TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Sierpnia 2019, 12:53
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Święty Józef i pierwociny męki oraz zbawczego dzieła Jezusa

Święty Józef i pierwociny męki oraz zbawczego dzieła Jezusa

Dzisiejsze spotkanie ze św. Józefem ukazuje nam człowieka niesłychanie wrażliwego, bo zadanie nawet niewielkiego bólu, koniecznego przy obrzezaniu dziecka, napawa go smutkiem. A z drugiej strony widzimy jak wielką radością jest pełnienie woli Bożej w tak prozaicznych wydawałoby się sprawach jak wybór imienia. Chociaż miał też szczęście, bo nie musiał tego dyskutować z Małżonką...

Może rozpoczniemy od krótkiego przypomnienia. W kolejnych artykułach staramy się omówić nabożeństwo, które rozpamiętuje radości i boleści Świętego Józefa. Jak się okazuje, nabożeństwo to jest głęboko zakorzenione w Ewangelii, a Święty Józef przynajmniej dwa razy, poprzez objawienia, z których jedno zostało nawet oficjalnie uznane przez Kościół jako autentyczne, „upomniał się”, aby z niego korzystać. W poprzednich tekstach omówiliśmy najpierw historię tego nabożeństwa, a następnie rozważaliśmy najpierw smutek św. Józefa związany z faktem, że jego Małżonka znalazła się brzemienną i on myślał o oddaleniu jej, który później ustąpił miejsca radości wynikającej, że poczęte Dziecię jest z Ducha Świętego, a Józef ma się zaopiekować tak Dzieckiem, jak i Jego Matką. Dwa tygodnie temu przypomnieliśmy smutek, jaki ogarnął Cieślę z Nazaretu na widok nędznych warunków, w jakich miał się urodzić Jezus i wypełniającą go radość z powodu obecności aniołów, pasterzy i Mędrców składających hołd Dziecięciu. Dzisiaj kolej na trzecią parę: najpierw św. Józef cierpiał widząc krew Chrystusa podczas obrzędu obrzezania, a zdaniem niektórych mistyków chrześcijańskich to właśnie on sam miał dokonać obrzędu, a potem rozradował się, kiedy zgodnie z poleceniem anioła osobiście nadał Dziecięciu imię: Jezus.

