TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 20 Lipca 2026, 16:06
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

U franciszkanów w Krakowie

U franciszkanów w Krakowie

Kiedy Włosi pytali mnie, skąd jestem, odpowiadałem że ani z Warszawy, ani z Krakowa. Bo tylko te miasta znali. Kij z Warszawą, ale z Krakowa chciałbym być.

Któż nie słyszał o słynnym weneckim kupcu Marco Polo (1254–1324), który uchodzi za odkrywcę uważanej wcześniej za terra incognita wschodniej Azji, ponieważ przebywał 16 lat w Chinach, a 6 lat podróżował w obie strony i uwiecznił to w dziele „Opisanie świata”? Każdy słyszał! A kto wie, że na 10 lat przed urodzeniem się Marco Polo, dwóch franciszkanów – legat papieski Włoch Carpini i tłumacz z Wrocławia Benedykt (przydomek Polak) stanęli przed obliczem wielkiego chana w Mongolii? Ba! Wzięli udział w intronizacji Gujuka, wnuka Chyngiz -chana! 

Brat Benedykt napisał później rozprawę De Itinere Fratrum Minorum ad Tartaros będącą owocem podróży do Azji. Było to przełomowe dzieło naukowe - pierwszy europejski traktat o kulturze i językach krajów Dalekiego Wschodu (wiele słów mongolskich z tłumaczeniem na łacinę), a także bezcenny opis krain leżących poza granicami znanego wówczas świata. Dzieło Benedykta historycy uznali za bardziej rzetelne niż „Opisanie świata” Marco Polo, a jednak prawie nikt o nim nie słyszał, widziałem na świecie restauracje Marco Polo i ani jednej Benedykta Polaka! 

Globtroter, pierwsza klaryska i jej brat

Zastanawiacie się, po co ja tu o nim piszę (choć przyznacie, że przeciekawa historia), wiec wyjaśniam: imię Benedykta Polaka po zakończeniu jego ekspedycji do Azji w 1247 r. pojawia się tylko jeszcze jeden, jedyny raz w jakimkolwiek dokumencie: było to w roku 1252, kiedy jako gwardian franciszkańskiego klasztoru w Krakowie zeznaje jako świadek cudu w procesie kanonizacyjnym biskupa Stanisława ze Szczepanowa. I w ten sposób ów gwardian globtroter i orientalista otwiera listę niesamowitych osób związanych z klasztorem i Bazyliką św. Franciszka w królewskim grodzie, który jest drugim na trasie naszego wakacyjnego cyklu. 

Tak to sobie wykoncypowałem, że nie będę opisywał historii bazyliki w Krakowie i dzieł sztuki w niej się znajdujących, ale moje spotkanie z tymi, których ducha można tu poczuć, a niekiedy i zobaczyć. Najpierw jednak początki tej historii, czyli spotkanie Krakowa z franciszkanami. Braciszkowie przybyli tu w 1237 r., za zgodą biskupa Wisława. Jednym z wielkich dobrodziejów był książę Bolesław Wstydliwy, którego początkowo pochowano w prezbiterium świątyni, a obecnie jego sarkofag znajduje się w kaplicy noszącej imię i zawierającej relikwie bł. Salomei, jego siostry, pierwszej polskiej klaryski (1211-1268). Pomyślcie tylko, co za wspaniałe rodzeństwo! Wracając do historii, w 1249 r. odbyła się w klasztorze kapituła prowincjalna i ten rok przyjmuje się jako datę konsekracji kościoła. Był to drugi po Wrocławiu klasztor franciszkański, a także jedyny klasztor na ziemiach polskich, który nieprzerwanie istnieje do naszych czasów, choć na przestrzeni wieków dotykało go wiele klęsk i nieszczęść, jak kradzieże, rabunki, a zwłaszcza pożary, które miały miejsce w r. 1462, 1476, 1655, czy najbardziej niszczycielski w r. 1850. Po każdej z tych klęsk franciszkanie zawsze dźwigali z ruin kościół i klasztor, dzięki temu możemy dzisiaj się nimi zachwycać.

