Wiara, która dawała nadzieję
Wiara chrześcijanina objawia się w postawie powierzenia i zawierzenia się Bogu. Wierzyć to niejednokrotnie mieć nadzieję wbrew nadziei. Ideologie obecne w historii minionego stulecia usiłowały ogołocić tę nadzieję z głębokiej, Bożej, wewnętrznej treści. Opierając się na przemocy i sile prowadziły człowieka donikąd.
Tajemnica kresu naszych dni na ziemi i relacja człowieka do Boga, będące nadzieja ostatecznej prawdy o przyszłości człowieka i świata, stawały się przedmiotem szczególnego otwarcia zarówno duchownych, jak i wierzących świeckich więźniów obozów koncentracyjnych. Przedzierając się przez ciemność codziennego bytu obozowego, rozeznając istniejącą sytuację czasami błądzili, jednak wciąż poszukiwali stałych punktów odniesienia jakim było oparcie się na Bożej pomocy.
Rozterki nie były obce ludziom głęboko wierzącym. Pisarka katolicka Zofia Kossak, powtarzała niejednokrotnie, że osoby te miały jednak wzorzec w osobie Jezusa Chrystusa. Mając Jego obraz przed oczyma można było wygrać walkę o duszę. Potwierdzeniem tego są słowa ks. Adam Kozłowieckiego, który pisał: „Jedno wiem, że wiara w Boga i w ostateczną Bożą sprawiedliwość odpowiada mi i krzepi mnie, nadaje sens mojej udręce, mojemu cierpieniu oraz broni mnie przed rozpaczą (...). Jak nigdy przedtem otwierają mi się teraz oczy na wiele rzeczy. W niedoli posiada człowiek dar głębszego przenikania rzeczywistości, zwłaszcza duchowej, o której czytamy w Ewangelii”.
Właśnie przez pryzmat wiary, a czasem dzięki pomocy otaczających ich ludzi świeckich, księża-więźniowie i zakonnicy zaczynali pełniej rozumieć sens i wartość swego cierpienia, a także obowiązek posługi „na tym dnie piekła”. Mówili do ludzi, ale także: i sobie samemu, że „Bóg jest w tobie, że zatem nie jesteś sam, że od Niego zależysz i chyba ci pozwoli, żebyś dla innych nie był trucizną, lecz pomocą, chociażbyś sam nie wytrzymał”.
Pozwoliło to po latach wspominać dzisiejszemu słudze Bożemu ks. Kazimierzowi Hamerszmitowi, że: „tworzyło się wzajemne umacnianie w tej ludzkiej biedzie, tworzyła się nadzwyczajna szkoła życia, która przygotowywała wielu z nas do dalszego ofiarnego życia”.
To wzajemne umacnianie się powodowało uspokojenie serc i wyciszanie umysłów. Nawet gdy budziła się chęć odwetu wobec hitlerowców, napomnienie braterskie skutkowało. Zachowało się wspomnienie o późniejszym ordynariuszu diecezji chełmińskiej ks. Bernardzie Czaplińskim, który w czasie, gdy samoloty alianckie bombardowały Monachium i w baraku odzywało się wiele radosnych okrzyków, powiedział: „Czy wyście zupełnie pogłupieli? Podziwiacie wspaniałe widowisko, huki salw (...), a tam giną niewinne dzieci. Tam za grzechy ojców, za zbrodnie ludobójstwa ojców - giną dzieci”. To napomnienie otrzeźwiło współbraci, którzy na późniejszych kaliskich spotkaniach u św. Józefa mówili, że nie potrafią zapomnieć zadawanego im cierpienia, ale nauczyli się wybaczyć oprawcom.
Obozowe okrucieństwo potrafiło wprawdzie u niektórych zagłuszać sumienie, ale zgoda na wszystko nie gwarantowała zachowania życia, lecz najczęściej prowadziła do zniewolenia kończącego się śmiercią. To niejednokrotnie powstrzymywało osoby o nie ukształtowanym kośćcu duchowym od niegodziwości, choć nie było to regułą.
Wielokrotnie by zachować uczciwość, wolność i niezależność trzeba było przemóc apatię i różne stany zniewolenia ducha, a przede wszystkim zaakceptować cierpienie, bowiem: „w obozie ciosy bywały mocne, straszne i dobrze wymierzone”. O potrzebie zrozumienia znaczenia cierpienia w życiu więźniów V. L. Frankl, psycholog z wykształcenia, więzień obozów w Auschwitz i Dachau, napisał, że: „z chwilą, gdy objawił się nam sens cierpienia, nie chcieliśmy już ani umniejszać, ani umilać męczarni obozowych, ignorując je lub karmiąc się złudzeniami (....). Do cierpienia nie tyle należało się przyzwyczaić, co je zaakceptować”.
