TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 04 Sierpnia 2026, 22:56
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Pycha kroczy przed upadkiem, czyli kilka słów o futbolu

Pycha kroczy przed upadkiem, czyli kilka słów o futbolu

Tak się zastanawiałem, na czym by się skoncentrować w dzisiejszym felietonie? O kontrowersjach związanych z Ukrainą już pisałem i nie wystarczy zapewnienie pana Zełenskiego o szerszym otwarciu archiwów dla badaczy Rzezi Wołyńskiej, abym uwierzył w realną zmianę nastawienia pana prezydenta walczącego z Rosją, ale nie z korupcją we własnym kraju (jeden minister próbował, ale właśnie piszemy o nim w czasie przeszłym więc ten tego), czy też o prawdę historyczną o trudnych relacjach. Więc na razie temat czeka na dalszy rozwój. O lefebrystach też już pisałem i tu również nie ma widoku na zmianę sytuacji, za to im bardziej się przypatrujemy historii tego bractwa i jego założyciela, tym bardziej się dziwimy, ile razy ten hierarcha coś podpisywał, a potem mu się coś zmieniało, bo myślał, że to była lista obecności (na Soborze Watykańskim II) albo noc mu przyniosła oświecenie (kiedy w czasach św. Jana Pawła II negocjował wyświęcenie nowego biskupa). Tak więc niezmiennie stoimy murem za papieżem Leonem i też będziemy patrzeć co dalej. 

No i wyszło mi na to, że jeszcze nie pisałem o największym w historii super Mundialu w piłce nożnej rozgrywanym aż w trzech krajach, w tym w USA nie skrywającego bynajmniej swojej gigantomanii prezydenta Trumpa (tutaj nie mogę się nie powstrzymać, żeby nie przytoczyć słów człowieka, którego nie mam w jakimś wielkim szacunku – bo chodzi o Huntera Bidena, syna ex prezydenta, – który jednakże bardzo celnie, trzeba mu to oddać, wytłumaczył dlaczego jednak Trumpowi pokojowa nagroda Nobla należała się jak psu buda: otóż, jeszcze żaden prezydent w historii nigdy nie zakończył tej samej wojny tak wiele razy jak Trump wojnę z Iranem, począwszy od pierwszego dnia i potem jeszcze wielokrotnie. Kiedy to piszę wojna nadal trwa, więc ten rekord będzie Trump jeszcze śrubował, czyli zasługuje na przynajmniej dwie pokojowe nagrody Nobla jedna po drugiej, albo i trzy, a potem tytuł na własność i wycofanie tej kategorii z nagród wynalazcy dynamitu. No panie Biden junior, to się panu udało, żałuję, że to nie ja na to wpadłem). 

A wracając do super Mundialu, to określenie takie legitymizuje również fakt, że w fazie finałowej wzięło udział aż 48 drużyn, niestety nie na tyle dużo, aby zagrała również reprezentacja Polski, no ale… Słuchajcie, koledzy mi powiedzieli, że jak się wpisze w wyszukiwarkę internetową polecenie: „jak grają patałachy?” to wyskakują mecze naszej reprezentacji… Czy to jest prawda? Ja sam boję się wpisać i sprawdzić, bo moje serce mogłoby tego nie wytrzymać… 

Trochę na pocieszenie powiem wam jednak, że my chociaż zagraliśmy na mundialu w Katarze cztery lata temu (już mniejsza o to jak zagraliśmy, chociaż awansowaliśmy do 1/8 finału po raz pierwszy od 36 lat), a tacy Włosi, czterokrotni mistrzowie świata, już po raz trzeci z rzędu nie zagrali w finałach! Prezydent FIFA wspomniał coś o rozszerzeniu ilości drużyn w fazie finałowej do 128, to może Włosi by się załapali… Oj, powiem wam, że Włosi bardzo się wkurzyli na taki żart i nawet chcieli pisać noty dyplomatyczne. Ale naprawdę ciężko to przeżywają, mimo że odnoszą wiele sukcesów w innych dyscyplinach (popatrzmy choćby na tenis ostatnio), to jednak piłka nożna dla nich jest najważniejsza. Jak przypomniał Piotr Kowalczuk na łamach „Do rzeczy”, na pierwszych 22 miejsca najliczniej oglądanych wydarzeń we włoskich telewizjach są mecze piłkarskiej reprezentacji, a dopiero na 23 miejscu uplasował się Festiwal Piosenki w San Remo, który też jest tam zjawiskiem absolutnie kultowym. No i oni od 12 lat nie byli na Mundialu. Jeśli jakiś mój rodak odczuwa w tym miejscu wielką schadenfreude, to jednak dla ostudzenia przypomnę, że w 2021 r. Włosi wygrali mistrzostwa Europy, a my ostatnio wygraliśmy, hmmm…

