TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Listopada 2019, 14:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Boże rozdroża

Boże rozdroża

Pielgrzymki, procesje, samotnie, kościoły, bazyliki, sanktuaria, katedry… setki miejsc i sposobów na odszukiwanie Boga. W gwarze i tłumie wierni wyczekują na to, by usłyszeć Jego głos. Przemierzają setki, nawet tysiące kilometrów, żeby znaleźć się w świętym miejscu, okrzykniętym jako miejsce cudu. Żyjemy wiarą, nadzieję nosimy w sercu i fascynują nas wszelkie namacalne ślady Boga.

W niedzielę zazwyczaj jestem na Mszy św. w kościele na osiedlu, na którym się wychowałam. Niedaleko kościoła znajduje się dom moich rodziców. Moja modlitwa jest szczera (bo staram się, by taka była) i z całego serca chcę znaleźć rozwiązania, które wprowadziłyby mnie na drogę bycia dobrym człowiekiem. Może za dużo sobie wyobrażałam… Sądziłam, że osiągnę poziomy uduchowienia tak dalekie, że będę tak życiowo mądra… Nic z tych rzeczy. Po tym, gdy najczęściej kontemplowałam na Chmielniku, postanowiłam wyruszyć dalej. Spakowałam torbę i wyruszyłam w poszukiwaniu odpowiedzi na moje najważniejsze pytania. Zaczęłam od polskich miast, katedr, bazylik i sanktuariów.
Po przejściu kilku świątyń, nadal Boski głos był niewyraźny. Zaczęłam tracić nadzieję, że znajdę swoją drogę. Chwyciłam w rękę różaniec, przygotowałam się do odmawiania Nowenny pompejańskiej i zrealizowałam postanowienie. Dopytałam nawet znajomą zakonnicę, czy w czasie jazdy samochodem odmawiany Różaniec się liczy. Powiedziała, że każda modlitwa się liczy. I takim oto sposobem, przy drobnej pomocy nagrań audio odmawianego Różańca, dotrwałam do końca nowenny. Powtarzana intencja wbiła się na stałe w myśli… aż dzień po zakończeniu odmawiania, zaczęłam mieć dziwne wrażenie. Na każdym kroku wypatrywałam spełnienia łaski. Zaczęło mi to przeszkadzać, bo powoli stawało się obsesją. I tak wyruszyłam do kolejnego miejsca kultu, by sprawdzić, czy może jednak Pan przemówi? Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Pozwoliłam, by życie toczyło się dalej. Zdałam się na własny rozum i sumienie. Co ma być, to będzie… Jak Bóg zechce, to da.
Zdawało mi się, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Modliłam się żarliwie, w różnych miejscach, na różańcu i własnymi słowami. Wiedziałam, że nic nie układa się na pstryknięcie palcami, ale ileż można czekać?... Błagałam o pomoc wielu świętych, nawet pewne zgromadzenie zakonnic odmawiało modlitwy w mojej sprawie. Aż pewnego dnia…
Wszystko stało się proste. Smutne dni stały się tylko wspomnieniem. Poczułam się tak szczęśliwa, że mogłabym dzielić się tym szczęściem z całym światem. Dziwne, ale po krótkim czasie odniosłam wrażenie, że jestem tak radosna od zawsze? Może i głupie, ale człowiek szczęśliwy jest niczym odurzony. Wie, po co żyje i to życie smakuje najlepiej. Prawdopodobnie jest też tak, że do dobrego można się bardzo szybko przyzwyczaić. Miesiąc, dwa i trzy… euforia nadal trwa. Modlitwy błagalne zamieniłam na dziękczynne i każdym oddechem okazuję wdzięczność. Pierwsze zachłyśnięcie się powoli minęło i odkryłam, że najpiękniejsze spełnione marzenie potrafi mieć swoją ciemną stronę. Toteż przyszło zwątpienie i kilka łez wylanych. Czy to naprawdę teraz jest to spełnienie mojej intencji? A co jeśli dopiero spotka mnie prawdziwe szczęście?
Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Obietnica pompejańska została spełniona i poza tym dostałam nauczkę. Czasem zrzucamy na Pana Boga całą odpowiedzialność za siebie. Dostaliśmy wolną wolę i sami możemy wiele osiągnąć, bez zrzucania całego ciężaru na Opatrzność. Marzenia wydają się nierealne? Zostaliśmy wyposażeni w tyle wspaniałych i cennych wartości, że osiągniecie może być prostsze niż może się wydawać.
I wtedy Bóg do mnie przemówił…
Moje doświadczenie życiowe, umiejętności i pragnienia wskazały na jeden konkretny cel. Nic na tym świecie nie jest bez wad, a ponadto punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedna wada może mi się wydawać bardziej przerażająca jednego dnia, a całkiem bez znaczenia innego. Mam swoje humory, jak każdy. Może na swojej drodze spotkałam ludzi, którym moja pomoc jest potrzebna?
Bóg wszędzie słyszał mnie tak samo. Na Wawelu, w bazylice i w kościele parafialnym na osiedlu też. Jeździłam za realizacją wyobrażeń i oczekiwań. Zamiast nadstawiać uszu, powinnam była otworzyć serce. Nigdzie nie spotkałam więcej Boga niż w drugim człowieku… w jego miłości, trosce, szacunku i szczęściu. Boga mamy na wyciągnięcie ręki, a może nawet i bliżej…
Kochaj i szanuj drugą osobę, jak samego siebie. Z tą wskazówką daną dwa tysiące lat temu, przemierzam świat. I wiem już, że nie w pojedynkę. Tak naprawdę nigdy nie byłam sama. W czasie wyprawy na Maderę, wyruszyłam szlakiem na przylądku św. Wawrzyńca. Szłam raz w górę raz w dół. Ponta de Sao Lourenco było jednym z najbardziej wymagających miejsc całej wyspy. Raz spacerek za rękę i wesołe pogaduchy, a za chwilę ledwo łapałam oddech w trudnej wspinaczce, którą dodatkowo utrudniał żar lejący się z nieba. Po drodze napotkałam pozostawiony przez kogoś różaniec. Jego jasny kolor prawie zlał się z kamieniami. Wtedy zrozumiałam, że powinnam modlić się moim szczęściem, dzielić się nim i zarażać radością. Zachłanne zamykanie się na innych nie wyjdzie na dobre.
Pokochałam drugiego człowieka i spotkałam Boga. Nic nie jest w stanie zastąpić miłości. Wiele par, rodzin i przyjaciół podążało szlakiem Ponta de Sao Lourenco. Trzymali się za ręce, obejmowali, pomagali w drodze. Od najmłodszych dzieci i nastolatków, po małżeństwa, nawet te z długim, kilkudziesięcioletnim stażem. Pewna starsza para poprosiła o zrobienie zdjęcia na końcu szlaku. Popatrzyłam na tych ludzi i widziałam w nich szczere, płynące z serca uczucie. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy, że Bóg jest wszędzie.

Tekst Katarzyna Smolińska

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!