TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 04 Grudnia 2020, 14:50
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Rozwój dziecka czy święty spokój?

Rozwój dziecka czy święty spokój?

Kiedy dwulatek niewiele mówi, nie chce bawić się z rówieśnikami, a na „zaczepki”, czy prośby rodziców nie reaguje, przyczyna może być bardzo prozaiczna. Podobnie, gdy uczeń ma problemy z koncentracją i pamięcią, nie chce uprawiać żadnego sportu, a od rodziców domaga się kupowania wyłącznie markowych ubrań i gadżetów. Najczęściej przyczyną jest telewizja. Przesada?

Szkodliwość telewizji to jeden z najpoważniejszych problemów naszych czasów, a jednocześnie najbardziej chyba bagatelizowany i chodzi tu nie tylko o domowe telewizory (najgorsze są te w kuchni przy stole), ale także programy oglądane on-line na laptopach, tabletach, smartfonach praktycznie wszędzie i o każdej porze. 

Dla odpoczynku

Wielu rodziców, o czym pisze Michael Desmurget w książce „Teleogłupianie”, a chyba każdy zna to z autopsji, traktuje telewizję jako uspokajacz dla swoich dzieci. Zapracowane matki, czy samotni ojcowie, często żeby mieć chwilę wytchnienia, spokojnie porozmawiać przez telefon, napisać maila, posprzątać, czy zdrzemnąć się funduje swoim dzieciom już od pierwszych miesięcy ich życia telewizyjne seanse twierdząc, że to JEDYNY sposób, żeby uspokoić dziecko. Jednocześnie okazuje się, że „81 procent matek i 87 procent ojców dzieci 10-13-letnich zaniża czas oglądania telewizji przez ich dzieci”. Niektórzy powtarzają, że przecież te dwie godziny dziennie bajek czy programów edukacyjnych nie może zaszkodzić. Kolejny argument dotyczy rzekomego wyobcowania społecznego dzieci, które nie oglądając telewizji nie będą wiedziały „o co chodzi” w rozmowie z rówieśnikami. Szczegółowe i rzetelne badania pokazują, że jest zupełnie odwrotnie: „Mnóstwo obserwacji przypadków wskazuje na doskonałą integrację społeczną dzieci chowanych z dala od telewizora. Skądinąd liczne badania zgodnie dowodzą, że dzieci te okazują się bardziej zadowolone z życia i szczęśliwsze niż ich karmieni telewizją rówieśnicy” (tutaj Autor podaje sporo przypisów na potwierdzenie tych tez). Dodaje też, że dzieci z przedszkola uwielbiają tłumaczyć jego córce, kim są filmowi bohaterowie, których ona nie zna, bo nie ma w domu telewizji, i nie powoduje to ani wyśmiewania, ani wykluczenia. Przy czym oglądające telewizję dzieci domagają się kupowania przedmiotów, ubrań i gadżetów z bohaterami z aktualnie modnych bajek, które są dwa lub trzy razy droższe od podobnych przedmiotów bez personalizacji. I naprawdę nie ma różnicy, czy dziecko będzie oglądało bajki „na czasie” nałogowo, kilka godzin dziennie, czy dwa razy w tygodniu po 30 minut. Warto dojść do wniosku, że całkowite odcięcie dziecka od telewizji nie zrobi mu żadnej krzywdy, a może okazać się zbawienne. 

Dziecko albo rodzic

Jednak odcięcie dziecka od telewizora wymagałoby tego samego od rodzica. Autor książki „Teleogłupianie” udowadnia bowiem, że nie ma znaczenia, czy dziecko siedzi przed telewizorem, czy słucha go „w tle” oglądanego przez rodziców. Każdy staje tutaj przed wyborem: albo mój święty spokój, albo rozwój dziecka; albo moje „prawo” do rozrywki albo dobro dziecka. Dlaczego warto ponieść taką ofiarę? Jacek zauważył, że jego córeczka coraz bardziej zamyka się w sobie, jest bardzo „grzeczna” i spokojna, nie reaguje na słowa rodziców, drażni ją dotyk, szczególnie gdy ogląda bajki, nie mówiąc o tym, że mając półtora roku nie mówi ani jednego słowa. Lekarz rodzinny zbagatelizował sprawę mówiąc, że dzieci mają różne tempo rozwoju, na szczęście pani psycholog po rozmowie stwierdziła, że dziecko ma zbyt dużo bodźców audiowizualnych. Kilka tygodni bez telewizji, za to z zabawami z rodzicami zmieniło ją nie do poznania - teraz jest normalnym, żywym, radosnym dzieckiem i ma szansę na prawidłowy rozwój.

