TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 20 Sierpnia 2019, 14:07
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień XVII

Camino de Santiago 

Dzień XVII Gijon-Aviles

camino_2

 

Jeśli ktoś wierzy w te różne pierdoły na temat pecha i nieszczęśliwych dni, to dzisiaj na moim miejscu nie wychodziłby na trasę. Jest trzynasty dzień lipca i siedemnasty mojego pielgrzymowania szlakiem św. Jakuba. Trzynastki chyba nie muszę nikomu wyjaśniać, natomiast być może nie wszyscy wiedzą, że na przykład w Italii za najbardziej nieszczęsny numer uchodzi właśnie siedemnaście. Nawet tytuł słynnego odcinkowego horroru przetłumaczono tam: „Siedemnastego w piątek“ :-) Oczywiście dla urodzonego trzynastego w piątek i uważającego się za wyjątkowego szczęściarza, do tego niewierzącego w pierdoły i jeszcze śpieszącego się na odpust w Santiago księżula z Polski te numerki nie grają żadnej roli, więc jak każdego ranka, choć z bolącą coraz mocniej łydką, wyruszam na szlak do Aviles. Tym bardziej ochoczo, że przecież dzisiaj mam się wybrać na zwiedzanie Oviedo. Rzeczywiście cały dzień „chodzi“ za mną muzyczny motyw z niemoralnego filmu Woodiego Allena, którego akcja rozgrywa się również w stolicy Asturii. 

W porównaniu z wczorajszą mordęgą idzie się dzisiaj spokojnie. Asfalt tylko na początku, ale za to prowadzi on do miejscowości zwanej… Santa Eulalia. Koniecznie muszę zrobić zdjęcie tablicy z nazwą a także kościółka rzeczonej świętej, a potem pokazać to mojej przyjaciółce, siostrze Eulalii. No właśnie dowiedziałem się, że moja ulubiona zakonnica opuszcza Kalisz. Właściwie każdego dnia oprócz ludzi, których spotykam na trasie, są ze mną ludzie, których niosę w sercu. I dzisiaj jest to m.in. Eulalia. Myślę, jak piękne i jak trudne jest powołanie do życia konsekrowanego w zgromadzeniu zakonnym. Z dnia na dzień, decyzją przełożonych musi zostawić miasto, w którym spędziła trzy lata. Zostawić przyjaciół, których tu poznała, również mnie. My księża mamy tak samo, ale przecież ja w wolnej chwili mogę wsiąść w samochód i pojechać do rodzinnego domu, do przyjaciół. Zakonnica do rodzinnego domu jedzie na ślub albo pogrzeb, za zgodą przełożonej. Do przyjaciół? Hmm, na pewno nie z taką częstotliwością jak mogę to czynić ja. Dlatego dzisiaj modlę się dużo za Eulalię, bo przecież na pewno będzie tęsknić za Kaliszem i poznanymi tu ludźmi, dziewczętami, pośród których posługiwała, a nie będzie tu mogła zbyt często przyjeżdżać. Ale z drugiej strony wiem, że kocha Jezusa i wiem, że zaniesie swój uśmiech w inne miejsce i je ubogaci. Cóż, Eulalią też trzeba się podzielić ;-) Trzymaj się Słonko! 

Jest też dzisiaj ze mną Iza, którą z dawien dawna zwę Fasolką. Fasolka też się urodziła trzynastego, jak ja, tylko właśnie w lipcu i dzisiaj ma urodziny. Po tym jak się już urodziła, to była między innymi moją uczennicą w III LO w Kaliszu i od tego czasu pozostajemy w przyjaźni. Na mojego smsa z życzeniami, dostaję tą samą drogą w odpowiedzi pozdrowienia od Fasolki, a także od… Promyczka. A któż to jest Promyczek, zapytacie? Ano owoc miłości Izy i Krzysia, który jest jeszcze tak malutki pod sercem mamy, że nawet nie wiadomo: chłopczyk czy dziewczynka. Stąd Promyczek. Sami widzicie, ile to różnych spraw i w jakim towarzystwie człowiek pokonuje te kilometry, które teoretycznie miał pokonywać samotnie. 

