Zobaczyć więcej niż widać

Zawsze byłem przekonany, że pójście na pielgrzymkę otwiera oczy na sprawy, których się na co dzień nie dostrzega, ale dzisiaj była kumulacja.
Parę minut po siódmej rano wyruszam na trasę siódmego – nomen omen – dnia mojego pielgrzymowania do Asyżu, no i mam „za swoje”. Tak się wczoraj mądrowałem, jak to ludzie siedzą we mgle zamiast wyjść wyżej na słoneczko, a dzisiaj sam muszę się przez tę mgłę przedzierać przez kilka porannych godzin. Ale nie narzekam, bo powoli wszystko się wyłania i pięknie wygląda, zwłaszcza że pierwsze kilometry idę wzdłuż rzeki. Jest chłodnawo, więc idę dość żwawo, bo w planie na dzisiaj ponad 30 km.
I to są te wodospady?
W programie nie ma miejsc związanych ze św. Franciszkiem, ale parę cudów natury i architektury jak najbardziej! Pierwszym z nich są największe w Italii, a może i nawet w całej Europie, wodospady zwane Cascate delle Marmore. Docieram tam kwadrans przed 9.00, więc obiekt jest zamknięty. Wiecie jak to teraz jest: ogrodzą teren i jeśli chcesz zobaczyć coś, co Pan Bóg stworzył i dał nam wszystkim całkowicie za darmo, musisz zapłacić za bilecik.
Ale wygląda na to, że mam szczęście, bo panowie pracujący w obsłudze spokojnie mi tłumaczą, jak i którędy przejść, żeby zobaczyć wodospad bez czekania aż otworzą i bez biletu. Ucieszyłem się jak małpa gwizdkiem, ale potem się okazało, że w sumie to był taki gwizdeczek.
Jakaś jedna niteczka wody (patrz zdjęcie) się sączyła... Wielkie mi co! Ale się później dokształciłem. I jednak ten mierzący 165 metrów wodospad nie został bezpośrednio przez Pana Boga stworzony, ale za pośrednictwem konsula rzymskiego Curio Dentato, który w 272 r. przed Chr., za pomocą kanału skierował nurt rzeki Velino na potężne urwisko, no i zrobił się wodospad. Jednak dzisiaj woda z kaskady jest wykorzystywana do produkcji energii elektrycznej, dlatego w określonych porach dnia spływ jest zmniejszony do minimum i taki minimalny mi się właśnie trafił.
No, ale nie mogłem czekać do godzin popołudniowych albo weekendu, więc się zadowoliłem nucąc pod nosem starą piosenkę „W te dni, gdy nie ma nic darmo...” (kto to śpiewał?) z postanowieniem, że trzeba będzie i tu wrócić. Takie stwierdzenie powtarza się jak refren przez całe moje pielgrzymowanie, ale cóż poradzić na to, że Italia jest piękna?
Arrone i jego dzwony
Około godziny 11.00 docieram do miejscowości Arrone (oczywiście na wysokiej górze), która jest zaliczana do 100 najpiękniejszych wiosek Italii, a jej początki sięgają II wieku przed Chr. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego i najazdach barbarzyńców wioska pozostała opuszczona aż do końca X wieku, kiedy to osiedliła się tu arystokratyczna rzymska rodzina Arrone, zbudowała zamek i dała podwaliny miasteczku, które wzięło od nich nazwę.
Mamy więc do dzisiaj ruiny zamku z niesamowitym widokiem, Kościół San Giovanni Battista (XIV-XV w.), którego absyda zawiera cenne freski szkoły umbryjskiej z XV wieku, Kościół Matki Bożej Wniebowziętej z pięknym cyklem fresków Vincenza Tamagniego i Giovanniego da Spoleto (1516 r.) i innymi artefaktami. Niestety, żadnego z wnętrz nie mogłem zobaczyć (zamknięte), ale już sam spacer po uliczkach i małych placykach Arrone sprawił, że cofnąłem się z wielką przyjemnością do średniowiecza.
Oczywiście na chwilę, bo trzeba było zjeść kawałek pizzy i ruszać dalej – nie jestem turystą, jestem pielgrzymem. A więc ostatni rzut oka na Wieżę Miejską, zwaną Wieżą Drzewa Oliwnego, ze względu na rosnące tam dzikie drzewko. Aha, udało mi się też usłyszeć dźwięki dzwonów (choć ich nie widziałem), a sztuka dzwonników z Arrone została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO.
Nie ma ich, a są
Jak tylko wyszedłem z Arrone próbowałem wygooglać jakiś nocleg w miejscowości Ceselli, która miała być moją dzisiejszą metą, niestety, bezskutecznie. W związku z tym postanowiłem nie ryzykować i kiedy w małej wiosce Macenano pojawił się drogowskaz: pokoje gościnne, bez zastanowienia się tam skierowałem. W ten sposób zamiast 31 km zrobiło się 26, a jutro zamiast 19 będą 24. Zależało mi żeby w Spoleto mieć więcej czasu na zwiedzanie, ale cóż poradzić? A dzisiaj (w nogach równe 160 km) jestem na miejscu już przed Godziną Miłosierdzia.
Całkiem sporo czwartku mi pozostało na odpoczynek, bo zwiedzać tu nie ma czego. A ponieważ to jedyny czwartek, dzień kapłański, objęty moim tegorocznym camino, więc modlitewne myśli biegną do przyjaciół księży, a nawet biskupów: na pierwszym miejscu do pewnego biskupa seniora, bez którego nigdy bym nie trafił na włoskie szlaki. Ba! Może nawet bym nie był księdzem... Biskupie Stanisławie! Jeszcze raz dzięki! I dar modlitwy. A potem do włoskiego „Cicerone” Zbyszka, potem Pawła, Włodków, wikariuszy obecnych i byłych... Niby ich tu nie ma ze mną, ale tak naprawdę są.
Ks. Andrzej Antoni Klimek
Zdjęcia: O poranku wędruję we mgle wzdłuż rzeki Velino,
Cascata delle Marmore, czyli najsłynniejszy wodospad w Italii, jak go zobaczyłem....,
.. a taki będzie popołudniu i w weekend, kiedy mnie tu nie będzie,
piękna natura i piękna pogoda,
Arrone ze swoją Wieżą Drzewa Oliwnego.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!