Co mówi Pismo Święte?
Ewangeliczny opis jest bardzo lakoniczny: „Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki” (Łk 2, 21). I jeszcze bardziej lakoniczna wzmianka św. Mateusza: „Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus” (Mt 1, 24-25). Z tych słów możemy jedynie domyślać się, jak to wszystko wyglądało, ale z pewnością zostały zachowane przepisy prawa. Przypomnijmy jak to jest opisane w Starym Testamencie. „Bóg rzekł do Abrahama: „Ty zaś, a po tobie twoje potomstwo po wszystkie pokolenia, zachowujcie przymierze ze Mną. Przymierze, które będziecie zachowywali między Mną a wami, czyli twoim przyszłym potomstwem, polega na tym: wszyscy wasi mężczyźni mają być obrzezani; będziecie obrzezywać ciało napletka na znak przymierza waszego ze Mną. Z pokolenia na pokolenie każde wasze dziecko płci męskiej, gdy będzie miało osiem dni, ma być obrzezane (...). Przymierze moje, przymierze obrzezania, będzie przymierzem na zawsze. Nieobrzezany, czyli mężczyzna, któremu nie obrzezano ciała jego napletka, taki człowiek niechaj będzie usunięty ze społeczności twojej; zerwał on bowiem przymierze ze Mną” (Rdz 17, 9-14). Oczywiście Jezus jako dziecko żydowskie, jak opisuje brata Efraim w książce „Jezus Żyd praktykujący”, decyzją swoich rodziców został włączony w przymierze Abrahama. Zwykle wygląda to następująco: „Obrzezania dokonuje mohel; dziecko w trakcie ceremonii leży na kolanach sandaka, który pełni tu rolę podobną, jak przy chrzcie ojciec chrzestny. Niewidzialnym świadkiem obrzezania jest prorok Eliasz, dla którego przeznaczone jest miejsce obok sandaka na używanym przy tej ceremonii specjalnym, dwuosobowym fotelu. Eliasz nie opuszcza dziecka przez kolejne trzy dni po obrzezaniu, uważane za szczególnie niebezpieczne dla jego zdrowia. Słowo sandak wywodzi się z greckiego synteknos, co dosłownie znaczy „z dzieckiem” - sandak stanowi z nim niejako jedno”.
Obrzezania mógł dokonać również ojciec dziecka, a w naszym przypadku właśnie św. Józef. A nawet jeśli tego nie dokonał to z pewnością widział znak krwi, który był istotny przy zawarciu przymierza. Obrzezanie było też momentem, w którym nadawano dziecku imię. O ile dla Żydów nadanie imienia miało specjalne znaczenie, to - jak wiemy - imię Jezus, które oznacza Zbawiciela, zostało nadane już przez anioła. Takie było zrządzenie Bożej Opatrzności, że Syn Boży miał nas odkupić przez cierpienie i śmierć. I jak pisze ks. Francisco F. Carvajal, „trzeba było, ażeby nadanie imienia - które oznaczało misję, jaką miał wypełnić - wiązało się z początkiem cierpienia. Łącząc więc gest ze słowem, Józef zapoczątkował tajemnicę Odkupienia, powodując wylanie pierwszych kropli odkupieńczej krwi, która pełnię owoców przyniesie podczas bolesnej męki. To Dziecię, które płakało, otrzymując swe imię, rozpoczęło w tym momencie swoją misję Zbawiciela. Na widok tej pierwszej krwi św. Józef cierpiał, gdyż, znając Pismo Święte, wiedział, jakkolwiek w sposób ukryty, że pewnego dnia Ten, który jest jego synem, przeleje swą odkupieńczą krew aż do ostatniej kropli, aby do końca spełnić to, co oznaczało Jego imię. Napełnił się także radością, gdy wziął Go w ramiona, ponieważ mógł odtąd nazywać Go imieniem Jezus, które później tylekroć będzie powtarzał z szacunkiem i miłością. Zawsze będzie pamiętał, jaką tajemnicę kryje w sobie to imię”.

Krew nie dla maków
Mamy więc dzisiaj do rozważania dwa znaki: jeden bolesny związany z minimalnym, ale jednak, przelaniem krwi koniecznym przy obrzezaniu, i drugi radosny fakt nadania imienia dziecku. Znak krwi niemal bezwiednie prowadzi nasze myśli do tych wszystkich miejsc, gdzie jest przelewana krew niewinnych. W tym roku jeszcze nie zdążyły wybrzmieć dzwony zwiastujące światu Zmartwychwstanie, kiedy dotarła wiadomość o śmierci kolejnych chrześcijan zamordowanych w Sri Lance i setkach rannych. W roku ubiegłym na całym świecie zamordowano za wiarę ponad 4300 chrześcijan. Nikt, oprócz Boga, nie zna dokładnych statystyk, ile dzieci zostało zamordowanych pod sercem swoich matek. Żyjemy w czasach, kiedy nawet najstraszniejsza wiadomość, nie jest w stanie utrzymać się na pierwszych stronach gazet i w serwisach informacyjnych dłużej niż kilka dni, a co za tym idzie również w naszej świadomości. Bo zaraz wypierają je kolejne straszne informacje. Które robią, niestety, coraz mniejsze wrażenie. Oczywiście, kiedy przedwczesna czy tragiczna śmierć, cierpienie, rozlew krwi dotknie nas z bliska, naszej rodziny, czy nas osobiście wówczas jeszcze potrafimy ją odczuć, ale kiedy dotyczy to miejsc odległych i osób, których nie znamy, czasami nawet nie potrafimy zdobyć się na chwilę modlitwy, o innych aktach miłosierdzia nie wspominając. W tym kontekście od Józefa odczuwającego smutek na widok kropelki krwi, powinniśmy się uczyć większej empatii, wrażliwości na cierpienie. Powinniśmy bronić się przed wszechogarniającą znieczulicą, a także zdecydowanie przeciwstawiać się narracjom mającym na celu rewolucję semantyczną, która w miejsce pojęć oddających właściwy, nieraz okrutny czy wręcz bestialski sens działań, wprowadza eufemizmy łagodzące ich wydźwięk i społeczny opór przeciw tymże czynnościom: aborcja, kontrola urodzeń, odpowiedzialne rodzicielstwo, eutanazja, współczesne wartości europejskie itp. I jeszcze na koniec tego wątku: krwi nie da się wyprodukować. Żeby komuś dać krew, ktoś ją musi oddać. To też nam o czymś mówi.

