TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 07 Stycznia 2026, 23:08
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Zaufaj puść kochaj

Zaufaj puść kochaj

Choć sama nazywa się nieśmiałą introwertyczką, dziś Monika Górska uczy innych, jak opowiadać historie życia i wiary.

Kilka tygodni temu była Pani gościem w parafii św. Matki Teresy z Kalkuty w Kaliszu. Podczas spotkania autorskiego padły piękne słowa, że w zamyśle najlepszego scenarzysty świata, którym jest Bóg, każdy z nas jest piękny i dobry jak On. Jednak, jak Pani zdradziła, trudno jej było to piękno zobaczyć w sobie. Zwłaszcza, że w dzieciństwie nie szczędzono Pani niemiłych przezwisk. Wiele osób ma podobne przeżycia, które niestety niszczą poczucie własnej wartości. Kiedy w Pani życiu nastąpił przełom?

Monika Górska: Patrząc z perspektywy czasu, były dwa przełomy. Przeszłam długą drogę pracy nad sobą. Chciałam zrobić porządek ze swoim życiem, zaakceptować siebie i móc spojrzeć w lustro z myślą: jestem dobra taka, jaka jestem. Jeździłam na warsztaty rozwoju osobistego, czytałam mądre książki, słuchałam mądrych ludzi. Czasem się udawało. A potem przychodziły gorsze dni i wszystko się rozsypywało. To, co wypracowałam, obracało się w ruinę. Znowu widziałam, że w poczuciu wartości jestem bankrutem. Wszystko zmieniło się, gdy po raz pierwszy pojechałam do Ziemi Świętej, namówiona przez polarnika Marka Kamińskiego. Dotknęłam skały Golgoty i poczułam, jak moje „niedokochania”, poczucie odrzucenia i krzywdy, dźwigane jak kamienie w plecaku, spadają w dół. Na tej skale Pan Jezus uzdrowił mnie w kilka sekund. Zrozumiałam, że mogę nad sobą pracować, ale tylko Pan Bóg może uzdrowić do końca. To był moment, w którym najlepszy Ojciec zabrał mi gorycz i żal. Zaczęłam oddychać normalnie. Byłam wolna.

To był pierwszy krok, kiedy zaakceptowała Pani siebie, ale z tego co Pani mówiła, potrzebne jest jeszcze coś. Coś, co pozwoli spojrzeć na siebie inaczej. Wiele osób nie akceptuje siebie. Co to jest?

Tak. Nie wystarczy zaakceptować siebie. Trzeba jeszcze siebie pokochać. Wręcz zachwycić się sobą. Nie narcystycznie, tylko tak, jak patrzy na nas Bóg. On jest nami zachwycony! Jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. Takimi nas sobie wymarzył. A ja dostałam od Niego jeszcze jeden dar.

To było w Turcji, na plaży. Wyglądałam jak kiedyś w oczach kolegi, w którym się podkochiwałam: „Monika, ale z ciebie słoń”. W nowej spódniczce chciałam być królową podwórka. Zostałam podwórkowym słoniem. I teraz znowu: nad czerwonym bikini oponki, tłusta od kremu, włosy spięte w nieładzie… Daleka od kanonów piękna. Nawet moich. I właśnie tam, właśnie taka, spojrzałam na siebie oczami Boga. Na małym kamyku, znalezionym pod stopami nad brzegiem morza, odczytałam swoje nowe imię: Zachwycająca.

Zrozumiałam, że moim powołaniem jako chrześcijanki jest odkrywanie prawdziwego imienia. Tego, którym nazywa mnie Ojciec. Piękno to język Boga, który najlepiej rozumiem. W naturze czuję się jak w najpiękniejszej katedrze. I widzę piękno w ludziach. A tyle kobiet przypomina właścicielkę działki, pod którą biegnie żyła złota, tylko ona o tym nie wie. A ja widzę już sztabki. Przez kilkadziesiąt lat za żadne skarby nie powiedziałabym o sobie, że jestem zachwycająca. Dziś mogę. I to już z całą mocą! Bo jestem dzieckiem Króla. Jak my wszyscy. I każdego dnia mam szansę zachować to królewskie piękno. Jak? Kiedy idę za głosem miłości. Miłość to najbardziej skuteczny środek upiększający! (śmiech) Mogę być gruba, mogę nie mieścić się w ulubione spodnie, ale kiedy kocham Boga, ludzi i siebie, ta miłość jest widoczna. I wtedy jestem zachwycająca. Nie przez to, jaką się sobie wydaję, ale przez to, co Pan Bóg widzi we mnie.

