TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 15 Grudnia 2019, 21:49
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Służyć ojcostwu Boga

Służyć ojcostwu Boga

Ksiądz biskup Teofil Wilski w najbliższych dniach będzie świętował złoty jubileusz kapłaństwa i 15. rocznicę święceń biskupich. Na naszych łamach opowiada o początkach swojego powołania, wspomina lata nauki w seminarium, mówi o problemach zdrowotnych, swojej Drodze Neokatechumenalnej, kapłańskich wzorach i autorytetach oraz o zaufaniu Bogu.

Księże Biskupie, nikt się nie rodzi z buławą marszałkowską, a tym bardziej z mitrą biskupią na głowie, chciałbym więc zapytać, czy jako dziecko miał Ksiądz Biskup inne plany na życie?
Ks. bp Teofil Wilski: Nie przypominam sobie, żeby były jakieś inne plany. Pochodzę z wioski. W liceum zostałem ministrantem i zacząłem czytać różne książki z biblioteki księdza prefekta i tak zaczęło się rodzić powołanie. I w tym nurcie już pozostałem wstępując później do seminarium.

Jak wyglądała droga kapłańska, wiemy, że Ks. Biskup był wyświęcony 50 lat temu i co było dalej?
Byłem 2 lata wikariuszem w parafii Kcynia, to jest miejscowość kolo Nakła. Po 2 latach wikariatu zostałem skierowany na KUL, gdzie studiowałem teologię dogmatyczną i w 6. roku tych studiów uzyskałem doktorat. Kiedy wróciłem pracowałem częściowo w kurii, a przez 2 lata byłem kapelanem biskupa. Równocześnie od samego początku wykładałem w seminarium. Najpierw niektóre wykłady, potem coraz więcej i w sumie aż przez 27 lat byłem wykładowcą. W końcowym etapie pracy w seminarium w Gnieźnie przez 6 lat byłem ojcem duchownym i przez 6 lat rektorem. Kolejny etap, w Kaliszu, jest już znany Czytelnikom „Opiekuna”.

Tak sobie wyobrażam, że jako profesor, ojciec duchowny i wreszcie rektor miał Ks. Biskup wielki wpływ na powołanie młodych ludzi. Chciałbym zapytać, jakie postacie kapłańskie w sposób szczególny „odcisnęły” się na Ks. Biskupa życiorysie, kim Pan Bóg się posłużył w Księdza Biskupa drodze kapłańskiej?
Kapłani mojej parafii Kamieniec pw. św. Jakuba zmieniali się. Zwykle jeden kapłan miał dwie parafie i do kościoła miałem 7 kilometrów, tak więc nie miałem dobrego kontaktu z nimi. Dopiero w liceum miałem bliższy kontakt z prefektem czyli księdzem uczącym religii w szkole. On miał dużą bibliotekę i czytałem mnóstwo książek z tej biblioteki. Powołanie rodzi się pod wpływem łaski Bożej i trudno dobrze wszystkie te etapy śledzić. Ale z tego, co próbuję sobie uświadomić, to na pewno wielki wpływ miała na mnie moja matka, która bardzo sobie ceniła Mszę św. i lubiła czytać książki. Kiedy szedłem do gimnazjum powiedziała: „Gdybym miała tak blisko do kościoła, jak ty będziesz miał teraz, to codziennie byłabym w kościele. I czytałabym książki”. Wziąłem to sobie do serca i zacząłem codziennie chodzić do kościoła. Nigdy wcześniej nie byłem ministrantem, ale ponieważ przychodziłem do kościoła przed Mszą Świętą więc mnie poprosili, abym służył, ponieważ brakowało ministranta. Zważywszy, że w liceum uczyliśmy się łaciny, ministrantury nauczyłem się w jednym dniu i tak zostałem ministrantem. Czytałem też bardzo dużo książek. Właściwie przeczytałem sporą część biblioteki Ks. Prefekta, i były to książki głównie o kapłanach, misjonarzach, o powołaniu.