No ale wracamy do Włoch, bo jak wiecie lubię tam zaglądać, a wspomniany Piotr Kowalczuk przytacza też niektóre pomysły, co trzeba zrobić, aby Włosi znowu zaczęli się liczyć w światowej piłce. No i niestety nie brak tam „postępowców” nawet w środowiskach piłkarskich, a jednym z nich jest przewodniczący Rady Trenerów, niejaki pan Enzo Ulivieri i nie zgadniecie, co on wymyślił. Otóż powołując się na przykład Francji (jeszcze do niej wrócimy), która od kilkunastu lat ma znakomitą drużynę narodową, stwierdził, że jej sukcesy zaczęły się w roku 1998, kiedy zdobyli mistrzostwo świata, a w wygranym finale aż pięciu Francuzów było – to cytat, proszę mnie nie oskarżać o rasizm – „kolorowych”. Jeśli uważnie oglądałem półfinał to wydaje mi się, że w obecnej edycji białych zagrało w drużynie Francji tylko dwóch, a i tak przegrali, ale mniejsza o to. W każdym razie pan Ulivieri postuluje wprowadzenie regulacji, aby w reprezentacji włoskiej było obowiązkowo pięciu, czy sześciu „kolorowych”. Regulacji! I wyobraźcie sobie, że pomysł ten, zamiast zostać natychmiast zabity śmiechem, został podchwycony przez niektórych działaczy włoskiej lewicy, którzy natychmiast poszli dalej i zaproponowali podobne regulacje w innych dziedzinach na przykład w edukacji czy siłach bezpieczeństwa. I tak to od futbolu przeszliśmy do lewicowych fanaberii, takie mam skrzywienie, że jakoś zawsze wzrok mój padnie na takie kwiatki, ale to ku przestrodze. Oni z tymi pomysłami są w stanie pójść wszędzie. 

W półfinałach super Mundialu odpadły drużyny Francji i Anglii. Cóż, mówią, że pycha kroczy przed upadkiem, a jakoś tak to wygląda, że chodzi o nacje, które uchodzą za pyszałkowate, bez względu na to, jak bardzo demografia im się zmienia pod wpływem imigracji. I oczywiście są tacy, którzy żartują, że Francja jako ostatnia broniła honoru Afryki, ale prawda jest taka, że to chyba właśnie ta ekipa, w zgodnej opinii ekspertów, była najmocniejsza, a jednak nie wygrała, a w meczu o trzecie miejsce przegrywała już zero do czterech. To chyba jednak była ta pycha, że byliśmy predestynowani do walki o tytuł, mecz o trzecie miejsce nas nie interesuje. Z kolei drugi półfinał pomiędzy Anglią a Argentyną przywołał słynną wojnę o Falklandy/Malwiny z roku 1982. Wtedy Anglia miała wielką gwiazdę na politycznym firmamencie Margaret Thatcher i przegrana Argentyny poskutkowała upadkiem dyktatury, a dzisiaj Argentyna miała Lionela Messiego i Anglia po raz kolejny nie mogła zawieźć piłkarskiego trofeum home, czyli do domu, tak gdzie futbol się narodził. 

No i finał. Kiedy Hiszpania pokonała Anglię, jej trener Luis de la Fuente kurtuazyjnie powiedział, że wygrali z jedną z najlepszych drużyn świata, ale Anglicy grali z najlepszą drużyną świata. I to się okazało prawdą. Spacerujący po boisku w finale Messi tym razem nie pomógł Argentynie, która potrafiła jedynie kopać po nogach, a Hiszpania w tym spotkaniu była jedyną drużyną, która chciała grać w piłkę. Byłoby wielką niesprawiedliwością gdyby wygrała Argentyna. A Trump musiał wręczyć trofeum Hiszpanii, za którą ostatnio, cóż, nie przepada? 

Pleban ze wsi

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!