Stwierdziła Pani w jednej z rozmów, że była kiedyś nieśmiałym introwertykiem. Jak to się ma do tego, co Pani teraz robi? Uczy Pani ludzi, jak opowiadać historie swojego życia, a co więcej sama opowiada je Pani i to na kartach książek. Książek, które są osobistym świadectwem.

Kluczem jest właśnie słowo „świadectwo”, którego Pani użyła. Już papież Paweł VI mówił, że „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli. A jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami”. Uczę sztuki opowiadania historii, czyli storytellingu. I widzę na setkach, jeśli nie tysiącach przykładów, jak wielka jest potęga opowieści. Od ponad stu tysięcy lat ludzie używają jej nie tylko do przekazywania informacji, ale też do budowania tożsamości i wspólnoty. Dzisiaj jest to szczególnie ważne, bo tak bardzo potrzeba autentyczności i prawdy. 

W opowieściach ważne jest to, by miały sens. Nie chodzi o wymyślanie bajek, tylko o dzielenie się kawałkami życia. Czasem bolesnego, nieoszlifowanego. I o tym, co Pan Bóg potrafi z tym zrobić. Jak to przemienia. Prowadzę warsztaty z homiletyki dla księży i spotkania dla wspólnot w całej Polsce jak dawać świadectwo. Wiele osób ma opór: nie wiedzą, jak opowiedzieć o tym, jak działa Pan Bóg, tak żeby inni chcieli słuchać. Ja im w tym pomagam. Bo świadectwo nie jest popisem. Jest mostem.

A wracając do pytania: nadal jestem nieśmiałą introwertyczką. Przez lata zarzekałam się, że nigdy nie wystąpię z prelekcją na żadnej konferencji. Choćby na TEDx. Aż przyszedł moment, kiedy pomyślałam, że skoro opowieść buduje relacje, to byłoby cudownie, gdyby ludzie mogli korzystać z tego na co dzień. Pomyślałam: dobrze. Mogę się poświęcić. Przezwyciężę lęk. Stanę przed ludźmi i dam im narzędzia. I wtedy Pan Bóg zrobił to, co lubi najbardziej: dopisał puentę.

Dokładnie trzy dni po tej decyzji dzwoni telefon. Nieznajomy, kobiecy głos w słuchawce: „Czy wystąpiłaby Pani na TEDx Poznań i opowiedziała, jak została dr Story?”. Potem były jeszcze TEDx w Ostrołęce i Tarnowie. No czy Pan Bóg nie ma poczucia humoru? Kiedy ja robię krok, On na oścież otwiera drzwi. Bo jednej rzeczy nie umie. Dawać mało! (śmiech).

W pracy zawodowej, jako reżyser, przez lata opowiadałam historie innych ludzi. Zrobiłam ponad 160 filmów dokumentalnych i reportaży, więc tych opowieści, czasem bardzo trudnych, nasłuchałam się mnóstwo. Ale swoich długo nie opowiadałam. Potem zaczęłam uczyć ludzi, jak mówić o własnym życiu. Aż wreszcie zrozumiałam, że przyszedł czas, by podzielić się także moimi historiami. I tak powstała Trylogia Zaufania. Najpierw pomagałam innym mówić. Potem musiałam sama zacząć.

Czy pisanie o osobistych doświadczeniach, zwłaszcza tych trudnych, było dla Pani wyzwaniem? Co pomogło otworzyć się przed innymi?