Które tytuły szczególnie utkwiły Księdzu Biskupowi w pamięci?
Szczególnie pamiętam powieści Górskiego „Konfesjonał” i „W cieniu kolegiaty”, które mówią o kapłanach, o ich życiu. Wiem, że pod wpływem tych książek, a także innych pozycji o świętych i misjonarzach zrodziło się moje powołanie, takie pragnienie, żeby pójść tą drogą i później pracować w Kościele Bożym jak oni.

Myślał Ksiądz Biskup kiedyś o misjach?
Nie, o misjach nie, natomiast zastanawiałem się nad wstąpieniem do zakonu. A wracając jeszcze do księży, w środowisku gnieźnieńskim wielki wpływ na kapłanów miał nieżyjący już kapłan, dzisiejszy błogosławiony Michał Kozal. Nie zetknąłem się z nim osobiście, ale tam ta postać była żywa w pamięci i w opowiadaniach. Także ks. Aleksander Żychliński, dogmatyk sporo piszący o kapłaństwie, którego proces informacyjny był rozpoczęty. To jest kolejna postać, która „zaciążyła” na kapłanach pracujących w diecezji gnieźnieńskiej i oni jakby przekazywali jego spuściznę, jego duchowość. Oni byli zauroczeni  tymi kapłanami i nam to przekazywali. Mnie przekazywał to szczególnie ks. infułat Henryk Rajter, który był proboszczem katedry, a później również pracownikiem kurii, gdzie się spotykaliśmy.

Jak przeżywał Ksiądz Biskup lata seminaryjne?
Seminarium było dla mnie trudne. Czułem się dobrze jako kleryk. Bardzo się cieszyłem, że mogę studiować i przygotowywać do kapłaństwa. Miałem pewne trudności zdrowotne, nawet się obawiałem, czy mnie dopuszczą do święceń. Samo seminarium przeżyłem z zaangażowaniem i radością, z głęboką wdzięcznością Panu Bogu, że mogłem wchodzić w Bożą naukę i kapłańską duchowość. Bardzo sobie cenię ten okres pobytu w seminarium.

Ks. Biskup wspomniał o problemach zdrowotnych, o cierpieniu, którego doświadczył już w seminarium, a które jak pamiętamy powróciło również w ostatnich latach. Jak Ks. Biskup widzi doświadczenie własnego cierpienia w swojej posłudze?
To cierpienie, które przeżywałem w seminarium było szczególnym doświadczeniem, ponieważ pomogło mi zrozumieć, że trzeba Panu Bogu zaufać, bo wszystko jest w Jego rękach. Cokolwiek by się stało, czy byłbym wyświęcony czy nie, czy byłbym zdrowy czy chory. Otrzymałem takie oświecenie, łaskę, że trzeba zawierzyć i dać sobie spokój ze zmartwieniami. Pamiętam, że wtedy ułożyłem sobie modlitwę egzystencjalisty, która zginęła mi po przeprowadzce do Kalisza. Potem nie miałem specjalnych kłopotów ze zdrowiem. Dopiero tutaj w Kaliszu miałem najpierw problemy z sercem, a później nowotwór prostaty. To też było doświadczeniem pogłębiającym służbę, bo generalnie byłem na tyle zdrowy, że mogłem zasadniczo wypełniać swoje zadania, a równocześnie na tych zadaniach spoczywało piętno jakiegoś trudu, większego wysiłku, co nadawało im głębszy wymiar i przynosiło satysfakcję, że jednak mogę wypełniać własne powołanie.

