Warto zrezygnować z narzekania
Wielki Post trwa w najlepsze. Zapewne w wielu domach pierwsze ambitne postanowienia zdążyły już zderzyć się z rzeczywistością. Miała być codzienna Droga krzyżowa, a jest pośpiech. Miało nie być słodyczy, a po ciężkim dniu ręka sama wędruje do szafki. Często sprowadzamy ten czas do „zakazów spożywczych”. I choć ćwiczenie woli jest ważne, to jako psycholog i ojciec obserwuję ciekawe zjawisko: czasem łatwiej jest nie zjeść czekolady, niż nie „zjeść” drugiego człowieka swoimi uwagami. Dlatego proponuję zmianę strategii. A gdyby tak oprócz diety, zafundować rodzinie detoks od narzekania?
Psychologia jest tu bezlitosna: chroniczne marudzenie i kręcenie się wokół negatywów potrafi nakręcać stres. Kiedy marudzimy („Znowu bałagan”, „Jaka okropna pogoda”, „Nikt mnie nie słucha”), łatwo wchodzimy w stan napięcia. Co gorsza, narzekanie bywa zaraźliwe: nasze emocje udzielają się domownikom, a dzieci szczególnie szybko „łapią” ton. W ten sposób, nawet przy postnym stole, możemy zatruć atmosferę w domu skuteczniej niż najgorszym jedzeniem. Papież Franciszek nazwał to kiedyś „twarzą w occie”. Chrześcijanin, który ciągle narzeka, staje się antyreklamą Ewangelii. Bo jak uwierzyć w Dobrą Nowinę, skoro jej głosiciel jest wiecznie niezadowolony?
Wielki Post to czas pustyni. Izraelici wędrując przez pustynię szemrali. Narzekali na Boga i Mojżesza. My robimy to samo w naszych domach: „Muszę zrobić pranie”, „Muszę was zawieźć do szkoły”, „Muszę iść do pracy”. Słowo „muszę” jest ciężkie, przytłaczające i rodzi frustrację.
Spróbujmy w te dni małe ćwiczenie językowe. Zamieńmy „muszę” na „mogę” lub „chcę”. Zamiast: „Muszę zrobić wam śniadanie”, pomyśl: „Mogę nakarmić moją rodzinę, bo mam za co i mam dla kogo”. Zamiast: „Muszę posprzątać te zabawki”, pomyśl: „Mamy w domu dzieci, które są zdrowe i mogą się bawić”. To nie jest tania psychologia sukcesu. To jest chrześcijańska postawa wdzięczności. Drugim elementem tego „postu relacyjnego” jest rezygnacja z krzyku. Wiemy, że przy dzieciach nieraz puszczają nerwy. Ale krzyk często jest sygnałem bezradności: „nie radzę sobie z moimi emocjami, więc wylewam je na ciebie”. Wielki Post to czas, by ćwiczyć cichość. Nie tę bierną, ale tę, która wymaga potężnej siły charakteru, by ugryźć się w język i powiedzieć coś spokojnie, zamiast wybuchnąć. To jest umartwienie, czasem trudniejsze niż chleb i woda.
Wyzwanie na drugą część Postu:
Do Wielkanocy zostało jeszcze trochę czasu. Zróbmy w domu „słoik dobrych słów”. Za każdym razem, gdy uda nam się powstrzymać od złośliwości, narzekania lub krzyku wrzucamy do słoika ziarnko fasoli, guzik albo kamyk. Umówmy się, że jeśli do Wielkanocy słoik będzie pełny, zrobimy sobie rodzinną nagrodę. Niech ten widoczny znak naszej walki o dobrą atmosferę w domu przypomina nam, że post służy temu, byśmy potrafili bardziej kochać. Bo ostatecznie - po co nam puste żołądki, jeśli nasze słowa „zjadają” radość naszych bliskich?
Grzegorz Zawada
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!