A przeze mnie działa?
Mamy piękne karty historii, o których nieraz inni pamiętają lepiej od nas. Może dlatego nie wyciągamy wniosków albo zatrzymujemy się tylko na tych krzykliwych.
Bardzo lubię kard. Roberta Saraha i żałuję, że jeszcze nigdy nie udało mi się uczestniczyć w spotkaniu z nim, a przecież w Polsce bywa, ostatnio choćby na gdańskim festiwalu „Prosta droga do Boga”. Właśnie tam w homilii na uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny skierował do nas piękne słowa w nawiązaniu do „Cudu nad Wisłą”. „Nikt w tamtych dniach nie myślał, że modlitwa zwalnia z walki. Wiara chrześcijańska nigdy nie oznaczała biernego czekania, aż Bóg zrobi za nas to, o co nas prosi. Żołnierze walczyli, rodziny oddawały swoich synów, kapłani trwali przy mężczyznach wyruszających na front – a Polska się modliła.
Odmawiano Różaniec, a potem szło się bronić Warszawy; klękano przed Ikoną Jasnogórską, a potem wracano do okopów. To dokładnie to, czego Maryja uczy w Kanie. Ona nie mówi „nie róbcie nic”, mówi: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Zawierzenie Matce Bożej nigdy nie zwalniało narodu z jego własnej odpowiedzialności: dawało mu powód, by się nie poddawać, gdy strach podszeptywał ucieczkę. Zresztą Opatrzność nie konkuruje z ludzką inteligencją: Bóg może działać przez odwagę żołnierza, kunszt dowódcy, ofiarę kapłana, wierność matki i modlitwę całego narodu”.
Kardynał przestrzegł też, a właściwie przypomniał to, co tak często mówił nam nasz św. Jana Paweł II, że wolność nigdy nie jest zdobyta raz na zawsze. „Można stracić kraj pod nawałem obcej armii, ale można też stracić wewnętrznie to, o co walczyły poprzednie pokolenia. Naród może zachować swoje granice i zapomnieć o własnej duszy: i to być może najbardziej ciche ze wszystkich niebezpieczeństw”.
Bez względu na to, jak bardzo straszą nas obecnie ewentualną wojną zbrojną, widzimy że właśnie to ciche niebezpieczeństwo rozlewa się coraz szerzej. I przyczyny tego są różne, ale chyba jedną z nich jest to, że nie bardzo pozwalamy Bogu działać przez nas, za mało tej ofiary kapłana, wierności matki i modlitwy całego narodu. Za dużo cedowania. Zbyt często myślimy, że już nawet nie Bóg, ale po prostu ktoś inny, wychowa za nas dzieci, nauczy je ofiarności, miłości Ojczyzny, a przede wszystkim słuchania każdego Słowa, które pochodzi z ust Bożych. Wystarczy alert na telefon o burzy, upałach albo tragiczna wiadomość o śmierci pielgrzymów (niech Pan da im Niebo), aby wszystko poddać w wątpliwość, zawiesić, przełożyć, jakby to ciało było wieczne, a nie dusza.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!