TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 15 Października 2019, 05:44
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień XIX

Camino  de Santiago

Dzień XIX - Soto de Luna -Almuna

camino

Pomimo nocy spędzonej na podłodze budzę się wypoczęty i jest to bardzo dobry znak, ponieważ dzisiaj planuję przejść dwa etapy. Pamiętacie, że bardzo mi zależy, aby dotrzeć na Świętego Jakuba do Santiago i właśnie dlatego nieraz muszę narzucić sobie większe tempo. To znaczy… Nie! Wyraziłem się bardzo nieprecyzyjnie: z bolącą łydką nie daję rady zwiększyć tempa, wręcz przeciwnie muszę się wlec ze stałą prędkością, co ma ten plus, że dyskretnie mogę mieć „na oku“ Martynę, która ma dokładnie ten sam problem, tylko, że w jej przypadku chodzi o nogę prawą. Niemniej dzisiaj chcę „połknąć“ dwa etapy, czyli opuścić albergue w Luarca i dojść na nocleg w Almuna. Oznacza to, że drugi dzień z rzędu mam do pokonania około 40 kilometrów, ale w ten sposób pozostanie mi 9 dni i 9 etapów do przejścia. Nie przejmuję się więc wcale tym, że maszeruję jak żółw, wczoraj „Iron“ Marta doszła do albergue trzy godziny przede mną, a jej rówieśnicy, koledzy z uczelni z Warszawy dorzucili jeszcze godzinkę ;-), wręcz przeciwnie, jestem bardzo szczęśliwy i czuję Boże błogosławieństwo.

Maszeruję ciągle przez teren pagórkowaty, z góry i pod górę, z góry i pod górę, przez lasy, a co kilkanaście czy kilkadziesiąt minut po prawej stronie widzę morze. To połączenie: morze, góry i lasy bardzo mi się podoba, prowokuje do głośnego śpiewu (kiedy nie widzę nikogo w okolicy), głównie na chwałę Pana, chociaż nieraz w momentach euforii, a te zdarzały się podczas drugiej części trasy, kiedy wiedziałem już, że raczej uda się „skonsumować“ dwa odcinki, śpiewy te zaczęły przypominać wczesnego Niemena i wtedy trudno już było ocenić, ile to miało wspólnego z chwaleniem Boga. Po 12 godzinach około 18.00 szczęśliwie docieram do albergue. Oczywiście nie mogło być ono na początku miejscowości, bo byłoby to zbyt prozaiczne. Mam nadzieję, że macie świadomość, co to znaczy, wiedzieć, że meta jest tuż, tuż, a potem okazuje się, że musisz iść jeszcze dobrą godzinkę. Co chwilę próbuję pytać napotkanych ludzi, gdzie jest to albergue, bo mam wrażenie, że musiałem je przeoczyć, ale ci niezmiennie uśmiechają się i pokazują, że trzeba iść dalej, dalej, jeszcze dalej! Uff!

Na szczęście okazuje się, że choć albergue niezbyt wielkie to jest jeszcze łóżko dla mnie ;-) Po prysznicu samotnie sprawuję Eucharystię w jakimś kąciku, a później jest czas na rozmowy. Poznaję dzisiaj masę nowych osób. Tak jest zawsze, kiedy decydujesz się na przeskoczenie jednego noclegu i doganiasz ludzi, którzy wyszli na szlak przed tobą. Jest tu również poznana wczoraj Anita, Polka, która traktuje Camino jako wycieczkę krajoznawczą: nocuje w albergue jak każdy pielgrzym, ale bardzo często po przejściu kilku kilometrów wsiada w autobus i podjeżdża na miejsce kolejnego noclegu. Mówi, że w ten sposób ma więcej czasu na zwiedzanie. Kiedy po dwunastu godzinach marszu spotykasz taką osobę w schronisku i wiesz, że właściwie przyjechała tu autobusem, to masz nieco mieszane uczucia (wczoraj miałem jeszcze bardziej mieszane, bo ona miała łóżko, a ja nie, natomiast dzisiaj nie ma tego problemu). Jestem więc raczej nieufny w stosunku do Anity, jakby to powiedzieć, na jej miejscu czułbym się chyba trochę… oszustem? Coś w tym stylu. Ale Anita dosiada się do mnie do stolika i proponuje, bym spożył z nią gorącą fasolkę, bo sama nie zje całej puszki. Moja rezerwa znika, a poziom akceptacji dla pół-pielgrzymów wzrasta. No cóż, w końcu to też dzieci Boże, a słońce wschodzi nad wszystkimi ;-)

Antonio z Wenezueli proponuje mi specyficzną kurację na bolącą łydkę: okład z plasterków surowego ziemniaka. Próbujemy, a jutro zobaczymy efekty. Kolejną osobą, którą poznaję w albergue jest Marylin, Amerykanka z Kalifornii, która od kilku miesięcy szuka sensu życia na Camino. Najpierw przez dwa tygodnie pomagała jako hospitallera w jednym z albergue, później przeszła Camino Frances do Santiago i dalej do Finisterre, by następnie rozpocząć drogę powrotną w kierunku Francji, tym razem szlakiem del Norte. Praktycznie idziemy w przeciwnych kierunkach. Dzięki temu mogła przekazać nam kilka świeżych informacji o tym, co czeka nas na trasie w najbliższych dniach. Na moje pytanie: czy jest katoliczką, odpowiada, że matka próbowała wychować ją w wierze katolickiej. Bezskutecznie. Dzisiaj jest osobą niewierzącą, choć ochrzczoną, a poza tym jak już przejdzie całe Camino do Irun wybiera się do Austrii i tam będzie uczyć w szkole… jogi! Rzeczywiście, kiedy już skończymy naszą konwersację i ja udam się na zewnątrz, aby dokończyć moich brewiarzowych dialogów z Panem Bogiem, Marylin, a to pani około sześćdziesiątki rozpocznie swoje różne wygibasy i to z całą pewnością ma coś wspólnego z jogą. Bardzo różne osoby spotyka się na szlaku, czasami jest to totalne pomieszanie z poplątaniem. Ale jest też okazja do świadectwa. Opowiadam więc Marylin, że jestem księdzem, a Camino jest dla mnie pielgrzymką i aktem wiary i bardzo mi zależy, aby dotrzeć na odpust do Santiago. Na to Marylin mówi, że spotkała na Camino Frances dwie amerykańskie zakonnice i bardzo je podziwia, bo szły w habitach. A potem jeszcze opowiada mi, że pewien ksiądz, w którymś albergue odprawiał Mszę Świętą, która była bardzo piękna i ona, choć niewierząca, uczestniczyła w niej. Zapytałem, co takiego szczególnego było w tej Mszy Świętej i usłyszałem, że po Ewangelii jeden z towarzyszących księdzu mężczyzn odczytał historyczne przesłanie Nelsona Mandeli i to było naprawdę piękne. A bez Mandeli nie byłaby piękna?

Pielgrzym

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!