TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 01 Października 2020, 03:24
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Wschód serca

Wschód serca

Zakopane przywitało nas piękną pogodą i wspaniałymi widokami. Tatry kusiły od samego początku. Najpierw widziane z okna autobusu, a potem podziwiane z okna pokoju na Krzeptówkach. Chociaż między jednym, a drugim było to pierwsze w życiu spojrzenie własnymi oczami na wielkie góry, kiedy stopy stoją pierwszy raz na zakopiańskim chodniku, a płuca wdychają górskie powietrze.

Tak widzi Zakopane człowiek, dla którego marzenie staje się rzeczywistością. Takie zauroczenie nie działa dobrze na orientację w terenie. Jeśli jednak ma się obok siebie trzy dzielne towarzyszki znające się na mapie, można bezkarnie podziwiać widoki i nie tylko. Można np. przebierać wśród toreb i torebek. Czas mija szybko i trzeba przewieźć siebie i swoje dodatkowe kilogramy pod wskazany adres. Ubrania przeznaczone na tygodniowy pobyt w górach naprawdę można liczyć w kilogramach. A wskazany adres? Na kilka dni ma stać się domem.
Wskazany adres rzeczywiście jest domem. Pięknym. Pachnącym drewnem. Z widokiem na Giewont. Wpuszczają nas bez zastrzeżeń. Zbędne kilogramy porzucamy w naszym pokoju i nad herbatą zaczynamy wzajemne zapoznawanie się. „Kto”, „skąd” i „co robi tam, skąd przyjechał”. Ekipa powoli się kompletuje. Czekanie na opiekunów przeciąga się. Wreszcie na sygnał, że przyjechał ks. Radek, wszystkie wynurzamy się na dziedziniec. Jest i s. Bogna. Nie wszystkie wiemy, co nas czeka. Ale świeci słońce, więc nie jest źle. No i rozwiewają się nasze wątpliwości. Opiekunowie planują chodzenie z nami po górach. Nie chcą nas zamknąć w czterech ścianach. Ufff. Jest dobrze.
Po Mszy św. i kolacji jesteśmy już wszystkie (całe osiem sztuk) w naszym pokoju z widokiem na Giewont. Każda wybiera sobie swój kąt. Mój jest rzeczywiście kątem, który zyskuje później bardzo wdzięczną nazwę. Nawiązują się pierwsze poważne rozmowy. Jakby na to nie spojrzeć, są to rekolekcje powołaniowe, a trzy z nas to już aspirantki. Rozmowy (również mniej poważne) będą trwały także przez kolejne dni, dzięki czemu noce będą dla nas coraz krótsze.
Dzień wita nas słonecznymi promieniami. Po Mszy św. i śniadaniu wyruszamy na pierwszy tatrzański szlak. Na razie jest to rozgrzewka i sprawdzenie stanu naszej kondycji. Okazuje się, że „dajemy radę”, więc pojawiają się myśli o Giewoncie. Ale rezygnujemy, by zobaczyć go o wschodzie słońca. Z tą myślą będziemy budziły się każdego dnia. W drodze powrotnej pogoda się załamuje. Wracamy w bardzo ulewnym deszczu, do marszu przygrywają nam grzmoty, a niebo rozświetlają błyskawice. Już nikt nie marzy, by być teraz na Giewoncie. Ale towarzyszy nam modlitwa za tych, którzy tam są.
Od tego momentu rytm każdego dnia wyznaczać będą modlitwy, posiłki, i wyglądanie, czy „się przejaśnia”. Naprawdę przejaśniło się dopiero ostatniego dnia, jakby na pożegnanie. Można stwierdzić, że do tego czasu zostałyśmy w pewien sposób uwięzione. Ale nie jest więzieniem miejsce, które jest domem. Może właśnie dlatego nie można było odnaleźć w sobie żalu, że nie zdobywa się najwyższych szczytów. Zamiast wspinać się po łańcuchach, zwiedzałyśmy doliny (być w Tatrach i chodzić dolinami – o, losie!). Ale była to wspaniała lekcja słuchania. Bo góry nie milczą! One cały czas dźwięczą, w każdym miejscu inaczej. Wystarczy stanąć i słuchać. Tego nie można byłoby doświadczyć trzymając się kurczowo kawałka skały. Góry także pachną niezwykle pięknie i na różne sposoby. Okazuje się, że można je podziwiać nie tylko zmysłem wzroku. Można je również poczuć przez przejmujące zimno strumienia i jego słodki smak. Można doświadczyć gór całym sobą, choć pozostaje się w dolinach, a do domu wraca się w bardzo mokrym stanie. To już jest wartościowa rekompensata. Ale na tym nie koniec. Brak ogromnego wysiłku fizycznego sprzyjał zachowaniom prospołecznym. I nie mam tu na myśli przeszkadzania ludziom z zewnątrz w ich egzystencji. Ograniczając się bowiem do nas samych i kilku sióstr towarzyszących, za pomocą prostej gry, uczyłyśmy się dialogu i wzajemnego słuchania. Przyznać należy, że z dość mizernym skutkiem. Ale próbowałyśmy. A praktyce oczywiście towarzyszyła teoria, o którą zatroszczył się ks. Radek. Były to podpowiedzi jak patrzeć, by widzieć i jak słuchać, by usłyszeć nie tylko siebie, ale przede wszystkim ten najważniejszy Głos. Wzorem takiego słuchania jest Nazaret, gdzie dwoje młodych ludzi dwa tysiące lat temu uczyło się tej ważnej umiejętności. Urzekające piękno tego miejsca ukazywali nam opiekunowie – ks. Radek przez słowa,
a s. Bogna przez samą obecność. To wszystko rekompensowało nam niezdobyte szczyty. Ale przecież było jeszcze to najważniejsze do zobaczenia – wschód słońca na Giewoncie. I czekałyśmy z całym młodzieńczym uporem. Tak czekałyśmy, że prawie przegapiłyśmy to, co zdarzyło się najpiękniejszego. Pewnej bardzo deszczowej i ciemnej nocy stanął przed nami Jezus. Tak po prostu. Ukryty w Najświętszym Sakramencie, patrzył nam głęboko w oczy. Bo stawaliśmy z Nim twarzą w twarz, bardzo blisko i w samotności. Ale czy ktoś może być naprawdę samotny, gdy ogarnia go spojrzenie Boga? I czy może być ciemna taka noc? „Z Tobą ciemność nie będzie ciemna, a noc tak jak dzień zajaśnieje”. To nie była noc. To był nasz wschód. Bo najpiękniejsze wschody dokonują się w nas i są to wschody serca.

Katarzyna Strzyż

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!