Jednak w praktyce codzienności obozowej zaakceptowanie cierpienia, a także każde przeciwstawienie się okrucieństwu i prawom obozowym, wymagało wielkiej odwagi. Obrona wartości musiała w wielu wypadkach dokonywać się poprzez pracę nad własnym charakterem i walkę wewnętrzną bowiem: „złego złem nie odeprzesz. Zwalczając zło metodami zła przechodzisz do obozu wroga. Nienawiść jest złem. Nienawiść przeto nie tylko nie jest siłą, lecz słabością i dezercją”. Niewątpliwie wiara w Boga mogła temu dopomóc, jednak byli i tacy, którzy widząc okrucieństwo Niemców, tracili wiarę. Rozterki takie nie były obce także ludziom głęboko wierzącym, których wśród więźniów świeckich pochodzących z Polski była zdecydowana większość. Ks. Franciszek Korszyński, późniejszy biskup pomocniczy diecezji włocławskiej, na ten temat zanotował, że jest wśród nich: „znikoma garstka komunistów niewierzących i zupełnie nie praktykujących, znakomitą większość stanowili katolicy mniej lub więcej praktykujący”.
Dla niektórych więźniów pobyt w obozie był czasem prawdziwego „nawracania się” i umacniania więzi z Bogiem. Gustaw Morcinek, pisarz związany ze Śląskiem, aresztowany w pierwszych dniach okupacji niemieckiej i osadzony najpierw w Skrochowicach, później w Sachsenhausen i w końcu w Dachau, opisał duchowe rozterki więźniów mniej lub więcej praktykujących i próby poszukiwania przez nich Boga. Zanotował, że: „człowiek w obozie stawał się bezwiednie metafizykiem, poszukiwaczem Boga. Jął powoli, z wysiłkiem formułować swoje myśli (...), skupiać je i przemieniać jakoby w ciężki kamień, którym pragnie ciskać w sklepienie niebieskie. Jest więc Bóg, czy Go nie ma? (...). Tak się złożyło, że w naszym obozie było dużo księży (...). Wyszukiwano tych o najtęższych głowach i najbardziej ludzkich sercach. Nie chodziło w tym przypadku o mądrości nabyte z grubych ksiąg, lecz o tę mądrość serca, którą daje wiara i życie. Gdy takiego zdołano wyłowić, przypierano go dosłownie do ściany baraku, czy parkanu, i zmuszano, by tamten człowiek sam szukał owych poszukiwaczy Boga. A gdy jego uczniowie wydobyli od niego wszystko, szli do następnego. I zadawali mu to samo pytanie. A potem do trzeciego. Do czwartego nie było potrzeba już chodzić, bo przekonywali się, że wszyscy mówią to samo: „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”. „Ha, nie ma rady!” wzdychali ciężko. „Trzeba będzie więc miłować. Lecz jak to uczynić? Jak zdusić w sobie pragnienie zemsty? Pierona jasnego, jak to uczynić!” Nazajutrz zaczynała się dysputa od początku. I znów padały takie pojęcia, jak zemsta, pomsta, sprawiedliwość ludzka, sprawiedliwość Boska i znów wszyscy słuchali nienasycenie, i znów wszyscy kiwali głowami i zastanawiali się, głęboko patrzyli w swoje serca i znów z przykrym zdumieniem spostrzegali, że w tym sercu jeszcze tkwi pragnienie zemsty (…). Monachium płonęło jak olbrzymia żagiew (...). Obok mnie stał najgorliwszy poszukiwacz Boga (...). Widzisz, wskazał na łunę, teraz tamtych sięga już sprawiedliwość (...), a mnie ich teraz żal”.
Pomimo, że praktyki religijne w Dachau były surowo zakazane i nowo przybyłym więźniom, po odebraniu przedmiotów kultu: medalików, różańców, brewiarzy i książeczek do nabożeństwa, pozostawała tylko cicha modlitwa, księża nie ustawali w niesieniu pomocy duchowej współbraciom w kapłaństwie i świeckim więźniom. Modlitwa obecna była w ich obozowej codzienności, dawała wszystkim siłę w trudach życia i pozwalała choć na chwilę oderwać się od strachu i cierpienia. Czyniono to w tajemnicy, bo: „gdyby któryś z księży odważył się publicznie uczynić znak krzyża św., wówczas każdy blokowy, czy izbowy, miał prawo zbić go i skopać aż do utraty przytomności, lub życia, a ponadto miał obowiązek postawić go do karnego raportu, na skutek czego czekała kara słupka lub kozła”.
Duchowni uwięzieni w Dachau pochodzili z różnych zgromadzeń zakonnych i diecezji, ale wspólnie budowali „obozowy Kościół”, który prowadził więźniów do zbawienia. Z tego wynikała też postawa bł. ks. Stefana W. Frelichowskiego, który obóz traktował jak wielką parafię i - o czym wspomniano podczas Jego beatyfikacji - „dostosowywał w nim metody duszpasterskie do potrzeb każdego spotkanego człowieka. Miał świadomość Wielkiej Sprawy i z głęboką pokorą służył ludziom. Dzięki dobroci, łagodności i cierpliwości pozyskał wielu dla Chrystusa w tragicznych okolicznościach wojny i okupacji”. Dzięki księżom wielu więźniów umacniało się w wierze, inni powrócili do Boga, a ci umierający, zaopatrzeni Wiatykiem, odchodzili spokojnie.
tekst ks. Sławomir Kęszka
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!