Trzy dłonie, trzy słowa 
Korea Północna to najbardziej zamknięty kraj świata, przestrzeń, w której pomimo pozorów stwarzanych przez komunistyczny reżim żadna religia nie ma prawa bytu.
Pjongjang będący jej stolicą, aż do wybuchu II wojny światowej stanowił centrum działalności misyjnej, nazywany był wręcz Jerozolimą Wschodu. Po wojnie przekształcił się w centrum kultu rodziny rządzącej, który obowiązywał wszystkich Koreańczyków z Północy. Od ponad siedmiu dekad nie ma dostępu do jakichkolwiek danych statystycznych dotyczących praw człowieka w tym kraju. O losach chrześcijan, którzy są represjonowani i zamykani w przerażających obozach „reedukacyjnych”, świat dowiaduje się jedynie od tych, którzy zdołali uciec z kraju. Na przykład od Hei Woo.
Krzyżyk na łańcuszku
Gdy Hea była małą dziewczynką wybuchła wojna koreańska. Jej rodzina mieszkała wówczas na terenach, które dziś położone są na pograniczu między Koreą Północną a Południową, czyli dokładnie na linii frontu. Ojciec Hei lekarz, został wcielony do armii zaraz po wybuchu konfliktu. Jego żona i dwie córki nigdy więcej go nie zobaczyły. Zginął na froncie. Z wioski, w której mieszkali, wkrótce wysiedlili wszystkich żołnierze północnokoreańscy. Matka Hei, którą nazwiemy So, jej siostra Rya i ona sama chciały przedrzeć się na południe kraju. Rodzice dziewczynki byli chrześcijanami, a Kim Ir Sen jeszcze w latach 40. jasno dał do zrozumienia, że jest przeciwnikiem chrześcijaństwa. Małżonkowie planowali przenieść się na południe przed wybuchem konfliktu, ale ponieważ z różnych powodów przekładali to na później, nie zdążyli. Po wysiedleniu z wioski So ciężko zachorowała. Nie miała siły na niebezpieczną podróż do Korei Południowej. Koniec końców dziewczynki razem z So dotarły w pobliże granicy z Chinami i tam pozostały.
Dorosła Hea pamiętała, że matka szeptała różne słowa w sekrecie. - To musiały być modlitwy – stwierdzała po latach. Nie sięgała pamięcią czasów, kiedy wiarę chrześcijańską można było w jej kraju bezpiecznie praktykować. Podróż do granicy zajęła im dwa miesiące. Przemieszczać mogły się tylko nocami, bo za dnia mogły paść ofiarą amerykańskich bomb. Pewnego dnia Hea zauważyła na szyi matki srebrny łańcuszek, a na nim maleńki krzyżyk. Natychmiast zapytała co to takiego, ale So nie zamierzała jej niczego tłumaczyć. Powiedziała tylko, że córce nie wolno nikomu o nim mówić i że ma zapomnieć, że kiedykolwiek go widziała. Dziewczynka dotrzymała tajemnicy, ale widoku krzyżyka nigdy nie zapomniała. Po chińskiej stronie granicy mieszkała babcia Hei, Mai. Ponieważ po zmroku wolno było przechodzić przez granicę indywidualnym osobom, babcia odwiedzała je regularnie. Któregoś dnia poprosiła, by wszystkie trzy wróciły z nią do jej domu. So nie chciała tłumacząc, że będzie czekać na męża i dopiero po jego powrocie przedostanie się do Chin. Więc babcia zabrała obie siostry. Dziewczynki zostały w Chinach przez kilka lat. W oparciu o uzgodnienia zawarte między Kim Ir Senem a Mao Zedongiem, przebywające w Chinach koreańskie dzieci mogły się uczyć. Hea i Rya wróciły do Korei jako przysłowiowe zindoktrynowane do cna koreańskie dzieci. Były całkowicie zafascynowane Kim Ir Senem.
Hea wspomina opowieści, które krążyły między jej sąsiadami. Według nich zakonspirowani chrześcijanie mieli wchodzić do koreańskich szpitali, zwabiać pacjentów do piwnic i odsysać im krew, którą później handlowali. Każda religia była zła, ale chrześcijaństwo przedstawiane było młodym jako najpotężniejszy wróg. Podkreślano, że każdy kto nawracał się na chrześcijaństwo, automatycznie stawał się niezdolny do czynów rewolucyjnych. Siostry traktowały Kim Ir Sena jak pełnoprawnego boga. Uważały nawet, że przywódca nie musi ani jeść, ani pić, ani spać. So próbowała czasami tłumaczyć córkom, że ich idol jest człowiekiem, jak one same, ale nie chciały słuchać.
