TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 23 Września 2019, 08:59
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Dorośli z Taize

DOROŚLI Z TAIZÈ

Taizé, burgundzka wioska założona przez brata Rogera, kojarzona jest wyłącznie z młodzieżą. Tymczasem każdego roku goszczą w niej licznie także dorośli, których historie spotkania z Bogiem nieprawdopodobnie wręcz chwytają za serce. Kilka z nich usłyszałam na własne uszy spędzając w Taizé kilkanaście wakacyjnych dni.

Społecznik z rodu potentatów
Réne miał 29 lat i ani krzty nadziei, że w jego życiu mogłoby jeszcze cokolwiek odmienić się na lepsze. Od kilku lat pił, brał narkotyki, a kiedy te znieczulacze, jak je nazywał, także przestały działać, zainteresował się hazardem. A Réne naprawdę miał co przegrywać w kasynach. Urodził się w rodzinie szwajcarskich potentatów przemysłowych i już w dniu swych pierwszych urodzin był milionerem. Razem z młodszym bratem miał przejąć rodzinny interes toteż od wczesnej młodości rodzice przygotowywali ich do przejęcia sterów w firmie. Tyle, że Réne nie był w najmniejszym stopniu zainteresowany biznesem. Czasami zastanawiał się, jak to się stało, że w rodzinie, która od pokoleń pasjonowała się przemysłem urodził się nagle społecznik. Bo Réne miał duszę społecznika. Marzyło mu się odebrać swoją część majątku i założyć fundację pomagającą potrzebującym mieszkańcom Afryki. Nie miał pojęcia, skąd wzięło się w nim to pragnienie, jednak nie miał też nigdy odwagi wyjawić komukolwiek z biznesowej rodziny, że chciałby pójść własną drogą. Odkąd zaczął zarządzać firmą, ta znajdowała się w nieustannych tarapatach. Próby tłumaczenia ojcu, że nie nadaje się na potentata przemysłowego, zawsze kończyły się strasznymi awanturami.
W końcu Réne poddał się. Popadł w nałogi, a rodzinne przedsiębiorstwo w długi. Pewnego bardzo ciężkiego poranka, stary przyjaciel Réne, opowiedział mu o małej, burgundzkiej wiosce, w której modlą się przedstawiciele różnych odłamów chrześcijańskich. Réne zirytował się. Jestem niewierzący! – wrzasnął na przyjaciela. – I nie jestem tak nawiedzony jak ty! Co ty właściwie możesz wiedzieć o moich problemach?! Przyjaciel jednak był cierpliwy. Pojedziemy tylko na jeden dzień – zaproponował. – Jeśli ci się nie spodoba, od razu wrócimy. A jeśli ci się spodoba, zostaniemy na drugi dzień. Może się tam odnajdziesz, nie masz pojęcia jak to miejsce działa na wykończonych ludzi. Pojechali. Rok później Réne już nie pił. Ani nie brał narkotyków. Skończył też z hazardem. Ożenił się i wraz z żoną oczekiwali pierwszego dziecka. Najtrudniejsza była rozmowa z rodzicami, jednak i to udało się załatwić. Réne odsprzedał młodszemu bratu swoją część udziałów, a za uzyskane pieniądze założył w latach 80. fundację pomagającą afrykańskim uchodźcom. W Taizé wyglądał na szczęśliwca, bo odkąd przywiózł go tu przyjaciel Marc, Réne odwiedza wioskę co roku. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, ale wiem, że to właśnie TUTAJ uwierzyłem, że wszystko można naprawić, uratować – opowiadał mi z uśmiechem kogoś, kto czuje się spełniony.