Michael Desmurget pisze o tym, że stacje prześcigają się w tworzeniu telewizyjnych programów edukacyjnych dla coraz młodszych dzieci. Przekonuje przy tym, że programy edukacyjne wcale nie spełniają swoich funkcji, a jedynie opóźniają rozwój dziecka. „Przy godzinie dziennie oglądania programów „edukacyjnych” między 8 a 16 miesiącem życia dziecka kosztowało maluchy 10 procent ich słownictwa mniej niż w przypadku obcowania tylko z rodzicami, a w wieku 2-4 lat jest to już ponad 20 procent słownictwa mniej”. Telewizja hamuje także rozwój wyobraźni, umiejętności interakcyjnych, czy sfery emocjonalnej (Autor książki podaje konkretne badania i zatrważające liczby). „Telewizji zawsze będzie brak podstawowego nauczycielskiego atrybutu - interaktywności” - dodaje. Wspomina też o wątpliwej jakości programów „edukacyjnych” dla dzieci, które mało kto z rodziców sprawdza, a przecież współcześnie przemyca się w nich przeróżne szkodliwe treści (często podprogowo). 

„Telewizja, która rodzicom wydaje się tak nieszkodliwa, dla małych dzieci okazuje się prawdziwą ontogenetyczną (rozwojową w skali całego życia) katastrofą. Jeśli chcecie, żeby wasze potomstwo w pełni wyraziło swój potencjał rozwojowy, za żadne skarby nie pozwalajcie mu dorastać w pobliżu telewizji, czy to aktywnie oglądanej, czy po prostu grającej w tle. Szklany ekran nie zamienia dzieci w jawnych debili, nie sprawia, że są wyraźnie głupie, bez wątpienia uniemożliwia jednak optymalny rozwój funkcji mózgu. Uszczerbku doznają wszystkie obszary, od inteligencji, przez język, lekturę, uwagę i możliwości ruchowe, po wyobraźnię. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że zagrożona jest całość przyszłości intelektualnej, kulturalnej, edukacyjnej i zawodowej dziecka. Każda godzina telewizji dziennie w dni powszednie, gdy dziecko chodzi do przedszkola i szkoły podstawowej, zwiększa o ponad 30 procent ryzyko, że zakończy ono edukację bez świadectwa. W praktyce oznacza to, że jeśli dziś podejmiemy masowe działania, by zmniejszyć konsumpcję telewizyjną tych dzieci (obecnie wynosi ona ponad dwie godziny dziennie) już nie 65 procent (obecny poziom), ale 74 danego przedziału wiekowego bez problemu uzyska maturę. Bez wydawania kolosalnych sum na korepetycje”. 

