TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 26 Października 2020, 00:00
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Faustyna, Józef i Antypody

Faustyna, Józef i Antypody

W ubiegłym roku opublikowałem kilka reportaży z mojego pobytu w Nowym Jorku i z późniejszych spotkań z Czytelnikami wiem, że zostały one ciepło przyjęte. Dlatego, kiedy po ponad 30 godzinnej podróży na trasie Kalisz – Warszawa – Londyn – Singapur – Melbourne, moje stopy dotknęły wreszcie australijskiej ziemi, od samego początku przeżywałem tę wielką przygodę myśląc również o tym, czym będę chciał się podzielić z naszymi Czytelnikami. Nie żebym miał coś do ukrycia , ale bogactwo wrażeń jest doprawdy olbrzymie, a przecież nie mogę pisać przez cały rok o mojej wyprawie do Australii, muszę więc dokonywać bolesnych wyborów.

Wiem, wiem, że nie od Klimka zaczęło się „podbijanie“ Australii i przede mną było tu wielu innych Polaków.

Polacy na Antypodach
Na przykład taki pan Paweł Edmund Strzelecki, który już w latach 1839-44 przemierzał i badał geologicznie ten niesamowicie odległy od nas kontynent zostawiając w spadku Australijczykom nazwę najwyższej ich góry czyli Mount Kesiuskeł, tak przynajmniej wymawiają to dzisiejsi mieszkańcy Australii, choć i mnie wydawało się, że brzmiało to nieco inaczej. Po panu Pawle Edmundzie byli tu też oczywiście i inni Polacy, w tym nawet kilku księży i młodzież z naszej diecezji na pamiętnym Światowym Spotkaniu Młodych w Sydney dwa lata temu. I dopiero po nich przybyłem tu również ja, tak więc nie uważam się, broń Boże, za jakiegoś prekursora, ale przyznajcie sami: Australia to jednak jest coś, co naprawdę nie jest w zasięgu ręki czy o rzut beretem od Polski. No i na przykład taki Wojtek Cejrowski jeszcze tam nie był, a on był już niemal wszędzie (zagalopowałem się: wygooglowałem w Internecie, i okazuje się, że jednak był, no ale cóż, gdzie on nie był?).

Zaczęło się od Faustynki
Ktoś może zapytać, co mnie zagnało do Australii, przecież Światowe Dni Młodzieży były dwa lata temu, a Igrzyska Olimpijskie w 2000... Pomijając moją, jak ktoś słusznie określił „włóczęgowską naturę“, odpowiedź brzmi: św. Faustyna. Mniej więcej rok temu pisałem w artykule „Kiedy Faustyna była Helenką“ (Opiekun nr 286): „Z Kalisza do Świnic Warckich jest dokładnie 109 kilometrów. Podczas trasy myślę o Faustynie. Tylko 109 kilometrów od nas, a przecież jeszcze nigdy tam nie byłem. Myślę o pewnej grupie czcicieli Bożego miłosierdzia z Australii, którzy każdego roku zapraszają jakiegoś księdza Polaka, opłacają mu bilet i pobyt w Australii, byle tylko poprowadził ich przez Nowennę do miłosierdzia Bożego. Nie chcą żadnego innego księdza. Chcą Polaka, bo Faustyna była z Polski“. Rok temu nie miałem oczywiście zielonego pojęcia, że to właśnie ja będę kolejnym zaproszonym księdzem, ponieważ kolega z czasów rzymskich studiów podzielił się moim emailowym adresem z wyżej cytowanymi Australijczykami i w ten sposób Faustynka nie zadowoliła się moją wyprawą do Świnic Warckich, 109 km w jedną stronę: w pewnym sensie „wysłała“ mnie na zdecydowanie dłuższą wyprawę.

