TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 26 Czerwca 2019, 07:49
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

W ciszy i samotności

W ciszy i samotności

w ciszy i samotnosci

Są tylko takie dwa w Polsce. Jeden z nich położony niedaleko Konina na Sowiej Górze w Bieniszewie, to kamedulska pustelnia Pięciu Braci Męczenników. Jego mieszkańcy z Kongregacji Eremitów Kamedułów Góry Koronnej żyją według jednej z najsurowszych reguł zakonnych. Zachowują milczenie i rozmawiają niezwykle rzadko. Chyba, że z Bogiem, bo ich życie to ora et labora, czyli modlitwa i praca.

Kiedy ktoś pierwszy raz dowiaduje się o eremie w Bieniszewie najczęściej pojawia się zaskoczenie, zdziwienie i ciekawość. Życie pustelnika w XXI wieku w Polsce wydaje się właściwie niemożliwe. Kto jeszcze teraz widzi sens życia pustelniczego i decyduje się na nie. Na co dzień otacza nas przecież tylu ludzi i wiele spraw. Mamy radio, telewizję, telefony komórkowe i internet. Są jednak polscy pustelnicy żyjący z dala od zgiełku tego świata. Żyją z dala, ale nie uciekają od niego. Chcą być blisko Boga. Do nich, do Bieniszewa, a właściwie na Sowią Górę prowadzi droga przez las dawnej bieniszewskiej puszczy.

 

Chór mnichów z brodami

Miejsce wybudowania klasztoru mnichów w białych szatach wskazała Matka Boża, kiedy objawiła się w konarach drzew siedemnastoletniej Zosi z Bochlewa. Dziewczynie ukazał się nagle chór zakonników z długimi brodami, śpiewających pieśni w nieznanej świątyni. Na prośbę Pani, Zosia miała opowiedzieć o wszystkim, co widziała. Zdarzenie uznano za wolę Maryi, by na Sowiej Górze w puszczy stanął klasztor kamedułów. Podaje się, że w miejscu gdzie dziś jest klasztor, w 1003 roku miało zginąć pięciu uczniów św. Romualda, trzech Polaków i dwóch Włochów, pierwszych kamedułów na ziemiach polskich.

Tak jak zapowiedziała Maryja na Sowiej Górze w 1663 roku powstała pustelnia kamedułów, którzy według mieszkańców Kazimierza są następcami Pięciu Braci Męczenników. Na dodatek pierwszych ojców kamedułów, którzy trafili do Bieniszewa też było pięciu. Na początek zbudowano drewniany kościół, budynki gospodarcze, spichlerze, a przede wszystkim powstało osiem eremów - domków-cel. W 1672 r. sprowadzono obraz Matki Boskiej Pocieszenia. Niestety w czasie zaborów władze rosyjskie dokonały kasacji klasztoru. Kameduli powrócili do Bieniszewa dopiero w 1937 roku. Od razu przystąpili do remontu eremu. Kiedy nadszedł czas II wojny światowej Niemcy wywieźli „starszych” ojców. Zginęli w obozach, tylko jeden z nich przeżył. Pozostałych mnichów hitlerowcy wypędzili, a klasztor przeznaczyli na szkołę Hitlerjugend. Po wojnie na powracających kamedułów czekał zrujnowany erem. Ponownie podjęli trud jego odbudowy ze zniszczeń.

