TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 16 Września 2021, 17:23
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Bezpłatne dobro

Bezpłatne dobro

W swoim słowie skierowanym do wiernych po modlitwie „Anioł Pański“ odprawionej jeszcze z okna rzymskiej kliniki Gemelli papież Franciszek podkreślił, jak wielkim dobrem jest powszechnie dostępna, dobrze funkcjonująca i bezpłatna opieka zdrowotna. Mocno zaznaczył również, że wszyscy musimy się zaangażować, żeby to dobro zachować.

Żyjąc we współczesnej Europie, w bogatym kraju Unii Europejskiej (znajdujemy się wśród 50 najbogatszych krajów świata) nie mamy do końca świadomości, jak rzadkim i przy tym kosztownym dobrem jest powszechna opieka zdrowotna. WHO szacuje, że około połowa ludności świata nie ma dostępu do podstawowych usług zdrowotnych. Niekoniecznie dotyczy to krajów najbiedniejszych. Nawet tak bogaty kraj, jak Stany Zjednoczone nie ma do dziś powszechnego bezpłatnego dostępu do ochrony zdrowia, mimo że branża zdrowotna kosztuje tam każdego obywatela średnio ponad 10 tysięcy dolarów rocznie. 

Z próżnego i Salomon nie naleje

Jednak to wykluczenie ekonomiczne jest jedną z częstszych przyczyn braku dostępu do opieki zdrowotnej. Sam Ojciec Święty wezwał w swoim niedawnym liście do Sekretarza Generalnego ONZ o „świat, w którym nikomu nie brakuje chleba, wody i lekarstw”. Tam gdzie za opiekę zdrowotną trzeba płacić z własnej kieszeni leczeni są głównie ci wystarczająco bogaci. Co nie oznacza, że chodzi o ludzi bogatych w ogólnym rozumieniu - przynajmniej 800 milionów ludzi na świecie wydawało w 2018 roku z własnej kieszeni więcej niż 10% dochodów gospodarstwa domowego na leczenie.

Jeden z najbiedniejszych krajów świata, Madagaskar przeznacza obecnie na ochronę zdrowia średnio 22 dolary w przeliczeniu na mieszkańca rocznie. Jeszcze w 2014 roku było to tylko 14 dolarów. Ten niewielki wzrost finansowania, wspomagany zresztą przez wspólnotę międzynarodową poprawił wskaźniki dostępności do opieki zdrowotnej kilkukrotnie, co nie dziwi w kraju, gdzie mieszkańcy żyją za sumę rzędu dwóch dolarów dziennie. Współczesna medycyna jest na tyle kosztowna, że bez międzynarodowej pomocy kraje biedne nie są w stanie jej u siebie skutecznie realizować. 

Ile nas to kosztuje?

Państwa w naszym regionie świata wydają na ochronę zdrowia średnio około 10% produktu krajowego brutto (Polska według metodologii stosowanej przez Eurostat wydaje nieco ponad 6%), z czego znaczna większość to wydatki publiczne, czyli pieniądze składane przez wszystkich obywateli, głównie zdrowych na rzecz leczenia tych, którzy aktualnie tego potrzebują. Około 20% wydatków na opiekę zdrowotną finansujemy jednak w Polsce z kieszeni własnej, wydając je na osobiste leczenie, co jest w UE wskaźnikiem raczej przeciętnym.

Wyrażając te liczby w procentach nie do końca uzyskuje się obraz, jak kosztownym dobrem jest opieka zdrowotna. W Polsce kosztuje ona każdego z obywateli około 1000 współczesnych dolarów amerykańskich rocznie, czyli wyraźnie mniej niż Czechów (ponad 1700 dolarów) i znacznie mniej niż Niemców (prawie 5500 dolarów). Nie trzeba chyba jednak nikomu uzmysławiać jak różni się dostępność i jakość opieki zdrowotnej w Niemczech oraz w Polsce. Jeszcze bardziej przykre wydaje się porównanie z Czechami, gdzie ochrona zdrowia także funkcjonuje lepiej niż u nas, a przecież startowaliśmy w latach 90’ ubiegłego wieku z porównywalnych poziomów. Polska służba zdrowia była wręcz jedną z lepszych w dawnych Krajach Demokracji Ludowej. 