Jak mu będzie na imię?
I jeszcze refleksja na temat nadawania imienia. Święty Józef rozradował się mogąc nadać dziecku, które wziął pod opiekę imię Jezus. Imię, które wybrał dla Niego sam Bóg i objawił je przez anioła. Imię, które oznaczało Zbawiciela. Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym, czyli szukającym we wszystkim woli Boga, musiał być szczęśliwy nadając takie właśnie imię Dziecięciu. Kilka dni temu oglądałem w telewizji nie najmądrzejszy film opowiadający historię amerykańskiego mężczyzny, któremu rodzice wybrali imię Mao. Tylko dzięki powszechnemu zidioceniu społeczeństwa, gdzie większość osób nie miało już pojęcia, kto nosił takie imię, ów mężczyzna nie musiał się tłumaczyć każdemu, skąd taka inspiracja u rodziców, ale pomyślałem wówczas, jak bezmyślni potrafią być ludzie nawet w tak ważnych sprawach jak wybór imienia. Czy choćby i dla siebie podczas sakramentu bierzmowania, przyznam się, że i mnie osobiście taka głupota dotknęła, choć ostatecznie wyszła mi na korzyść. Próbuję więc, nauczony własnym doświadczeniem tłumaczyć, niestety z bardzo słabym skutkiem. Ostatnio jedna z dziewczyn poinformowała mnie, jakie imię wybiera sobie na bierzmowanie, a kiedy zapytałem ją o świętą patronkę, odpowiedziała, że i owszem, jest taka, bo sprawdziła w Wikipedii. Najpierw jakieś modnie brzmiące imię, a potem szukanie ewentualnego Świętego do podpięcia. Imię jest ważne. Bardzo ważne. Ono „ma ciężar” nie tylko ewentualnego naigrawania się rówieśników, ale też ono nas określa, nie twierdzę, że nadaje nam tożsamość, ale mam takie swoje wewnętrzne przekonanie, że skoro Bóg zmieniał imiona tym, którym nadawał jakąś misję, a św. Maria Magdalena rozpoznała Jezusa Zmartwychwstałego, kiedy nazwał ją po imieniu, to imię ma wpływ na nasze życie. Pewnie też wiele zależy od nas, na ile się tym imieniem przejmiemy. Podobnie jak parafie czy kościoły mają swoich patronów, a potem jakby o tym zapominają wprowadzając wszystkie możliwe nabożeństwa i duchowości, a jednocześnie uparcie ignorując tę związaną z patronem. Nadanie imienia to bardzo ważny akt, który jak widzimy na przykładzie św. Józefa jest też aktem otwarcia się na wolę Bożą. A także wyborem duchowego opiekuna i „dobrym życzeniem” na całe życie dziecka. Właściwy wybór przynosi radość tym, którzy imię nadają, jak i temu, który je przyjmuje, choć może jako dziecko jeszcze tego nie potrafi odczuwać, ale będzie w przyszłości.

Tekst ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!