To głową zdobywa się szczyty

Marek Kamiński powtarzał mu, że liczy się droga, a nie cel. W końcu sam doświadczył tego, że cel jest potrzebny, ale to droga zmienia człowieka.
W lipcu 2002 roku byłam po drugiej klasie liceum i prawdopodobnie spędzałam większość letnich dni na spotkaniach z przyjaciółmi, szwendaniu się po mieście i chodzeniu na koncerty. Dominowała w moim życiu beztroska. W tym samym czasie w innym miejscu Polski pewien młodszy ode mnie o kilka lat chłopak przeżył coś, co na zawsze zmieniło jego życie. Trzynastoletni Jasiek wraz z kolegą schronili się przed lipcowym deszczem w niezabezpieczonej budce z transformatorem. Nagle jego ciałem wstrząsnął prąd o napięciu 15 tysięcy woltów.
To, czy chłopak przeżyje, nie było wcale oczywiste. Lekarze czekali. Czekali przerażeni rodzice. Fakt, że prąd nie uszkodził narządów wewnętrznych Janka, był trudny do wytłumaczenia, bo porażone zostały prawa ręka i lewa noga – czyli przeciwległe kończyny. W szpitalu Jasiek spędził trzy miesiące. Wyszedł z niego bez prawego przedramienia i bez nogi uciętej poniżej kolana. Stracił też nadzieję i marzenia.
O takich wypadkach słyszymy co jakiś czas – od ludzi albo z mediów. Tragedie zdarzają się każdego dnia i dotykają osoby nam znane lub takie, o których nigdy nie usłyszymy. A wypadek Jaśka nie był pierwszą tragedią, jaka spotkała jego rodzinę. Cztery lata wcześniej, na jego oczach, w jeziorze utopił się jego młodszy brat. Stracili także dom w pożarze. Ogrom cierpienia, z którym trzeba było żyć. Janek był buntującym się nastolatkiem, nieraz wściekłym na cały świat, a najbardziej na ojca i mamę, przeżywającym poczucie winy, zadającym pytania o Boga, pełnym życia, z nie zawsze mądrymi pomysłami, marzącym o samodzielności. Lecz nagle stracił dwie kończyny i stał się zależny od innych. Dzięki niezwykłej, pełnej ufności i siły postawie swoich rodziców uczył się, że wszelkie trudności można pokonywać.
Moglibyśmy nigdy się o tej rodzinie nie dowiedzieć, tak jak nie wiemy o wielu innych przeżywających jakiś dramat. Dlaczego zatem piszę tutaj akurat o tej?
W piątek 24 lipca w raszkowskiej Bibliotece Publicznej odbyło się spotkanie w ramach Prologu festiwalu podróżniczego Odyseja Antonińska. Gościem spotkania był Jan Mela – ten, który dokładnie 24 lata wcześniej został porażony prądem, w wyniku czego stał się osobą niepełnosprawną fizycznie. Przynajmniej wszystko by na to wskazywało – nie miał przecież dwóch kończyn.
Wróciłam na początku tekstu do czasu swojej młodości, bo właśnie gdy ja uczyłam się do matury, cała Polska usłyszała o niepełnosprawnym piętnastolatku, który wraz z Markiem Kamińskim doszedł na Biegun Północny. Przez lata Jasiek Mela był dla mnie właśnie tym chłopcem, który osiągnął coś wielkiego pomimo, że wydawałoby się to niemożliwe. Podziwiałam Jaśka, ale do tej pory nie rozumiałam dobrze tego, co zrobił. Spotkanie w raszkowskiej bibliotece bardzo zmieniło moją perspektywę.
Janek przybył z przekazem, że „niemożliwe to tylko wymówka”, a jedyną prawdziwą niepełnosprawnością jest złe nastawienie. W ciągu kolejnych lat swojego życia udowadniał, że właśnie tak jest. Po dotarciu w kwietniu 2004 roku na Biegun Północny razem z ekipą Kamińskiego wybrali się na drugi kraniec kuli ziemskiej i swoje szesnaste urodziny Jasiek obchodził na Biegunie Południowym. W październiku 2008 roku wraz z ośmiorgiem innych niepełnosprawnych wszedł na Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki, 5895 m n.p.m. Tę wyprawę zorganizowała Fundacja Mimo Wszystko Anny Dymnej. Wiosną 2009 roku przebiegł na protezie Maraton Nowojorski; zrobił to w sześć i pół godziny. A potem wspiął się jeszcze na Elbrus, szczyt trudny i niebezpieczny. To była pierwsza wyprawa górska, w której brali udział niepełnosprawni, zorganizowana przez Fundację Poza Horyzonty założoną przez Jaśka. Jednym z uczestników był niewidomy Łukasz Żelechowski. Można by pomyśleć, że to jakieś dziwne – bo czy tak zachowują się niepełnosprawni?