Tańce w refektarzu i dramat w zakrystii

Zanim się rozejrzymy dookoła jeszcze dwa ciekawe fakty z przeszłości. Pierwszy dotyczy refektarza franciszkańskiego klasztoru, który w 1385 r. był miejscem spotkania formalnie poślubionych sobie Jadwigi z Wilhelmem Habsburgiem. Ich ślub miał miejsce 10 lat wcześniej kiedy Jadwiga miała… 4 lata, a Wilhelm 8… No i teraz w Krakowie Jadwiga już od roku była królem Polski i Wilhelm bardzo chciał hmmm… skonsumować małżeństwo! Spotykali się w tym refektarzu kilka razy, rozmawiali, tańczyli, jednak nie tylko franciszkanie, ale i magnaci dbali, aby na tym się skończyło. Rzeczywiście ostatecznie Jadwiga wyjdzie za Jagiełłę i wiemy co było dalej, ale kto by pomyślał, że i takie epizody ma na koncie to miejsce! 

A skoro już weszliśmy na chwilę w obyczajowo - sensacyjne wspomnienia, osiem dekad później, a konkretnie 16 lipca 1461 r.
Pewien szlachcic Andrzej Tęczyński, brat kasztelana krakowskiego Jana, szykował się do wyprawy pruskiej i oddał swoją zbroję do naprawy u płatnerza Klemensa. Przy zapłacie między stronami doszło do ostrej sprzeczki. Tęczyński dotkliwie pobił Klemensa, który stracił przytomność. Wieść o pobiciu rzemieślnika w mgnieniu oka obiegła Kraków, a wrogość części mieszczan wobec szlachty zrobiła resztę. W największym skrócie: wokół ratusza zaczęły się gromadzić uzbrojone grupy mieszczan wzywających do zemsty. Tęczyński zaczął uciekać, ostatecznie chroniąc się u franciszkanów, tam zazwyczaj chroniono się przed gniewem tłumu, ale tym razem się nie udało: rozwścieczony tłum rozbił drzwi, wtargnął do wnętrza i ostatecznie dopadł Tęczyńskiego w zakrystii, gdzie go zamordowano, a następnie dopuszczono się profanacji – zwłoki obdarto, głowę oskalpowano, a ciało wleczono kanałem ulicznym aż do ratusza. 

Tak pisał o tym Jan Długosz: „Pastwiono się nawet nad martwymi zwłokami. Wleczono je z kościoła aż do ratusza, przez kanał uliczny, oblepione szlamem. Wieloma sztyletami poranili go niemal wszędzie, brodę i włosy na głowie wypalili”. A Jan Matejko namalował obraz, na którym uwiecznił morderstwo w franciszkańskiej zakrystii i widać na nim zrozpaczonych braciszków (obraz znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie). 

Wyspiański i jego perypetie z braciszkami

Dość tej historycznej kroniki obyczajowo-kryminalnej, wracamy do naszych czasów i tego co widać, czym się tutaj oddycha. A oddycha się niewątpliwie Wyspiańskim, polskim Leonardem da Vinci (poeta, dramatopisarz, malarz, witrażysta, scenograf). Wyspiański wcześniej z Józefem Mehofferem przeniósł na ściany Kościoła Mariackiego polichromię zaprojektowaną przez Jana Matejkę, potem pracował przy rekonstrukcji witraży u dominikanów, ale dopiero w Bazylice św. Franciszka pracował samodzielnie i mógł w pełni pokazać kunszt. 