Chciałbym jeszcze zapytać, jakie znaczenie miało doświadczenie Drogi Neokatechumenalnej w życiu kapłańskim i biskupim Księdza Biskupa?
Dobrze, że ksiądz zadał mi to pytanie, bo Droga bardzo mnie ukształtowała wewnętrznie. Jako ojciec duchowny przez kilka lat wspomagałem obecnego biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego, który prowadził różne dni skupienia, konferencje, liturgie i to on mnie trochę w to wprowadzał. Nadmienię też, że wcześniej byłem zaangażowany w ruch oazowy. Ale wracając do neokatechumenatu, to chcę powiedzieć, że dostrzegłem pewną wartość tego ruchu i już jako rektor po wysłuchaniu katechez wszedłem na Drogę Neokatechumenalną. Posługiwałem jako prezbiter w jednej ze wspólnot. W tym czasie, kiedy byłem rektorem również klerycy piątego roku, po egzaminach z całej teologii, mogli uczestniczyć w katechezach. Przez 6 lat w Gnieźnie byłem na Drodze i osiągnąłem etap po pierwszym skrutinium. Kiedy przyszedłem do Kalisza związałem się ze wspólnotą u ojców franciszkanów, która była mniej więcej na tym samym etapie, co ja. Jednakże trudno mi było uczestniczyć w ciągu tygodnia w ich spotkaniach. Ale w dalszym ciągu patronuję temu ruchowi, posługuję w różnych wspólnotach. Widzę w nim dużą wartość, ponieważ uczy odniesienia Słowa Bożego do siebie w codziennym życiu, pogłębia ducha wspólnoty i rozumienie Kościoła.

Proszę powiedzieć, jak Ksiądz Biskup postrzega różnice między swoją diecezją macierzystą, a tą w której pełni posługę biskupią? Czy jest odczucie, że tam był tysiącletni „bagaż” historii, a tutaj mamy diecezję bardzo młodą, zróżnicowaną pochodzeniem i dopiero wchodzącą w pełnoletność?
Zasadniczych różnic nie dostrzegam. Kiedy przyszedłem w trzy lata po powstaniu diecezji to już zaczynało się unifikować, ale ciągle jeszcze zauważalne były różne zwyczaje, pieśni, sposoby przeżywania pewnych ceremonii. Miałem świadomość, że tutaj jest teren na którym pewne rzeczy dopiero się rodzą. Sam uczestniczyłem w tworzeniu pewnych struktur działania kurii, czy spotkań w diecezji. W Gnieźnie oczywiście wszystko było od wieków zorganizowane, a tu nie było nawet domu biskupów, kuria się tworzyła. Jednak zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo byłem świadomy, że jest to młoda diecezja i wszystko musi się dopiero rodzić.

Ks. Biskup był wikariuszem, ale nigdy nie był proboszczem. Obecnie jest biskupem pomocniczym i piękny jubileusz świadczy, że raczej już nie będzie biskupem ordynariuszem. Jak Ks. Biskup postrzega to bycie w pewnym sensie tym drugim?
To prawda, nie byłem proboszczem, ale będąc rektorem byłem w pewnym sensie takim proboszczem dla całego seminarium, dla pracowników, a jednocześnie byłem systematycznie zaangażowany w duszpasterstwo parafialne. W niedziele i w czasie wakacji, świąt, w pierwsze piątki miesiąca byłem związany z jedną parafią, gdzie regularnie posługiwałem przez 25 lat. Tutaj jestem biskupem pomocniczym, więc rzeczywiście jestem tym drugim. Ale myślę, że to mi odpowiada, bo z samego temperamentu, duchowości nie mam w sobie takiej predyspozycji do przewodzenia, dlatego bardzo dobrze wchodzę w pozycję współpracy i wykonywania swoich zadań pod kierownictwem ordynariusza i pragnę wyznać, że ta współpraca dobrze się nam układa.

