Gdybym był Franciszkiem
Pamiętacie zapewne, jaka fala domysłów, a może nawet bardziej przejawów złośliwej satysfakcji, przelała się przez media kilka miesięcy temu, kiedy „gruchnęła” wiadomość o zaproszeniu albo wezwaniu (w zależności od stopnia przychylności danego medium polskiemu Kościołowi) biskupów z Polski na spotkanie z papieżem zwane ad limina Apostolorum. Przypomnijmy może przykładowe nagłówki: „Polscy hierarchowie mają jesienią udać się na pilną wizytę do Watykanu, gdzie spotkają się z Franciszkiem. Biskupi są zaskoczeni zmuszeniem do nagłej wizyty ad limina. W Stolicy Apostolskiej mówi się, że wezwanie wynika z dużej liczby skarg składanych na hierarchów”. I może jeszcze taki fragmencik z jednego z przodujących portali internetowych: „Tak naprawdę mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej z 2018 roku, gdy po wizycie papieskiego przedstawiciela w Chile, który badał skandale pedofilskie w tamtejszym Kościele, Franciszek wezwał do siebie cały episkopat - mówi jeden z duchownych w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Choć w przypadku polskich hierarchów zastosowano nieco bardziej elegancką formę”.
Kiedy więc kilka tygodni temu pierwsza grupa biskupów ze wschodnich metropolii udała się do Watykanu (niestety w związku z tym nie mogli uczestniczyć w Zawierzeniu Narodu i Kościoła w Polsce Świętemu Józefowi) wyobrażam sobie, że w niektórych redakcjach i środowiskach oczekiwania „na krew i spadające głowy” sięgały zenitu. Kto wie, może i pierwsze szpalty były rezerwowane na opisy jak się rozgrywa „drugie Chile”, czyli wymiana Episkopatu „po całości”. Ale okazało się, że pierwsza grupa biskupów wróciła i nikomu mitra z głowy nie spadła, więc pewnie pierwsze strony trzeba było zapełnić czymś innym. Mało tego, w mediach katolickich, bo właściwie tylko one poświęciły nieco więcej miejsca tematowi, czytamy opinie biskupów zatytułowane: „Życzyłbym każdemu takiego dywanika”. Są to słowa biskupa pomocniczego diecezji ełckiej Adriana Galbasa, który o ostatnim wspólnym spotkaniu pierwszej grupy biskupów z papieżem powiedział: „Było to spotkanie ogromnie braterskie. Już sama jego aranżacja na to wskazywała. Siedzieliśmy w kręgu”, a pytany o to, czy Franciszek udzielił biskupom wskazówek, stwierdził: „Papież nie zachowuje się jak instruktor narciarski i nie mówi, co i jak należy zrobić, żeby dobrze zjechać na nartach. Daje tylko pewne impulsy i odwołuje się do swojego bardzo bogatego doświadczenia posługi w Watykanie i wcześniej, w Argentynie”. Kto chce źle myśleć, na pewno stwierdzi, że te słowa to przykrywka, że tak naprawdę to się nigdy nie dowiemy, co papież powiedział polskim biskupom i niech sobie tak myśli. Zresztą, nie po to się papież spotyka ze swoimi współpracownikami (czyli biskupami), żeby potem wszystko zostało opowiedziane w prasie, bo w takim wypadku mógłby im wszystko przekazać przez rzecznika prasowego. Przypomnę też ewangeliczne stwierdzenie Pana Jezusa, że dom wewnętrznie podzielony się nie ostoi. Kościół jest domem, w którym papież i biskupi są po tej samej stronie, a nie po przeciwnych. Jak w każdym domu tak i w tym są trudności. Czasami bardzo poważne. Rozwiązuje się je razem, a nie jedni przeciw drugim.
Kiedy piszę te słowa nasi biskupi z Kalisza razem z innymi hierarchami z metropolii zachodnich są w Rzymie. I w sumie nie chce mi się już poświęcać czasu na spekulacje, co im może powiedzieć Następca Świętego Piotra. To już raczej pozwolę sobie napisać, co ja bym im powiedział, gdybym był Franciszkiem. Nie tylko naszym, ale wszystkim biskupom. W sumie jedną rzecz. Przede wszystkim zacznijcie do ludzi mówić swoim głosem. Zgodnym z nauczaniem Kościoła, ale swoim. Nie po to Was Bóg i Kościół ustanowił następcami Apostołów, żebyście ciągle, przepraszam, „mówili św. Janem Pawłem II”. Oczywiście to jest bardzo ważne, aby dzieło naszego wielkiego Rodaka upowszechniać i wprowadzać w życie, ale ja sobie nie przypominam, żeby mój ojciec mówiąc do mnie kogokolwiek mi cytował. Ojciec ma coś do powiedzenia od siebie, ojciec nie czyta swoim dzieciom listów, które do nich napisał. Może poczytać bajki do spania, ale to tylko do pewnego momentu rozwoju. Ja rozumiem, że jesteście ciągle „na widelcu” i będziecie recenzowani i będą Wam wyrywać słowa i zdania z kontekstu, żeby udowodnić Wam coś złego. Ale, sorry, czy czasami Jezusa nie próbowali pochwycić na słowie? I czy On się w związku z tym ograniczał, kiedy mówił do swoich owieczek?
ks. Andrzej Antoni Klimek
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!