Kiedy ksiądz uczy się wiary
W tym pierwszym reportażu z Australii skoncentruję się właśnie na tym najważniejszym celu mojego tutaj pobytu, ponieważ to właśnie na płaszczyźnie wiary najwięcej mnie ta podróż nauczyła. Oczywiście nie mam zamiaru popadać w pułapkę uogólnień i mówić Wam, że oto Australijczycy są najwspanialszymi katolikami, powinniśmy się od nich uczyć czy takie tam inne frazesy. Daleki jestem od tego, bo i sami Australijczycy, których jest tutaj około 25% procent całej populacji, ubolewają nad kiepską kondycją swojej wiary. W kościołach przeważają ludzie starsi i generalnie frekwencja jest niska, bo zaledwie około 14%. W Australii obowiązuje też jedna z najbardziej liberalnych ustaw, która dopuszcza aborcję praktycznie aż do momentu urodzenia, a w pierwszym dniu mojego pobytu przeczytałem w miejscowej gazecie o specyficznej reklamie jednego z pubów, z ukrzyżowanym Jezusem i napisem „Jezus umarł za grzechy wszystkich, ale… nie za twoje. Największa impreza roku w Wielki Czwartek“, zamieszczonej w wysokonakładowym piśmie. Klimat dla naszej wiary nie jest tu więc bynajmniej wymarzony i problemy, z którymi boryka się Kościół są podobne do tych w Europie.
Niemniej jednak miałem okazję poznać kilkaset osób, które przez dziewięć kolejnych dni Nowenny do miłosierdzia Bożego przychodziły do kościoła i trwały na modlitwie przez dwie i pół godziny. Większość z nich po całym dniu pracy (nie licząc dni świątecznych). Zaczynało się o godz. 18. 45 Różańcem, później wystawienie Najświętszego Sakramentu, adoracja, modlitwy nowennowe do Bożego miłosierdzia, moja konferencja, błogosławieństwo, Eucharystia z homilią, po Eucharystii uczczenie relikwii św. Faustyny i jeszcze wielu ludzi w kolejce po osobiste, „specjalne“ jak je nazywają, błogosławieństwo od kapłana. Ostatni opuszczają kościół o 21.30. To właśnie od tych wszystkich ludzi pochodzących z różnych kontynentów, którzy jakimś zrządzeniem Bożej Opatrzności w Australii odnaleźli swoją ojczyznę, uczyłem się prostej, pełnej zaufania wiary. Przychodzili na modlitwę z wiarą w obietnice, które Pan Jezus złożył nam wszystkim przez siostrę Faustynę. Nikt nie narzekał, że za długo, że po co ta konferencja i jeszcze później homilia (jedynym, który się dziwił byłem ja, ponieważ musiałem przygotować po dwa wystąpienia na każdy dzień, wstyd mi za to zdziwienie, ale jest ono pewnie konsekwencją naszego europejskiego myślenia, że wszystko musi się zamknąć w 45 min, bo ludzie będą się irytować). Wielu ludzi mówiło do mnie z taka zazdrością w głosie: „U was w Polsce to dopiero musicie mieć wspaniałe Nowenny do Bożego miłosierdzia…“ A ja odpowiadałem: „Uhmm…“ Dwa pytania na marginesie: czy w twojej parafii była Nowenna do Bożego miłosierdzia? Czy wiesz jakie obietnice Pan Jezus powiązał z kultem Bożego miłosierdzia? Nie, tak po prostu…

A co ze św. Józefem?
Jako „zaadoptowany“ Kaliszanin starałem się godnie poszerzać kult naszego wielkiego patrona, więc mogę zameldować kustoszowi, ks. prałatowi Jackowi Plocie: „Zadanie wykonane, Melbourne zdobyte!“ Ale muszę Wam powiedzieć, że choć nie w naszym kaliskim wizerunku, to św. Józef jest bardzo czczony w Australii. Na przykład nasza nowenna odbywała się w kościele pod Jego wezwaniem (nie ma przypadków, no ile razy mam Wam jeszcze powtarzać?), a i w katedrach (np. w Sydney) postać św. Józefa jest honorowana niemal na równi z Najświętszą Marią Panną. Do św. Józefa będziemy jeszcze wracać.
Kończąc, chcę powiedzieć, że Melbourne zawsze plasuje się bardzo wysoko w rankingach na miejsca gdzie ludziom żyje się najlepiej, najczęściej na drugim miejscu. Z czystym sumieniem mogę się z tym zgodzić, jest to doskonale zorganizowane, przyjazne człowiekowi miejsce. Jakie miasto jest na pierwszym miejscu? Vancouver, ale czy to prawda, to musicie już pytać Adama Małysza albo Justynę Kowalczyk. No chyba, że się tam wybiorę, to w końcu tuż obok Montrealu, prawda Święty Józefie? cdn

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!