W środku Italii z Polakami
Cztery dni samotności pozwalają na nowo odkryć urok nocnych rozmów z rodakami.
Obiecałem wspomnieć o wczorajszej kolacji. Proszę bardzo. Otóż, w malowniczej miejscowości Poggio San Lorenzo, gdzie zabukowałem się w pięknym średniowiecznym apartamenciku przy murach obronnych (niestety nie dodzwoniłem się do księdza Polaka i nie wiedziałem, że jest tu schronisko dla pielgrzymów), nie ma żadnej czynnej restauracji, a przecież przy niedzieli przynajmniej jeden godny posiłek wypada spożyć, a obiad miałem taki sobie (przy drodze na rowie).
Kolacja z dowozem
Kiedy zrezygnowany zastanawiam się nad jakąś przekąską w barze, pani informuje mnie, że kilka kilometrów poniżej miasteczka jest restauracja, ale mi się wcale nie uśmiecha schodzić, a zwłaszcza później wracać po nocy pod górę, kolejnych kilka kilometrów.
– Zadzwonimy po Paolę i ona po ciebie podjedzie – mówi barmanka.
– No ale potem musiałbym wrócić na piechotę – kręcę głową.
– Nie, nie! Ona cię przywiezie z powrotem.
– Naprawdę? Ale głupio mi tak kogoś fatygować – waham się.
– To żaden problem, Paola zawsze tak robi, jak mamy tu w schronisku jakiegoś pielgrzyma – tłumaczy mi barmanka dotykając znowu bolącego punktu, że mogłem mieszkać za parę euro a musiałem wybulić 50.
– No dobrze, to proszę do niej zadzwonić – zgadzam się ochoczo, bo w brzuchu mi burczy.
Za pół godziny Paola rzeczywiście przyjechała i po kilku minutach jazdy (jechała jak wariat) byliśmy na miejscu. Paola poprzesadzała jakąś połowę gości w niewielkiej restauracji, aby znalazło się miejsce dla mnie, po czym przyniosła mi kartę dań. Postanowiłem zaszaleć. Deska serów i wędlin na przystawkę i carbonara jako danie główne.
– Deska mała czy duża? – pyta Paola.
– Duża – odpowiadam bez cienia wątpliwości.
– Wiesz co ksiądz? Jesteś pierwszym klientem, któremu tak mówię. Weź małą deskę! Nie pożałujesz.
– Skoro tak mówisz, to ok – odparłem nieco zdziwiony i pomyślałem, że jak będę jeszcze głodny to sobie najwyżej zamówię jakieś drugie danie. Jak się okazało mała deska była naprawdę wielka, a carbonary było tyle, że nie dałem rady zjeść wszystkiego.
– Jako pielgrzym musisz mieć dużo energii – powiedział uśmiechając się ojciec Paoli, który później po kolacji odwiózł mnie do Poggio San Lorenzo. I jeśli w ciągu dnia straciłem trochę wiary w ludzi, tak w tym momencie ją odzyskałem. Przynajmniej co do Włochów. Bo z Polakami, zwłaszcza księżmi, jeszcze miałem trochę chłodnej rezerwy.
Przy dźwiękach cytry i Kasi Kowalskiej
Wracamy na trasę mojego Camino, jest czwarty dzień, poniedziałek, 23 lutego i z Poggio wyruszam na szlak, który ma mnie zaprowadzić do Rieti. Ponieważ wczoraj, aby dojść do miasteczka, musiałem się nieźle nasapać, bo było ostro pod górę, byłem przekonany, że dzisiaj będzie od początku z górki. No cóż, myliłem się. Musiałem się nasapać również tego ranka. Ale potem było naprawdę cudownie. Trasa przebiegała w większości po utwardzonych drogach pośród natury i przy pięknej pogodzie, a do pokonania było zaledwie 22 kilometry. Nie zatrzymywałem się zbyt często po drodze, bo chciałem jak najszybciej dotrzeć do Rieti, miasta położonego w samym środku Italii, bo wreszcie miały się tam pojawić miejsca związane ze św. Franciszkiem, do którego pielgrzymuję, a poza tym w Rieti pracuje dwóch polskich księży, do których namiar dał mi mój kolega zwany Maksem, z którym razem byliśmy w seminarium poznańskim. I tym razem księża Jacek i Kazimierz reagują na moje próby nawiązania kontaktu i jesteśmy umówieni na wieczór, Więc nie trzeba się martwić o nocleg.
Ale najpierw św. Franciszek. Źródła potwierdzają jego wielokrotną obecność w Rieti, ponieważ tutaj znajduje się Pałac Papieski i w kluczowym momencie rozwoju swojego zakonu, począwszy od 1219 r., Franciszek przybywał tu, aby u otoczenia papieża Honoriusza III zabiegać o aprobatę reguły zakonnej. Obok pałacu, przy którym znajduje się też katedra, według lokalnej tradycji Franciszek miał również bywać w oratorium Szpitala Santa Croce, na miejscu którego już w 1245 roku rozpoczęto budowę okazałego Kościoła św. Franciszka. Miasto było miejscem licznych wydarzeń i cudów, które świadczą o głębokiej miłości świętego Franciszka do sztuki i wszystkich stworzeń. Ciekawy był zwłaszcza cud cytry, który miał miejsce w Pałacu Papieskim: św. Franciszek bardzo cierpiał i nie mógł spać z powodu choroby oczu i wówczas przez godzinę dało się słyszeć przepiękną, niebiańską wręcz muzykę graną na cytrze, chociaż w okolicy nie było żadnego muzykanta. Bóg dał mu wytchnienie właśnie w ten cudowny sposób, poprzez cud cytry, który wiele nam mówi również o duchowości muzyki.
Katedrę mieli otworzyć o 16.00, ale czekałem pół godziny i się nie doczekałem (może jutro rano?), natomiast Kościół św. Franciszka jest w remoncie. Ale i tak było wspaniale powłóczyć się po Rieti, odwiedziłem inne kościoły, w tym św. Augustyna, a na placu przed Pałacem Papieskim jest piękny pomnik Franciszka z inkrustowanymi w posadzce jego słynnymi słowami: „Zacznij od tego co konieczne, potem zrób to co możliwe, a na koniec odkryjesz, że dokonałeś niemożliwego”. Z pewnymi perypetiami dotarłem do Kościoła św. Jana Bosko, gdzie pracują polscy księża, którzy zabrali mnie do siebie na kolację, nocleg i oczywiście wieczorne Polaków rozmowy – ależ mi ich brakowało! Dzień kończę z przekonaniem, że znowu – parafrazując piosenkę Kasi Kowalskiej – „wierzyć w nas, zaczynam wierzyć w nas”. Znaczy się w księży ;)
ks. Andrzej Antoni Klimek
Film z drogi | dzień 4
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!