A propos towarzyszy, na trasie spotykam idących razem Duńczyka i Belga. Są lekko zdziwieni, kiedy im mówię, że w siedemnaście dni zrobiłem trasę z Irun. Ja też jestem zdziwiony, bo chciałbym iść wolniej! I cieszyć się tym wszystkim, co po drodze. Ale niestety czas mnie goni. Myślę, że może następnym razem, bo przekonanie, że będzie następny raz jest już na stałe zrośnięte tak z sercem, jak i z rozumem, co do tego to nie ma pomiędzy nimi żadnej sprzeczności, choć zdaję sobie sprawę, że będzie szalenie trudno mieć kolejny raz do dyspozycji więcej niż miesiąc. Może na emeryturze? Hmm, księża przechodzą na emeryturę w wieku 75 lat…

Po początkowym odcinku asfaltu robi się coraz piękniej: pola i lasy, a kilka dość długich podejść nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Nawet do bólu łydki już się przyzwyczaiłem. Końcowy odcinek ponownie po asfalcie, a ponieważ zamyśliłem się nieco i strzałki z muszelkami były dzisiaj  nieco zwariowane, co znaczy, że często dawały sprzeczne informacje, w konsekwencji przeoczyłem albergue i zafundowałem sobie dodatkowe pół godziny marszu. A co? Stać mnie! 

Albergue jest wielkie, na jakieś 60 osób, choć dość brudne i zagrzybione, ale wierzcie mi, że po dwóch tygodniach Camino, to są tylko nic nie znaczące szczegóły. Jest łóżko i jest prysznic? Jest wszystko! Wybieram się z Martą i Martyną autobusem do Oviedo. Martyna długo się waha, ponieważ ma ten sam problem z łydką co ja, a nawet gorzej, bo w jej przypadku dotyczy to obu nóg. Obiecujemy jej, że nie będziemy zbyt dużo spacerować i ruszamy. Po około 40 minutach jesteśmy w Oviedo, które jest bardzo mocno związane z Santiago de Compostela. Stąd wyszedł na pierwszą pielgrzymkę, Alfonso II Cnotliwy, kierując się szlakiem zwanym Drogą Pierwotną (Camino Primitivo). Do Oviedo, zwłaszcza w średniowieczu, zbaczały liczne grupy pielgrzymów z Camino Frances, aby potem iść dalej Camino Primitivo lub Camino del Norte.
 Katedra z XIII wieku była wzniesiona na pierwotnej bazylice. Szczególną czcią otaczana jest romańska polichromowana rzeźba Zbawiciela z XII w. Natomiast w przykatedralnej Cámara Santa przechowywany jest skarb składający się z relikwii, między innymi całun Chrystusa, którym miano wytrzeć twarz Jezusa po śmierci przed zawinięciem Go w całun z Turynu, a także ważne dla Oviedo krzyże: Cruz Los Angeles, z wieku IX, który jest godłem miasta i Cruz de la Victoria z X w., który znajduje się na sztandarze Asturii. Tych wszystkich rzeczy niestety… nie mogliśmy zobaczyć, bo katedra była już zamknięta ;-( Natomiast udało nam się podjechać miejskim autobusem i zobaczyć położone kilka kilometrów za miastem preromańskie kościółki Santa Maria del Naranco i San Miguel de Lilo. Ten pierwszy, choć nie ma pewności, że od początku był używany jako kościół, uchodzi za najważniejszą budowlę preromańską w Europie! I pomyśleć, że stoją sobie te dwie perełki gdzieś w polu za miastem! Niesamowite! Niestety również w tym przypadku nasze zwiedzanie ograniczyło się do podziwiania z zewnątrz, ale tym bardziej wzrasta pragnienie powrotu. Kto wie, może kolejną trasą, którą Bóg pozwoli przejść będzie właśnie Camino Primitivo, które jest bodajże najtrudniejsze (góry), ale też stosunkowo krótkie.

Po tych zachwytach architekturą IX wieku wróćmy jeszcze na chwilę do spraw baaardzo przyziemnych. Wizytę w Oviedo wykorzystuję jeszcze do zakupu, hmm, majtek. Tak, tak, niestety w wyniku codziennego ręcznego prania bielizny i suszenia jej w palącym słońcu, po dwóch tygodniach staje się ona łagodnie mówiąc bardzo nieprzyjemna w kontakcie z ciałem. Dlatego korzystając z promocji zakupuję sobie trzy pary bokserek! Wybaczcie tak przyziemny aspekt na zakończenie, ale Camino uczy przede wszystkim pokory w bardzo przyziemnych sprawach ;-)

Już się nie mogę doczekać, jak jutro wyruszę na szlak w moich nowiutkich bokserach!

Pielgrzym

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!