Jasiek przekonuje, że to nie ręce czy nogi dochodzą na szczyt, tylko głowa. – Brak ręki i nogi to tylko powierzchowność, pewne okoliczności, z którymi przyszło mi żyć – mówi. Zwraca uwagę, że niepełnosprawności są różne. Za swoją uważa na przykład brak punktualności albo inne wady, które przeszkadzają mu w życiu bardziej niż jego fizyczność. Według niego większym problemem, niż brak którejś kończyny, jest brak celu, brak poczucia sensu. Wiedział o tym, zakładając swoją Fundację Poza Horyzonty, dlatego poza zbieraniem funduszy na protezy dla podopiecznych jego celem było wydobycie odpowiedzi na pytanie: „Co z tą protezą zrobię? Czy wykorzystam ją tak, aby żyć jak najpełniej będę mógł?”.
Janek dzięki swoim działaniom zaczął być zapraszany do brania udziału w rozmaitych przedsięwzięciach. Na przykład w 2014 roku wystąpił w „Tańcu z Gwiazdami”. Tańczył w parze z Magdaleną Soszyńską, zajęli wtedy piąte miejsce. Show-business jednak nie pociągał naszego bohatera. Za to w 2016 roku Mela został ambasadorem Światowych Dni Młodzieży, które wówczas odbywały się w Krakowie. Tym, co było cenne dla niego, była możliwość spotkania wielu ludzi i atmosfera festiwalowa, która temu sprzyjała. Zresztą spotkania z ludźmi, budowanie relacji są tym, co Jasiek uznaje za najistotniejsze. Ważnych dla siebie wzorców doszukuje się w ludziach, którzy go otaczają. Wśród osób, które ceni, wymienia na przykład nieżyjącego już podróżnika Aleksandra Dobę, wyróżniającego się niezwykłym podejściem do życia, czy też Annę Dymnę, która zainspirowała go do stworzenia własnej fundacji. Jego filozofia jest prosta: otaczaj się ludźmi, którzy – jeśli im coś nie pasuje na świecie – to zamiast się obrażać, zrobią, co mogą, aby ten kawałek świata zmienić na lepsze.
Z młodzieżą Jan spotyka się już od około 22 lat. Zauważa, że ludzie się nie zmieniają, ale zmienia się otoczenie i formy kontaktu. Niepokojące jest to, jak zmieniają się relacje międzyludzkie, jak młodzi ludzie boją się rozmawiać, bo łatwiej jest napisać, unikając błędów i emocji. Jego zdaniem dorośli nie dotrą do młodzieży, jeśli będą traktować ją bez empatii, oceniająco. Stawia na rozmowę z młodymi ludźmi, poświęcanie im czasu i budowanie zaufania, bo pod pewną skorupą, jaką młodzi się obudowują, jest dużo chęci do działania. Wystarczy zbudować im przestrzeń, aby mogli ją realizować.
Zapytałam Jaśka, co powiedziałby młodym ludziom, którzy chcieliby mieć swój Biegun. „Każdy ma swój Biegun, Everest, Kilimandżaro – jak zwał, tak zwał. Mamy różne cele i pragnienia i one wcale nie muszą być konkretne, geograficzne. Ważne jest to, żeby marzyć, żeby uwierzyć w to, że możemy żyć w pełni. Że często różne nasze obawy, lęki sprawiają, że się boimy: a co, jak się ośmieszę? Co, jak mi coś nie wyjdzie? A co, jak ktoś oceni moje życiowe wybory? Mnie życie nauczyło, żeby robić swoje mimo wszystko. Zawsze nas ktoś oceni, a im większe rzeczy robimy, tym więcej osób nas oceni. Trzeba sobie wyrobić twardą skórę, ale zawsze bardziej żałuje się tych rzeczy, których się nie zrobiło. Warto próbować. Nawet jeśli coś nam nie wyjdzie, to zawsze jest to jakieś doświadczenie. Nie przekonamy się nigdy, czy mamy jakiś talent, jeśli tych rzeczy nie spróbujemy. I otaczać się ludźmi, którzy podobnie myślą. Ja niczego w życiu nie osiągnąłem sam. Wszystko się udawało pracą zespołową”.
Małgorzata Młotek
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!