Brak konsekwencji

Niestety zamiast pójść za przykładem np. Izraela, który reformę systemu opieki zdrowotnej rozpoczętą w latach 90’ prowadził konsekwentnie przez kolejne ponad 20 lat, Polska zmieniała plany reform wraz z każdą większą zmianą ekipy rządzącej. Cytowany Izrael mimo prawie równie licznych, jak u nas zmian rządów doprowadził skutecznie do systemu opieki zdrowotnej, który we wszystkich wskaźnikach jakości plasuje się w światowej czołówce, kosztując przy tym obywateli stosunkowo niedużo, bo ok. 7,5% PKB, co w przeliczeniu na głowę mieszkańca daje jakieś 3500 współczesnych amerykańskich dolarów rocznie. To oczywiście i tak dużo więcej niż my wydajemy obecnie, ale w porównaniu do innych światowych liderów wciąż stosunkowo niewiele. 

Służba zdrowia emerytów

Tymczasem stoimy już dziś przed bardzo konkretnymi problemami w szeroko rozumianej ochronie zdrowia. Ochronie, bo służby zdrowia w sensie formalnym nie mamy już od ponad 30 lat, choć zadania nadal wykonuje takie same. I nie chodzi tylko o braki organizacyjne, czy finansowe, ale o postępujący niedobór ludzi, którzy będą się nami opiekować i nas leczyć.

Przeciętna polska pielęgniarka ma 50 lub więcej lat - średnia wieku w tym zawodzie wynosi nieco ponad 53 lata i z roku na rok rośnie. Mimo, że kształcimy niemało młodych adeptek i adeptów tego pięknego zawodu, wiele z nich nie podejmuje pracy w publicznej opiece zdrowotnej, a zastępowalność pokoleń w zawodach pielęgniarki i położnej mocno kuleje. Z lekarzami jest nieco lepiej, ale głównie na papierze. W specjalnościach najbardziej potrzebnych źle w zasadzie jest już dziś. Brakuje pediatrów i nie ma chętnych na kształcenie w tej dziedzinie, brakuje również niezwykle potrzebnych internistów, a przeciętny polski chirurg ogólny ma 58 lat. Nie trzeba dodawać, że chętni do rozpoczęcia specjalizacji z chirurgii czy interny nie walą drzwiami i oknami. Także ci zza naszej wschodniej granicy. Już dziś polska opieka zdrowotna stoi, zatem emerytami, a oni przecież nie będą żyć wiecznie.

Konieczność zbiorowego wysiłku

Nie jest roztropnym wierzyć, że jeśli tylko znajdziemy dobrego ministra oraz zapewnimy mu jakieś fundusze sprawy zaczną się szybko i same układać po naszej myśli. Tak nie będzie, bo wszelkie służby publiczne wymagają do sprawnego funkcjonowania zbiorowego wysiłku społecznego nie tylko przy ich organizacji i utrzymaniu, ale również, a może przede wszystkim przy zapewnieniu kadr. Ludzi, którzy te zawody będą wykonywać trzeba jakoś do tego zachęcić, z chętnych wybrać odpowiednich, wyszkolić ich, a następnie podtrzymać w nich motywację do pracy.

W ramach tej motywacji nieodzowny jest społeczny szacunek dla zawodów pełniących służbę publiczną. Wiadomo, że przy brakach kadrowych, finansowych i organizacyjnych nietrudno o przykłady złej praktyki. Ale mało prawdopodobne, że od samej krytyki zajdą jakieś zmiany na lepsze. Prędzej wystraszymy w ten sposób paru kandydatów do któregoś z zawodów służebnych. Nieważne czy chodzi o strażaka, policjanta, czy ratownika medycznego, pielęgniarkę albo i lekarza - wszystko to są ludzie wykonujący trudne, obciążające fizycznie i psychicznie, a często zwyczajnie niebezpieczne profesje dla dobra społeczeństwa jako całości.

Same pieniądze nie wystarczą, żeby chcieli je wykonywać, bo to wciąż jest służba drugiemu człowiekowi, wymagająca solidnej motywacji wewnętrznej, duchowej. Istnieje jednak ryzyko, że przy obecnych warunkach pracy pielęgniarek, ratowników i tzw. innych zawodów medycznych z publicznej ochrony zdrowia uciekną wcześniej czy później także ci duchowo zmotywowani. Obojętnie, czy będzie to dla nich oznaczało zmianę kraju czy zawodu, skutek dla nas będzie jeden – brak realnego dostępu do powszechnej, bezpłatnej opieki zdrowotnej. Czas chyba najwyższy zacząć zbiorowo chronić to cenne dobro, póki jeszcze w ogóle je mamy.

Tekst dr. Jarosław

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!