To historie, które mają dodać nadziei i sensu w świecie, który bywa przytłaczająco bezsensowny. W tych trzech tomach są nie tylko moje historie, ale też historie świętych. Tych uznanych przez Kościół i tych, o których świętości wie tylko Pan Bóg. Każda z nich niesie ważne przesłanie. I to jest klucz do świadectwa: nie dzielimy się anegdotami, ani nie opowiadamy, żeby opowiadać. Chcemy przekazać jedną ważną myśl. Jedną lekcję. Jedno odkrycie wiary. To ona prowadzi całą opowieść. Bez tej jednej myśli historia jest tylko wspomnieniem. Z nią, staje się mapą. I latarnią. Na przykład w opowieści o moim wypadku samochodowym: przez rok, na moim czwartym piętrze bez windy, byłam „uziemiona”. Jak Roszponka na baszcie. Najpierw w łóżku, potem na wózku, potem o kulach. W kilka sekund zawalił się cały mój świat. I musiałam nauczyć się życia od nowa. Ale nie opowiadam tego po to, żeby się użalać i epatować cierpieniem. Ta historia jest o wyborze. Miałam dwie drogi: wejść w rolę ofiary: „dlaczego Ty mi to zrobiłeś, Panie Boże?” i „dlaczego ja?”. Albo zobaczyć to jak ciasny korytarz z dwojgiem drzwi: „Porażka” i „Szansa”. Nawet jeśli nie da się zmienić faktów, zawsze mogę wybrać, jaką opowieść opowiem sobie w głowie: o porażce czy o trampolinie. Moja wolność zaczyna się od wyboru. Wierzę też, że dzielenie się osobistą historią, zwłaszcza historią porażki albo taką szczególnie trudną, wrażliwą, bywa rodzajem ofiary. Dla innych.
Po to, żeby mogli mieć się lepiej. Te książki otwierają ludziom furtkę w świadomości, dodają nadziei, rozgrzewają wiarę. Codziennie dostaję maile, że jedna historia, a czasem jedno zdanie, uruchomiło w kimś coś schowanego od lat. Słowo ma wagę. Mam wrażenie, że w tych książkach, zwłaszcza w finałowym tomie trylogii, każde zostało poddane próbie. Żeby nie było rzucane na wiatr. Mam świadomość swojej słabości i swoich grzechów. Piszę o tym. I tym bardziej jestem wdzięczna, że Pan Bóg zechciał posłużyć się tym popękanym naczyniem. Pisząc, nie miałam gotowego planu. Poddawałam się inspiracjom Ducha Świętego. Dużo się modliłam, żeby to było Jego dzieło, a nie moje. Bo jeśli to działa, to nie dlatego, że naczynie jest mocne. Tylko Czym jest wypełnione.

Mówimy o książkach, których tytułem są słowa: zaufaj, puść i kochaj. Skąd taki tytuł trylogii, co kryje się za tymi słowami?

W moich książkach powraca refren: „Sama bym sobie tego nie wymyśliła”. O trzeciej nad ranem, w karmelu w Nazarecie, po przejściu Szlaku Jezusa, obudziła mnie myśl, że mam napisać książkę. Poszłam za tym głosem, bo Panu Bogu się nie odmawia. To miała być książka „Zaufaj i puść”. Zobaczyłam, jak ważne jest zaufanie, że jesteśmy prowadzeni, i jednocześnie puszczenie potrzeby kontroli, zdanie się na Bożą opatrzność. Potem, na Jamnej, u stóp Matki Bożej Niezawodnej Nadziei, zrodził się kolejny tom: „Zaufaj”. Bo tak trudno ufać innym, Panu Bogu, kiedy wydaje się, że  czasem milczy. I sobie, zwłaszcza gdy tyle razy wybierałam źle. „Puść” nie oznacza bierności. Współpracuję z łaską, robię wszystko najlepiej, jak potrafię i zgodnie z Jego wolą, a potem odpuszczam efekt. Ufam Mu, więc On działa. Reszta już do mnie nie należy. Dopiero w trzecim tomie pojawiło się słowo „kochaj”. 

Myślałam, że te książki są o zaufaniu opatrzności, a odkryłam coś głębszego: zaufaj, że Cię kocham. Dilexi te, jak pisze, w swojej pierwszej adhortacji, papież Leon. Myślę, że to droga Kościoła dziś. Mówić ludziom: Jesteście kochani.

I ja, w moim przemęczonym, zabieganym życiu odkrywam, że Pan Bóg naprawdę mnie kocha. Czuję się bezpieczna. Nie muszę się bać. I to dopiero pozwala się otworzyć na miłość.  Taką, która nie szuka swego. A miłość, jak mówił o. Thomas Keating, to cnota. I można ją ćwiczyć. Jak mięśnie. 

Rozmawia Arleta Wencwel-Plata
Zdjęcie: Michał Elman

Monika Górska - pisarka, mentorka, trenerka storytellingu, reżyser i scenarzystka nagradzanych na świecie filmów dokumentalnych. Autorka trylogii „Zaufaj”, „Zaufaj i puść”, Zaufaj, puść i kochaj”. Więcej o Trylogii Zaufania dowiesz się na stronie: fabrykaopowiesci.pl/zaufaj

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!