TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 20 Sierpnia 2019, 14:54
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień XVIII

Camino de Santiago

Dzień XVIII Aviles - Soto de Luna

cmaino

albergue wychodzę wcześnie rano, grubo przed szóstą, ponieważ przede mną około 35 - kilometrowy odcinek do Soto de Luina. Przewodniki ostrzegają, że będzie ciągle pod górę i z górki, więc lepiej mieć zapas czasu. Opuszczając Aviles raz jeszcze konstatuję, że to doprawdy śliczne miasteczko i wcale się nie dziwię, że było ulubionym miejscem odpoczynku peregrinos na przestrzeni wieków. Choć, gwoli prawdy muszę powiedzieć, że sam nie zwiedziłem go zbyt szczegółowo, ponieważ – jak pamiętacie – wczoraj wybrałem zwiedzanie niesamowitych perełek romańskiej architektury w Oviedo. Aviles obejrzałem jako końcówkę wczorajszego etapu tylko dlatego, że zabłądziłem i przedefiladowałem przez całkiem spory kawałek miasteczka, zanim się spostrzegłem, że albergue pozostało gdzieś z tyłu. Stan ducha nie był więc szczególnie przychylny podziwianiu. Ale w dzisiejszych porannych ciemnościach widziane wcześniej zaułki wracają w pamięci. Bardzo dobrze się idzie.

W moich modlitwach są między innymi Pamela i Daniele rodzeństwo, które dzisiaj obchodzi urodziny. Są moimi przyjaciółmi jeszcze z czasów włoskich, a ich rodzice stworzyli jedną z tych rodzin, którą Pan dał mi jako spełnienie słów Ewangelii, że kto zostawia dla Niego matkę, ojca i braci otrzyma stokroć więcej w tym życiu i nagrodę wieczną w przyszłym. Miałem u nich swoje miejsce przy stole i byłem nazywany najstarszym synem, a dla Pameli i Daniele byłem i jestem po dziś dzień fratellone czyli „dużym bratem”. Co ciekawe, między Pamelą a Daniele jest kilka lat różnicy, ale oboje urodzili się 14 lipca!

Wspominając dobre, włoskie czasy, modląc się i podśpiewując pokonuję kolejne kilometry. A propos śpiewania: nawet sobie nie wyobrażacie, jak wspaniale się śpiewa o wschodzie słońca w lesie czy nad morzem pieśń, która każdemu z nas kojarzy się raczej ze starszymi babciami w parafialnym kościele niż z pielgrzymką. Proszę spróbować odgadnąć o jaką pieśń chodzi... Tak jest! „Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia, Tobie morze, Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon, Boże wielki”. Jeśli jeszcze w ramach własnej interpretacji nadacie pieśni nieco jazzowy charakter, czyli zamiast „kiedy ranneeeeeeeee wstają zorze” śpiewacie: „kiedy ranne wstaaaaaaaają zorze...” Serdecznie proponuję, spróbujcie. Może raczej nie w kościele podczas Mszy św., ale gdzieś na polu albo w lesie. I koniecznie o wschodzie słońca!

Do bólu łydki zdążyłem się już przyzwyczaić, może dlatego, że szlak wiódł przez lasy eukaliptusowe (teraz już wiem, czemu te misie koala co eukaliptusowe listki spożywają są takie „śnięte”), a po drodze miałem okazję celebrować piękną Mszę Świętą w malutkim kościółku Matki Bożej dos Remedios (może Nieustającej Pomocy?), który szczęśliwie był otwarty. Jedyną parafianką była Martyna, a Ewangelia mówiła o szczęśliwych prostaczkach, którym Pan Jezus objawił wielkie tajemnice. Kiedy później szliśmy przez pewien czas razem z Martyną mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę, jak nie przymierzając prostaczki. Ponieważ zaczynałem odczuwać głód, a akurat przechodziliśmy przez jakieś miasteczko, gdzie Hiszpanie spożywali właśnie obiad w przy restauracyjnych ogródkach, na widok smażonych krewetek, świeżutkiego chleba w koszykach czy dorodnych krwistych steków, podzieliłem się z Martyną moimi „żądzami” 

- Wiesz co, jak tak idziemy między tymi stolikami z takim jedzonkiem, to chwilami mam chęć, żeby coś im ukraść z talerza i w długą! - powiedziałem. Na to Martyna podzieliła się swoją refleksją.

- Mnie jedzenie aż tak bardzo nie rusza, ale mam inne nieładne myśli – powiedziała i zamilkła

- Słucham cię – popędzałem ją, bo moja ciekawość wzrastała ewidentnie.

- Jak widzę te wszystkie super ubrane i wyperfumowane kobiety, wiesz makijaż i tak dalej, i pomyślę o sobie przepoconej w tych samych ciuchach od trzech tygodni, to...

- To co?

- To najchętniej bym je opluła! - wyrzuciła z siebie Martyna, a ja myślałem, że się uduszę ze śmiechu.

- No to dokonaliśmy ważnej obserwacji socjologicznej dotyczącej pielgrzymowania – podsumowałem, - mężczyźni zazdroszczą zwykłym śmiertelnikom jedzenia, a kobiety zazdroszczą „normalnym” paniom, że mogą być ładnie ubrane i pięknie pachną – zakończyłem nasze dialogi prostaczków, ale ubaw miałem do samego wieczora. To są dopiero baby...

Podczas trasy poznałem dzisiaj kolejną „babę” (panie mi wybaczą, piszę to w naprawdę żartobliwym ale serdecznym tonie ;-) z Polski. Nazywa się Anita i pielgrzymem jest dość specyficznym, bo jak tylko się zmęczy marszem udaje się na najbliższą... stację autobusową. Tak, tak, i dalej jedzie autobusem. Dla niej Camino to po prostu tania możliwość zwiedzenia północnej Hiszpanii. Rzeczywiście krótko po naszym spotkaniu Anita znika. Pewnie pojechała. I ona na pewno będzie miała łóżko w albergue, a ja? Nie wiadomo.

Już wiadomo. Nie mam. Dojście do albergue zajęło mi niemal dwanaście godzin, jestem zmęczony, a łóżek dla mnie nie starczyło. Dzisiaj śpię na glebie, to znaczy na parkiecie. I też jest pięknie! Do Santiago 279 kilometrów. Dzień kończę moją prywatną jazzową interpretacją: „Wszystkie nasze dzienne sprawy, przyjm litośnie Boże prawy, a gdy będziem zaaaaaaaasypali, niech Cię nawet sen nasz chwali”. Tym razem po cichutku, bo wszyscy śpią.

Pielgrzym

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!