TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 28 Lutego 2020, 02:54
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Camino de Santiago - Dzień I

Camino de Santiago - Dzień I

Irun - San Sebastian


Zawsze zależy mi na tym, aby mój tydzień niedzielą się zaczynał, a nie kończył. Dlatego sam fakt, że układ lotów pozwalał mi na rozpoczęcie pielgrzymowania w niedzielę bardzo mnie ucieszył. Oczywiście nie obyło się bez trudności i przeciwności, ale do tego trzeba się przyzwyczaić, bo jak przeczytałem „pielgrzymowanie do Santiago to nie droga przez trudności, to te trudności są drogą”. Kiedy więc na lotnisku w Birmingham w sobotę przyglądałem się ekranowi z wyświetlonymi odlatującymi samolotami, najpierw zauważyłem że wszystkie są punktualne prócz jednego, później, że ten opóźniony samolot to właśnie mój do Biarritz. Z tego tytułu docieram do Biarritz we Francji tuż przed północą i za 30 minut mam ostatni pociąg do granicy z Hiszpanią. Biegnę więc jak wariat z całym moim rynsztunkiem w kierunku dworca kolejowego, bez tchu wpadam na peron i wskakuję do odjeżdżającego pociągu nawet nie pytając dokąd jedzie. Na szczęście był to właściwy pociąg.
Dwa spostrzeżenia: nikt nie sprawdził biletu, którego nie miałem i w ten sposób moje pielgrzymowanie, chcąc nie chcąc, rozpoczyna się od jazdy „na gapę”. Drugie spostrzeżenie dotyczy mojego plecaka, choć bardzo się starałem, aby był jak najlżejszy, to podczas sprintu na dworzec zdałem sobie sprawę, że lekki to on wcale nie jest... Od granicznego Handaye we Francji do Irun w Hiszpanii jest zaledwie kilkaset metrów, które pokonuję pieszo, przechodząc przez Most Santiago około godziny 1.30 nad ranem. W Irun trwa jakaś wielka balanga i z przykrością widzę dziesiątki nastolatków pijących alkohol, bynajmniej nie piwo, prosto z butelek na okolicznych ławkach, przy ogłuszającym łomocie muzyki dochodzącym z pobliskiej areny. „Oto Hiszpania Zapatero” - przebiega mi przez głowę, ale szybko żałuję tej myśli. Przecież u nas w Polsce pewnie wcale nie wygląda to lepiej, więc jest po prostu łatwą złośliwością przypisywanie wszystkiego hiszpańskiemu przywódcy, tylko dlatego, że różnią nas poglądy. O tej porze oczywiście nie mam szans na nocleg w tanim albergue dla pielgrzymów, ponieważ nikt mi nie otworzy w środku nocy, a poza tym nie mam zielonego pojęcia gdzie ono się znajduje. Spędzam resztę nocy w podrzędnym hoteliku, który i tak kosztuje dużo więcej niż zapłaciłbym za albergue dla pielgrzymów. I wreszcie, w niedzielę rano, około 8.00 wychodzę na szlak. Chciałem wyjść wcześniej, ale taka diabelska myśl: „Pośpij sobie trochę dłużej, kto wie kiedy spędzisz kolejną noc w pościeli”, zatrzymała mnie w łóżku do 7.30.
Moim celem jest dzisiaj San Sebastian. Po kilkunastu minutach błądzenia trafiam wreszcie na mój pierwszy znak wskazujący drogę do Santiago i prawie się wzruszam... Choć muszę się Wam przyznać, że jestem pielgrzymem... nielegalnym, ponieważ idę bez credencjalu, czyli oficjalnego dokumentu, w którym zbiera się pieczątki na poszczególnych etapach i który uprawnia do zniżek w niektórych hotelach czy restauracjach. Jak się później okaże, nie dostanę go nawet w San Sebastian, ponieważ jest niedziela. Cóż, również jutro będę pielgrzymem „nielegalnym”. Ale wracając jeszcze do wrażeń z tego pierwszego dnia. Wybrałem się sam na Camino de Santiago, ale jestem pewien, że sam nigdy nie będę. Zabieram „ze sobą” całe mnóstwo osób, które kocham i już po tym pierwszym dniu widzę, że nigdy nie myślałem o nich tak wiele, jak to może mieć miejsce podczas samotnego wędrowania. Jest więc ze mną cała moja rodzina. Dzisiaj szczególnie łączę trudy mojej drogi z jedną z moich współpracownic, która pracuje na pół etatu, a zasługuje na cały, a w dodatku musi przejść poważną operację, być może właśnie dzisiaj, na otwartej głowie, a na takie problemy to przecież nikt nie zasługuje... I tak niosę ze sobą różne sprawy różnych osób, chwilami wręcz zawstydzony, że podczas gdy ja realizuję kolejne moje marzenie, inni muszą stawiać czoła zgoła innym i niewymarzonym sytuacjom. Ale wszyscy oni są ze mną. Oprócz ludzi, których mam w sercu, spotykam innych na trasie. Pierwszym pielgrzymem, z którym idę razem kilka kilometrów jest Hendrick z Wiednia, który pielgrzymuje z psem. Co jakiś czas jego pies próbuje zawrzeć „bliższą znajomość” z miejscowymi i musimy na to uważać. Uważamy tak bardzo, że aż gubimy szlak. Nie ma nic gorszego niż wracać się, zwłaszcza jeśli pokonało się jakieś wzniesienie, ale co zrobić? Wracamy do ostatniego oznakowania i korygujemy nasz azymut. Hendrick mówi mi, że ma 7 tygodni na dotarcie do Santiago. Ja mam cztery. Po rozmowie z Austriakiem jestem nieco zmartwiony. Kiedy po dotarciu do San Sebastian, znajduję nocleg wraz z innymi pielgrzymami w ośmioosobowej sali, pomimo zmęczenia nie zasypiam od razu. Myślę, czy nie porwałem się z motyką na księżyc. Jeszcze nigdy nie wędrowałem więcej niż tydzień i nigdy „z całym dobytkiem”. Mam 28 dni na pokonanie trasy, która w przewodnikach jest rozpisana na 32 dni. I chociaż po pierwszym etapie czuję się bardzo dobrze, to jednak zasypiam z pytaniem „Czy mi się uda?”

Tekst i foto Pielgrzym

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!