kolega chyba naprawdę potrzebuje dłuższej rozmowy.
- A zatem niech będzie prosecco – powiedział z uśmiechem i kiedy Ryszard wyszedł z salonu powrócił do przeglądania jego księgozbioru i zaczął się zastanawiać ile książek, oczywiście jeśli Ryszard zgodzi się mu je pożyczyć, zabierze ze sobą. Dopiero teraz zauważył też sprytnie wkomponowany w regał z książkami zestaw stereo z całkiem sporymi kolumnami. I prawdziwym gramofonem, który ostatnio stawał się obsesją Mateusza. Marzenie z dzieciństwa, a może kolejna zabawka, którą chłopczyk, który nigdy w nim nie dojrzał, chciał sobie sprawić. Jeszcze większe zdumienie ogarnęło go, kiedy zaczął przeglądać kolekcję płyt winylowych, którą zgromadził Rysiek: Dire Straits, Pink Floyd, Police, Sting, King Crimson, Leonard Cohen, Angelo Branduardi, Fiorella Mannoia, Lucio Battisti, a nawet Wolna Grupa Bukowina i Stare Dobre Małżeństwo... To mogła być z powodzeniem jego – Mateusza – kolekcja. Nie było tam jednej płyty, której by nie znał albo nie lubił... Szczególnie zadziwiły go płyty włoskich wykonawców nie będących w Polsce hitami na miarę Ramazzottiego czy Zuccero. On Mateusz polubił ich dzięki swoim włoskim przyjaciołom z czasów kiedy tam mieszkał, a z tego co wiedział, to Ryszard nie miał żadnego włoskiego etapu w swoim życiorysie. Cała sytuacja stawała się dla niego coraz bardziej intrygująca. Czyżby właśnie znalazł właśnie bratnią duszę, którą znał od lat, a o której nic nie wiedział? Te jego rozmyślania przerwało wejście Ryśka, który na małym stoliku przy fotelach postawił tacę z dwoma kieliszkami, butelką prosecco, i trzema małymi talerzykami: na jednym były kawałki sera, na drugim salami, a w trzecim oliwa z oliwek. Do tego koszyk z pokrojoną bagietką.
- Voilà! - powiedział Rysiek, kiedy już rozlał wino do lampek.
- Rysiek, bardzo dobre prosecco – powiedział Mateusz po wypiciu odrobiny wina. - Ale jestem zachwycony przede wszystkim twoją biblioteką! Gdzieś ty zdobył te wszystkie książki i jak się uchowałeś z takimi zainteresowaniami?
- Jeśli chodzi o książki to sam doskonale wiesz, że dzisiaj wszystko można znaleźć, jak nie w kraju to za granicą i nie trzeba nawet czekać miesiącami – wyjaśnił Rysiek.
- Wiem, ale ja nie miałem nawet pojęcia, że w ogóle istnieją niektóre z opracowań, które widzę u ciebie na półce – przyznał szczerze Mateusz.
- Czasami wystarczy wpaść na jedną książkę, a potem ci się otwiera cały księgozbiór, o którego istnieniu nie miałeś pojęcia. A ciebie interesują te tematy? - Rysiek wskazał akurat na półkę, gdzie było kilka prac z antropologii.
- Kiedyś bardzo. Zwłaszcza komunikacja i lingwistyka, ale antropologia też. Ale zatrzymałem się gdzieś z dziesięć lat temu i właściwie ograniczam się do jakiegoś artykułu raz na kilka miesięcy, raczej do bieżących potrzeb – wyznał Mateusz. - Jak sięgam po jakieś książki to raczej coś na odpoczynek niż na pogłębianie wiedzy. Zgnuśniałem.
- Z pięć lat temu słuchałem jakiejś twojej konferencji o komunikacji społecznej dla świeckich studentów teologii i wtedy mi się nie wydawało, żebyś był jakoś do tyłu – zauważył Ryszard, a Mateusz miał się go zapytać, gdzie słyszał tę konferencję, ale ostatecznie postanowił nie ciągnąć wątku.
- No ale nawet jeśli, to było to pięć lat temu – uciął krótko. - Ale ty mi powiedz, skąd u ciebie takie zainteresowania? Ja chociaż trochę to w Italii studiowałem, bo mnie biskup wysłał, ale jeszcze nie spotkałem u nas księdza, który by miał takie zainteresowania zupełnie na prywatny użytek.
- Zawsze mnie to interesowało. Do tego stopnia, że nawet w seminarium, delikatnie mówiąc, nie brylowałem w teologii, czy wcześniej w filozofii, bo to studiowałem tyle ile wystarczyło, żeby zaliczyć, a przyjemność miałem właśnie w tych materiach. Kiedyś jeszcze miałem fioła na punkcie etnografii, w ogóle myślałem, że pojadę gdzieś na misje. Albo chociaż na studia.
- No właśnie, jak to jest możliwe, że nie wysłali cię na jakieś studia specjalistyczne? - nie mógł się nadziwić Mateusz.
- Hmmm, jakby ci to wytłumaczyć. Mój rodzimy proboszcz za mną nie przepadał, a był dobrze umocowany w środowiskach kurialnych i seminaryjnych, więc generalnie to w ogóle powinienem być szczęśliwy, że mnie wyświęcili – powiedział Rysiek. - Ale wiesz co? Chyba mi się nie chce o tym gadać.
- Rozumiem – powiedział Mateusz i zamilkł na chwilę.
- O tym co się wydarzyło wczoraj też nie za bardzo mi się chce rozmawiać – Rysiek jakby chciał uprzedzić ewentualne pytania Mateusza. - Ale chyba musimy. Jutro jadę do kurii i coś tam chyba będę musiał wyjaśnić - dodał.
- A co się właściwie wydarzyło? - zapytał Mateusz.
- Najłatwiej powiedzieć, że puściły mi nerwy. Chciałbym powiedzieć, że podobnie jak Jezusowi, kiedy się wkurzył w świątyni i powyrzucał z niej woły, osły i bankierów nie żałując im razów biczem ze sznurków, ale nie mogę tak powiedzieć. Bo tam w tej świątyni jerozolimskiej to oni chyba naprawdę wariowali, a u mnie po prostu... nie wiem, spali? Przeczekiwali, jak co niedzielę, aż się skończy? Zaliczali po najmniejszej linii oporu obowiązek niedzielnej Mszy Świętej? Nazwij to jak chcesz, ale ja po prostu w pewnym momencie stwierdziłem, że to jest jakieś jedno wielkie udawanie. Oni udawali, że wielbią Boga na Eucharystii a ja udawałem, że im wierzę. I przestałem udawać. I powiedziałem, słuchajcie zróbmy to na serio, albo idźcie do domu. A jak zechcecie wielbić Boga naprawdę, to wtedy wrócicie. Mateusz, to wszystko – Rysiek wskazał ręką na książki. – Ja studiuję, czytam, staram się być na bieżąco, nie dla siebie, bo mam taką pasję, ale dla moich parafian. Żeby ich lepiej zrozumieć, żeby jak najlepiej im służyć, żebyśmy stworzyli piękną wspólnotę. I w niedzielę doszło do mnie, że tylko mi na tym zależy. A im, znakomitej większości, wcale. I pękłem.
Jeremiasz Uwiedziony
Książka: Jasna i ta druga strona księży(ca)
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!