Niebo troszczy się o nas
So pracowała w szpitalu jako akuszerka i według młodziutkiej Hei robiła tam dziwne rzeczy. Na przykład, by wesprzeć rodzące kobiety, mówiła, że niebo troszczy się o nie i ich dzieci. Dorosła i nawrócona Hea postrzega dziś swoją matkę jako ewangelizatorkę. Wiara So była jej tajemnicą i nigdy nie została odkryta. Córki rosły i wciąż przyłapywały matkę na tajemniczym szeptaniu.
W latach 50. i 60. społeczeństwo Korei Północnej podzielono na trzy klasy. Pierwsza nazwana była masą głównego rdzenia, która skupiała elitę narodu. Druga była masą zewnętrzną głównego rdzenia, a trzecia masą mieszaną, przy czym ta ostatnia koncentrowała wrogów dwóch pierwszych klas. Wszyscy należący do masy mieszanej mieli również chrześcijańskich przodków. Hea zakochała się w mężczyźnie z trzeciej klasy i wyszła za niego za mąż. Chen był żołnierzem walczącym w wojnie po stronie Południa. Jako jeniec wojenny trafił do niewoli w Korei Północnej i nie pozwolono mu wrócić do domu. Dwa lata spędził w obozie. Hea i Chen doczekali się dwóch córek. Kilka lat po ślubie Chen znów został osadzony w obozie. Hea nie dostawała od niego żadnych wiadomości. W latach 70. wyszła znów za mąż za Shina. Urodziła córkę i synka. W 1997 r., najstarsza córka zmarła w wyniku obrażeń po napadzie na sklepik, który prowadziła. Umierała w domu, ostatnie słowa jakie skierowała do bliskich to: Jeśli chcecie przeżyć, uciekajcie do Korei Południowej.
Wierzcie w Jezusa
Plan ucieczki był taki, że najpierw ucieka Chen. W pierwszej kolejności do Chin, a stamtąd do Korei Południowej. Reszta rodziny do niego dołączy, podążając tą samą drogą. Chenowi udaje się przedrzeć na chińskie ziemie. Odnajduje tam zakonspirowanych chrześcijan, którzy przyjmują go do siebie i mają pomóc w dalszej części ucieczki. Mężczyzna choć jest zdeklarowanym ateistą, pod wpływem obcowania z nowymi znajomymi dochodzi do wniosku, że musi pochodzić z rodziny chrześcijańskiej. Przypomina sobie jak mając 7 lat idzie odwiedzić dziadka. Tuż przed jego domem spotyka żołnierzy Kim Ir Sena, którzy opuszczają dom przodka. Wie, że ten widok nie wróży nic dobrego. W środku dziadek kona w kałuży krwi, ale powtarza: „Przebacz!”
Chen przez lata zastanawiał się, o co chodziło. Teraz już rozumie. Dziadek umierał i modlił się za swoich zabójców! Mąż Hei łapczywie zaczyna czytać Biblię. Nigdy jednak nie dociera do Korei Południowej. Ktoś orientuje się, że jest Koreańczykiem z Północy i denuncjuje go. Mężczyzna zostaje deportowany i trafia do obozu. Hea nie może go odwiedzić, ale dzieci tak. W czasie widzenia Chen prosi ich o długopis i we wnętrzu dłoni każdego z nich pisze po jednym wyrazie. Całość brzmi: „Wierzcie”/”w”/”Jezusa”. Sześć miesięcy później umiera. Mijają kolejne lata. Do Hei przychodzą mężczyźni, którzy byli z Chenem w obozie. Opowiadają jej, że mąż był dla nich bardzo dobry, opiekował się nimi i opowiadał o Ewangelii. Mówił, że nawrócił się w Chinach, odkrył Chrystusa i spędził wiele godzin modląc się, płacząc i prosząc o przebaczenie. Słuchając ich relacji Hea uświadomiła sobie, że Kim Ir Sen naprawdę nie jest bogiem. Zrozumiała, że całe życie budowała na kłamstwie. - Musiałam wyjechać – mówiła później jednemu z dziennikarzy. – Chciałam poznać prawdę.
Aleksandra Polewska-Wianecka
Koreańskie dzieci bawią się przed kościołem w Pjongjang, lata 30.
Misjonarz z Pjongjangu z Harleyem Davidsonem na tratwie
Spotkanie modlitewne w Pjongjang, lata 30.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!