 

Ciągła modlitwa

Ojcowie w Bieniszewie wiedzą - „by być kamedułą trzeba mieć powołanie do życia pustelniczego, kontemplacyjnego, życia w samotności, życia dla Boga”. Mówią o swoim zakonie, że „jest jak Chrystus modlący się w samotności na górze”. Na zewnątrz kamedułę można rozpoznać po długiej brodzie i białym habicie, czyli tunice, szkaplerzu i pasku. Do tego jeszcze płaszcz chórowy. Ale przede wszystkim można go rozpoznać po tym, że łączy życie wspólnotowe z pustelniczym. Prowadzi życie wewnątrz eremu, i co niektórych z nas na pewno zaskakuje, nie wychodzi za jego mury. Tylko czasami ma wyjście na zewnątrz w celach rekreacyjnych czy wypoczynkowych. Wychodzi także załatwić niezbędne sprawy urzędowe i oczywiście do lekarza albo by kogoś odwiedzić, np. brata w szpitalu. Kameduli mieszkają w domkach-celach, zwanych eremami, gdzie samotnie modlą się i spożywają posiłki. Nie jedzą mięsa. Zachowują ścisłe posty. Posługują się tylko rzeczami niezbędnymi. Nie słuchają radia, ani nie oglądają telewizji. Kiedy patrzy się na nich widać, że wybierają skromne życie skupione na modlitwie i pracy. Po prostu i aż chcą zbliżyć się do Boga i wypraszać łaski dla ludzi. Żyją pojedynczo, ale łączą się we wspólnocie. Wspólnie uczestniczą we Mszy św. i modlą się siedem razy w ciągu dnia.

Poza modlitwą liturgiczną, co najmniej dwie godziny spędzają samotnie na Lectio Divina, czytaniu duchownym i medytacji w celi. Do tego co najmniej trzy godzinny dziennie poświęcają na pracę dla dobra wspólnoty. Z biegiem czasu u niektórych znika ten podział na modlitwę i pracę. Modląc się pracują, a pracując modlą się i w końcu życie kameduły staje się ciągłą modlitwą.

 

Znak dla świata

Mnichów budzi klasztorny dzwon, który potem w ciągu dnia wzywa ich na modlitwę, do pracy i na odpoczynek. Ich dzień rozpoczyna się jeszcze przed wschodem albo w blaskach wschodzącego słońca o godzinie 3.45, czyli wtedy kiedy większość z nas jeszcze śpi. Po piętnastu minutach wraz z odgłosem dzwonu słychać ich ciche kroki i milczenie. I już wspólnie modlą na chórze. Potem czytania duchowne, każdy w swojej w celi. O godzinie 5.45 dzwon zwołuje ich na wspólną recytację Psalmów i Mszę Świętą. A 7.00 w klasztornej kuchni czeka na nich śniadanie. Potem znowu wspólna modlitwa przeplata się z duchowym czytaniem w samotności, pracą i odpoczynkiem. Wieczorem dzwon ponownie rozbrzmiewa. Wzywa pustelników na chór na nieszpory, Litanię loretańską i „Anioł Pański”, potem jeszcze czytania duchowne, Kompleta, modlitwa za zmarłych, Różaniec św. Braci. Po nim modlą się w samotności w celi. Nadchodzi czas na spoczynek. Tak każdego dnia oprócz niedzieli. Wtedy kameduli nie pracują. Mówią, że to dzień większego milczenia, większego skupienia i większej samotności. W dniu świątecznym nie ma dyspens od obowiązku milczenia, za wyjątkiem dwóch, gdy wypada rekreacja.

Niedziela to jednak jedna z niewielu okazji dla nas, by wejść za mury eremu do kościoła. W przedpołudniowej Mszy św. mogą uczestniczyć także kobiety. Z mężczyznami jest inaczej, jeśli szukają ciszy i skupienia mogą wejść do pustelni również w inne dni. Klasztor otwarty jest też w wyjątkowy dzień dla pustelni, w odpust przypadający 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Erem czeka wtedy na każdego, kto chciałby się modlić z pustelnikami. Bo nikt nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie. „O to chodzi, żebyśmy byli znakiem. Byśmy nieśli sobą nie tyle przez słowa, ale przez swoje bycie, posłanie dla tych, którzy nas otaczają. Chodzi o to, aby do nas przychodzono. Chodzi o to, byśmy i my czasami wychodzili i dawali świadectwo” – wyjaśniają pustelnicy.

Renata Jurowicz

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!