TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 29 Lutego 2020, 01:09
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień XIV

Camino de Santiago - Dzień XIV 

Llanes - La Vega


Jest godzina 6.45 kiedy opuszczamy hotel, w którym noc była całkiem przyjemna, jeśli pominąć harce jakiejś szkolnej wycieczki mieszkającej nieopodal nas. Próbowałem ich nawet trochę postraszyć, ale szczerze mówiąc, wyśmiali mnie twierdząc, że mają pozwolenie na szaleństwa od swojego wychowawcy do 23.00. Przypomniałem też sobie moje szkolne wycieczki i... dałem im spokój. Ze zmęczenia i tak zasnąłem szybko. Rano musieliśmy czekać, aż ktoś nam otworzy furtkę, którą pewnie dla bezpieczeństwa na noc zamykano, a nikt się nie spodziewał, że jacyś klienci mogą wstawać tak wcześnie. 

Fantastycznie się dzisiaj idzie. Wzdłuż plaży, później górami, przez lasy, mijając małe wioski. Na trasie spotykam między innymi Włocha PierLuigiego z Bergamo. Opowiada, że rok temu przeszedł Camino Frances, które jego zdaniem było dużo ciekawsze pod względem architektury i w ogóle jako szlak kulturowy. Było tam też więcej miejsc noclegowych, więc w sumie szlak północny, który dodatkowo jest trudniejszy, nie zachwyca go zupełnie. Ta rozmowa pozwala mi po raz kolejny zastanowić się nad sensem mojego pielgrzymowania i tak mi się wydaje, że chyba nie mam jakiegoś szczególnego parcia na element architektoniczno-kulturowy, jestem bardziej nastawiony na pielgrzymowanie, wycieczkę duchową w głąb siebie i spotkanie z człowiekiem. No i oczywiście spotkanie ze św. Jakubem Apostołem, bo przecież sam jestem takim nowożytnym apostołem. I dlatego szlak północny bardzo mi pasuje, choć nie ukrywam, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, i choć jestem zaledwie w połowie mojej drogi, już mi się marzy Camino Frances ;-)

Rozzuchwaleni łatwością, z jaką pokonujemy kolejne kilometry, decydujemy nie zatrzymywać się na nocleg w pięknej, ale pełnej turystów Ribadesella, ale postanawiamy dorzucić jeszcze około pięciu kilometrów i dotrzeć do San Esteban. Oprócz naszej dobrej formy przemawiają za tym rozwiązaniem również dwa kolejne motywy: albergue w San Esteban jest trzy razy tańsze, a poza tym nadrobimy kilka kilometrów na dzień jutrzejszy, co jest o tyle ważne, że mamy się zatrzymać w malutkim albergue Sebrayo, gdzie będzie ciężko o łóżka, więc wiadomo, kto pierwszy ten lepszy. Dzwonimy jeszcze do Juana, ale on został z tyłu i chce zaczekać, aż się skończy sjesta i otworzą sklepy około 16.00. Kiedy pytamy go, po co mu sklepy, odpowiada, że postanowił sobie kupić takie spodenki z lycry, których używa się do biegania, bo one będą najlepszym lekarstwem na jego dolor de culo, który jak pamiętacie, prześladował go ostatnimi dniami. Troszkę się z niego podśmiewamy i ruszamy w trasę, po zakupach w supermarkecie.

Niestety, mijając po drodze grupę pielgrzymów na rowerach, tak się boimy, że nas wyprzedzą i zajmą wszystkie miejsca w San Esteban, że próbujemy trochę się z nimi ścigać i w konsekwencji na ostatnim rondzie w Ribadesella wybieramy zły kierunek. Mijamy gdzieś z boku San Esteban i po kilku godzinach dochodzimy do La Vega, która jest przepiękną plażą pełną amatorów surfingu, ale nie ma tam albergue dla pellegrinos. W jedynym dostępnym hoteliku żądają 50 Euro za dwójkę i absolutnie nie pozwalają, aby spać tam w trzy osoby. Trzeba wziąć kolejny pokój za 50 Euro. Dziewczyny się podłamują, zwłaszcza jedna (nie powiem która ;-) płacze z bezsilności, rzuca się na trawę koło plaży i nie ma zamiaru ruszyć się stamtąd. Wtedy ja biorę sprawy w swoje ręce. Choć niemiłosiernie boli mnie lewa łydka, wstaję i mówię:

- Czekajcie tutaj, a ja znajdę jakiś nocleg dla nas - i ruszam z powrotem w głąb wioski. Oczywiście nie mam zielonego pojęcia, co zrobić, ale w końcu jestem mężczyzną. Dochodzę do pierwszego domostwa i widzę panią na balkonie. Mówię, że szukam albergue, a ona odpowiada, że nie ma tu żadnego, o czym wiedziałem i wcześniej. Pytam więc, czy nie ma jakiegoś miejsca, gdzie trójka pielgrzymów mogłaby się przenocować.

- Ja mam dom, który wynajmuję dla turystów - mówi pani z uśmiechem.

Uszom własnym nie wierzę, a pani schodzi na dół, odbywa małą kłótnię, chyba z mężem, który najwyraźniej boczy się, że ona chce mi wynająć dom, ale pani gasi go gniewnym wzrokiem i prowadzi mnie kilkadziesiąt metrów dalej. Nie uwierzycie, ale mamy do dyspozycji dwupiętrową willę z kuchnią, dwoma łazienkami i trzema sypialniami!

Pertraktacje są krótkie: 50 Euro za cały dom i śniadanie wliczone w cenę. 

Wracam po dziewczyny prawie biegiem, taki jestem z siebie dumny ;-)

- Wstawajcie - mówię - wynająłem dla nas dom.

- Akurat! - dziewczyny ani myślą się ruszać. 

- Naprawdę! No już, idziemy - popędzam je. Z niedowierzaniem na twarzach powoli ruszają za mną, a kiedy widzą nasz nocleg na własne oczy rzucają mi się na szyję. 

- Jednak iść z księdzem na pielgrzymkę to ma swój sens - kwituje sytuację uszczęśliwiona Marta, i usłyszeć takie słowa od osoby niewierzącej naprawdę nie ma ceny.

- W końcu jestem mężczyzną - mruczę pod nosem. A jutro śpimy przynajmniej pól godziny dłużej. Wspomnę jeszcze, że Juan, który odpoczął sobie w Ribadesella czekając na otwarcie sklepu, w przeciwieństwie do nas bez problemu trafił do San Esteban i załapał się na łóżko. 

- A było się ze mnie śmiać? - mógłby nam powiedzieć i miałby rację ;-)

Pielgrzym

Na przedostatnim zdjęciu w galerii możecie zobaczyć "willę", w której spaliśmy, a która wygląda niczym... uśmiechnięta buzia. Na ostatnim zdjęciu klasyczny dla krajobrazu Asturii magazyn do przechowywania ziarna horreo, który niegdyś znajdował się przy niemal każdym domostwie

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!