No, może nie w pełni, bo jednak braciszkowie wiele koncepcji odrzucili, a nawet po wykonaniu polichromii kwiatowych w prezbiterium nie pozwolili mu na kontynuację w nawie głównej (malował ją Tadeusz Popiel, próbując naśladować kwietne wzorce Wyspiańskiego). Na szczęście wrócił jeszcze raz do franciszkanów przy realizacji projektów witraży. Też nie było lekko, choćby z witrażem bł. Salomei: przełożony klasztoru chciał samą Salomeę, a artysta zaproponował projekt z trzema klaryskami (bł. Salomeą, bł. Kingą i bł. Jolantą). No i się nie dogadali. Przełożony poszedł „po bandzie” i zamówił projekt postaci bł. Salomei u innego artysty, Władysława Rossowskiego i ją umieścił pośród kwiatów zaprojektowanych przez Wyspiańskiego! Kilkanaście lat później, już po śmierci przełożonego klasztoru i Wyspiańskiego, nowy przełożony odkupił projekt bł. Salomei Wyspiańskiego od jego znajomych i zamienił kwaterę według projektu Rossowskiego na kwaterę według projektu Wyspiańskiego. Dopiero wtedy witraż stał się w całości projektem Wyspiańskiego. I takim go oglądamy. Mamy jeszcze witraż ze św. Franciszkiem, artysta planował też przedstawienie czterech żywiołów, z których ostatecznie zrealizował tylko ogień i wodę. To wszystko w prezbiterium. 

Z twarzą dziada, ale zachwycał nie byle kogo

Największe wrażenie robi jego witraż znajdujący się nad chórem kościelnym: „Bóg Ojciec - Stań się”. Do postaci Boga pozował artyście brat matki Adam Rogowski, popularny w Krakowie „dziad proszalny”, były uczestnik Powstania Styczniowego, który wrócił ze zsyłki na Syberię niespełna rozumu. Wyobraźcie sobie reakcję mieszczan, jak zobaczyli czyją twarz ma Bóg Ojciec! No ale przynajmniej tutaj ukazała się miłość Franciszka do najuboższych. A w tajemnicy dodam, że ten witraż budził zachwyt niejakiego… Karola Wojtyły, który przez wiele lat był sąsiadem na Franciszkańskiej 12. W czasie biskupiej posługi w Krakowie zazwyczaj żegnał stary rok i witał nowy Mszą św. odprawianą o północy w tej bazylice, w tutejszej Kaplicy Męki Pańskiej modlił się przy niezwykłych stacjach Drogi krzyżowej, które Mehoffer (mój ulubiony, nie tylko za św. Józefa w Krzeszowie, ale też ze względu na polichromie w Liskowie autorstwa jego uczniów) malował przez wiele lat, od 1933 do 1946 r.

Już jako papież w czasie IV pielgrzymki do Ojczyzny, 13 sierpnia 1991 r., na ołtarzu polowym przed Bazyliką Mariacką, odprawił uroczystą Mszę beatyfikacyjną Anieli Salawy, a później nawiedził tę bazylikę i modlił się przy jej grobie w Kaplicy Męki Pańskiej i przed wizerunkiem Matki Boskiej Smętnej Dobrodziejki Krakowa w Kaplicy Adoracji Najświętszego Sakramentu. Spotkał się z rodzinami dwóch współczesnych franciszkańskich męczenników
o. Michała Tomaszka i o. Zbigniewa Strzałkowskiego, którzy kilka dni wcześniej zginęli z rąk terrorystów ze Świetlistego Szlaku w Peru, a których relikwie też są tutaj, w Kaplicy Męki Pańskiej.

Inne duchy w powietrzu

A wspomniałem już, że św. Maksymilian Kolbe pełnił kapłańską posługę w tym miejscu w latach 1919-1922, tu rozpoczął działalność wydawniczą i mamy też jego ołtarz? A o bł. Rafale Chylińskim, patronie chorych i ubogich (1736-1738 w klasztorze krakowskim), a o św. Józefie Sebastianie Pelczarze, który mieszkał w tym klasztorze (1877-1884) i w bazylice codziennie odprawiał Mszę św. przed obrazem Matki Bolesnej oraz spowiadał? A o bł. Jakubie Strzemię? Ich obecnością to miejsce aż kipi…, a przecież to nie wszystko.

Kraków… Można nie lubić Sikorowskiego czy Turnaua, ale trudno się z nimi nie zgodzić, że nie chcą tu stolicy. Po co im? Przecież mają tu wszystko! Nawet w kluczu ubogiego Franciszka mają takie bogactwo! 

ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!