Historia pewnego pojednania
Było lato 1990 roku. Taizé spowijała pachnąca lawendą burgundzka noc, jednak niektórych gości brata Rogera męczyła dokuczliwa bezsenność. Jedną z osób próbujących bezskutecznie zasnąć była 24-letnia Ela. Zirytowana wyszła ze śpiwora i powędrowała do wielkiej, wspólnej łazienki. Przy jednej z umywalek stała Ingrid. Miała 32 lata i w odróżnieniu od Eli mieszkała w tzw. wiosce dorosłych. Gdy wzrok ich obu spotkał się w dużym, ściennym lustrze, Ingrid posłała Eli przyjazny uśmiech. - Jestem z Polski – przedstawiła się po chwili Elżbieta. Przyjazne dotychczas spojrzenie Ingrid zalśniło nagle nieufnością. – Moja matka urodziła się w Opolu – odparła po chwili. – W 1945 roku Polacy wypędzili z Opolszczyzny całą naszą rodzinę – dodała chłodno. Okazało się, że Ingrid jest z pochodzenia Niemką, protestantką. Do Wiednia trafiła przez męża Austriaka, katolika. Sytuacja stawała się niezręczna. Chwilę wcześniej uśmiechały się do siebie dwie nowoczesne Europejki, teraz wkradał się między nie upiór historii. „Odebraliście moim bliskim cały majątek, wypędziliście ich z miasta” – myślała Ingrid patrząc na Elę. „Mordowaliście nas w Auschwitz” – myślała Elżbieta patrząc na Ingrid. Coś jednak spowodowało, że dwie młode kobiety nie rozstały się w milczeniu, ale wyszły razem na powietrze wypełnione zapachem lip i lawendy. Rozmawiały długie godziny. Ingrid po raz pierwszy w życiu zetknęła się z kimś z Polski. Tuż przed powrotem do domów wymieniły adresy. Nie miały jeszcze pojęcia, jak niezwykła przyjaźń je połączy. Jakiś czas później Ingrid odwiedziła w Niemczech matkę, która nigdy nie wybaczyła Polakom wysiedlenia. Swą gorycz przekazywała też przez lata dzieciom. Córka tymczasem opowiedziała jej o Elżbiecie i o tym, jak bardzo zaskoczona jest faktem, że dziewczyna zburzyła jej uprzedzenia do sąsiadów znad Wisły. Mijały lata. Przyjaciółki telefonowały do siebie, pisały, odwiedzały się i spotykały latem w Taizé. Gdy brat Roger ogłosił, iż jedno z kolejnych Europejskich Spotkań Młodych odbędzie się w Stuttgardzie, matka Ingrid, która tam mieszkała, udała się do pastora swojej parafii i zgłosiła chęć przyjęcia na nocleg młodych pielgrzymów przybyłych do jej miasta. - Mam tylko jeden warunek – zaznaczyła. – Absolutnie koniecznie muszą to być Polacy! Rany zaczęły się zabliźniać.

Landrynkowy film
Majka przyjechała do Taizé pełna wątpliwości. Wciąż nie mogła dojść do siebie po doświadczeniach mobbingu w dawnej pracy i kilka miesięcy leczonej depresji. Latem 2004 roku przyjechała do Taizé namówiona przez przyjaciółkę. Tliła się w niej jakaś resztka nadziei, że być może radykalna zmiana otoczenia wytrąci ją choć trochę z otępienia i przywróci choć odrobinę dawnej pasji życia, jaką w sobie miała. I już w pierwszej chwili po przybyciu zrozumiała, że tak właśnie się stanie. - Poczułam się jak w landrynkowym filmie – wspomina z uśmiechem. – Takim, w którym zdołowany Amerykanin przyjeżdża do Francji i nagle wszystko się odmienia! Samo to już mi wystarczyło, nie oczekiwałam więcej. Naprawdę. - mówi.
Ale później okazało się, że także modlitwy kanonami, których była pewna, że nie polubi, wprowadziły ją w nieprawdopodobne wyciszenie i odprężenie. Poza tym towarzyska Majka czuła się jak ryba w wodzie pośród innych towarzyskich cudzoziemców. Znała świetnie języki więc potrafiła rozmawiać z nimi całe wieczory. I nagle dwa dni przed wyjazdem szwedzki dziennikarz, z którym rozmawiałam najczęściej oświadczył, że się we mnie zakochał i, że wie, że jestem kobietą z którą chce spędzić resztę życia. Nie traktowałam tego poważnie, choć oczywiście było mi miło. Ale były wakacje, Francja, nastrój. Okazało się, że się pomyliłam, ten człowiek mówił serio. A kiedy wróciłam oszołomiona do domu dowiedziałam się, że dostałam prestiżową nagrodę zawodową. To naprawdę przypominało landrynkowy film hollywoodzki.
Moi dorośli bohaterowie nie mają wątpliwości, że w Taizé może zdarzyć się wszystko. Sam fakt, że ono istnieje jest już tego dowodem -  wtrąca Réne.

Aleksandra Polewska

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!