Zabójczy szklany ekran

Druga część książki „Teleogłupianie” poświęcona jest szkodliwości telewizji w kontekście ludzkiego zdrowia. Z każdą godziną dziennie oglądania telewizji ryzyko zgonu rośnie o 10 procent. Przesada? Siedząc przed telewizorem człowiek spala mniej kalorii niż podczas bezczynnego nawet siedzenia, bo szklany ekran unieruchamia widza. Dodatkowo jedząc przed telewizorem pochłania się o ponad 30 procent więcej jedzenia, a przy oglądaniu reklam rośnie apetyt na wszystko to, co najbardziej niezdrowe: chipsy, słodycze, kolorowe, gazowane napoje, alkohol, nawet jeśli nie będą to marki z odbiornika. Naukowcy udowodnili, że mózg nie zapamiętuje jakościowych i ilościowych cech posiłku, kiedy towarzyszy mu oglądanie telewizji, co sprawia, że jemy niezdrową żywność w coraz większych ilościach. „Każda godzina telewizji oglądanej przed ukończeniem 3 lat zwiększa o 10 procent ilość śmieciowego jedzenia pochłanianego przez dziecko w wieku 10 lat. A jeśli jecie coś w ciągu pierwszych lat życia będziecie to lubić do końca waszych dni” - pisze Desmurget. Błędne koło rusza - niezdrowe jedzenie i rozrywka nie wymagająca wysiłku błyskawicznie uzależnia, szczególnie bezkrytyczne dzieci. Niech ktoś spróbuje odciągnąć od telewizora uzależnionego sześciolatka - dowie się, że ten go nienawidzi, dostanie kilka kopniaków i usłyszy sporo wrzasków. Wróćmy jednak do błędnego koła, które powoduje otyłość, brak chęci do jakiejkolwiek aktywności fizycznej (choć intelektualnej też), co powoduje większość chorób układu krążeniowego, pokarmowego, oddechowego i mięśniowo-kostnego oraz wiele innych zaburzeń. W wieku dorosłym można dodać do tego siedzącą pracę i katastrofa gotowa - stwierdzenie, że telewizja zabija wcale nie wydaje się już takie absurdalne. 

Nauczyciel agresji

Każdy zna dzieci, które grają w gry komputerowe pełne przemocy, ale nikogo w życiu nie zabiły, a może nawet są wspaniałymi ludźmi. Mimo to, kiedy spojrzeć szerzej, z faktami trudno dyskutować. „Dowiedziono, że treści audiowizualne związane z przemocą skutkują: zmniejszeniem wrażliwości - widz stopniowo uczy się znosić bez mrugnięcia okiem coraz wyższy poziom przemocy; syndromem wielkiego, złego świata - widz stopniowo nasiąka przekonaniem, że otaczający go świat jest wrogi i niebezpieczny; skłonnością do przemocy - widz zachowuje się bardziej brutalnie i agresywnie, zarówno w krókim, jak i długim okresie.” Rodzice, którzy kochają swoje dziecko często nie dostrzegają, że w niewielkiej skali bardziej agresywnie niż powinno domaga się ono spełniania swoich żądań, czy rozprawia się z rówieśnikami bez skruchy i współczucia. 

Pozbyć się przyczyny

„Telewizja wymaga od widza tylko jednego aktu odwagi - ale jest on nadludzki - wyłączenia jej.” To słowa filozofa Pascala Brucknera, które doskonale podsumowują problem telewizji w życiu dziecka. Ponadto Autor książki pisze: „Życie bez telewizji całkowicie odmieniło nasze życie. Ustały konflikty związane z tym, kto trzyma pilota. Rozmowy w rodzinnym kręgu przychodzą nam z większą łatwością, zwłaszcza przy posiłkach. Dziewczynki sprawiają wrażenie spokojniejszych, uważniejszych wobec otoczenia. Nie wydaje się, by brakowało im telewizji. Starsza przestała w dużej mierze zadręczać nas konsumpcyjnymi żądaniami i znacznie poprawiła stopnie. Nic nie wskazuje na to, by między nią a rówieśnikami wyrosła przepaść, wprost przeciwnie - jej życie towarzyskie intensyfikowało się w miarę, jak zapominała o telewizji. Poza tym wieczorami zamiast gnuśnieć przed ekranem bawi się na tysiąc różnych, wspaniałych sposobów.” Młodsza córka natomiast zachowywała się jak dziecko - była żywa, ciekawa świata (co czasem wywoływało tęsknotę za telewizją, która jednak szybko mijała), chodziła spać o wyznaczonej porze. Nie mówiąc już o życiu małżonków, którzy znaleźli czas na wspólne rozmowy, a nawet randkowanie. Warto spróbować - efekty mogą przerosnąć najśmielsze oczekiwania.

tekst Anika Djoniziak

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!