Naszą rozmowę będą zapewne czytać kapłani. Wszyscy wiedzą, że Ks. Biskup szczególnie dba o nasz strój duchowny: proszę przypomnieć raz jeszcze nam wszystkim kapłanom, dlaczego jest on tak ważny?
Po pierwsze, taki jest wymóg prawa kanonicznego. A po drugie, w jakiś sposób domagają się tego nasze czasy postępującej laicyzacji, wypierania chrześcijaństwa i religii z życia publicznego. Jan Paweł II mówił o tym wielokrotnie, że mamy być znakiem Boga w tym świecie przede wszystkim swoją postawą, ale i strojem przypominać Boże sprawy i obecność Kościoła w życiu publicznym. Powiedział nawet mocno w jednej z wypowiedzi, że kiedy tego unikasz, zabierasz coś z tego, co powinieneś Panu Jezusowi dać. Myślę, że nie jest to może istota spełnienia swego posłannictwa, ale bardzo ważny element zwłaszcza na te czasy.

Nasze posługiwanie to praca sług bezużytecznych i nie chodzi o sukcesy, ale pokuśmy się o przypomnienie największej radości tego posługiwania, a może również trudności czy porażek.
Kiedy przyszedłem do diecezji kaliskiej natychmiast zostałem włączony w peregrynację obrazu św. Józefa po diecezji i dzięki temu przeżyłem wielką radość i korzyść osobistą, duchową, bo choć św. Józef nigdy nie był mi daleki, to jednak nigdy tak bliski, jak stał się tutaj. Kiedy posługiwałem w czasie peregrynacji widziałem, jak św. Józef potrafi ożywić diecezję i jakie były owoce tych rekolekcji z nim związanych. Zresztą jak przyszedłem do Kalisza jako biskup, jako moje motto wybrałem słowa „Służyć ojcostwu Boga”. Dla mnie to była posługa ojcostwu Boga na wzór św. Józefa. To były przeżycia bardzo radosne, pogłębione. Podobne świadectwo mógłbym dać o Misjach Miłosierdzia, które od lat są przeprowadzane w naszej diecezji. Potem tworzenie się seminarium, w którym nie miałem bezpośredniego udziału tak jak Biskup Ordynariusz, ale przeżywałem tworzenie się pewnych instytucji np. kurii, a kontakt z księżmi przez kurię w wielu wypadkach dawał jakieś wejrzenie w życie diecezji.
Porażek, w formie dramatycznej nie jestem świadomy. Są pewne trudne chwile i rozmowy kiedy na przykład odchodzi kapłan. To są bardzo bolesne chwile i takie oczywiście były i są, zwłaszcza, że często utrzymuję kontakt z księżmi, którzy przeżywają takie trudności, czasami również po ich odejściu.
Myślę, że musi Ks. Biskup czuć jakąś radość głęboką, na co dzień wypełniając to, co mama powiedziała Ks. Biskupowi gdy szedł do liceum „Będziesz mógł chodzić na Mszę codziennie i czytać książki”. Ten testament mamy, czy może jej marzenie, realizuje Ksiądz Biskup aż do dziś.
Słusznie ksiądz powiedział, że to jest radość. Dane mi było czytać książki, poznawać prawdy Boże poprzez studia, potem wykładając w seminarium, pisząc pewne artykuły na tematy teologiczne i oczywiście Eucharystia zawsze jest w centrum, jak w życiu każdego księdza. Te dwa momenty są rzeczywiście bardzo istotne w moim życiu dodatkowo spotęgowane faktem, że w moją duchowość wpisała je mama.

Przyłapałem kiedyś Ks. Biskupa na takim zdaniu do siostry w refektarzu, że jak kiedy Ks. Biskup skończy posługiwanie w diecezji, to skończy z tą swoją drakońską dietą i będzie wreszcie jadł wszystko to, co lubi.
(śmiech) Powiedziałem to w żartach, ale rzeczywiście coś w tym jest. Po prostu trzymam dietę, żeby jakoś wspomagała zdrowie. Diety są różne i nie wiadomo, czy ta moja dieta akurat jest taka skuteczna i najlepsza, więc kiedy nie będę już musiał aż tak bardzo troszczyć się, aby być sprawnym to będę miał... szersze spojrzenie na jedzenie (śmiech). Ale jak będzie, to jeszcze się okaże.

rozmawiał ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!