
Pszczoły paschalne
Obecność pszczół w przyrodzie to oczywistość, ale są też w historii człowieka, Biblii, liturgii, sztuce. To stworzenia, które w chrześcijańskiej tradycji niosą konkretne znaczenie.
Jest już prawie przedwiośnie. Poranki są jeszcze chłodne, a przy samej ziemi wciąż trzyma się trochę zimna. Kiedy rano wychodzi się na zewnątrz, czuje się to od razu. Powietrze nie jest już tak ostre, ale do prawdziwej wiosny jeszcze trochę brakuje. Ziemia powoli odpuszcza zimę. Nie dzieje się to gwałtownie. Raczej po cichu.
Kto ma pszczoły, ten dobrze zna ten moment. Uczy się patrzeć nie tylko na kalendarz, ale także na światło, na drzewa, na pierwsze oznaki budzącego się życia. Zaczyna zwracać uwagę na to, co dla innych pozostaje jeszcze prawie niewidoczne. Przedwiośnie nie przychodzi z rozmachem. Najpierw daje znaki.
Jestem księdzem, a pszczelarstwo od prawie dziesięciu lat pozostaje moją pasją. Nie zawodową pracą i nie zajęciem prowadzonym na wielką skalę, ale czymś znacznie więcej niż zwykłym hobby. Odpowiedzialność za pszczele rodziny sprawia, że nie da się tego zamknąć w prostym określeniu. To raczej rytm życia, który wyznaczają pory roku i kwitnienie roślin.
Na co dzień mieszkam na parafii posługując jako wikariusz, ale moja pasieka znajduje się w ogrodzie moich rodziców, w Dolinie Baryczy, skąd pochodzę. To właśnie tam wracam do uli. To miejsce znam dobrze, drzewa owocowe, ścieżki w trawie, ziemię po deszczu, ciepłe popołudnia i ten jednostajny dźwięk, który w sezonie unosi się nad pasieką. Kiedyś był tylko częścią tła. Dziś słyszę go inaczej. Dla pszczelarza taki dźwięk znaczy więcej. Mówi o pracy, porządku i życiu, które toczy się swoim własnym rytmem.
Na początku wydawało mi się, że pszczoły to po prostu ule stojące w jednym miejscu. Kilka skrzynek, do których zagląda się od czasu do czasu. Z biegiem lat zrozumiałem jednak, że to nieprawda. Pszczoły szybko „wychodzą” poza pasiekę. Zaczynają być obecne także tam, gdzie wcześniej człowiek ich nie dostrzegał.
Najpierw w krajobrazie. Patrzy się na sad i nie widzi już tylko drzew, ale również pożytek. Patrzy się na wierzbę, rzepak, facelię, lipę, na wszystko, co może zakwitnąć i dać rodzinie pszczelej siłę. Potem zaczyna się dostrzegać pszczoły także w książkach, w obrazach, w ornamentach na budynkach, w herbach, w kościołach i w tekstach liturgicznych. Gdy raz człowiek wejdzie w ten świat, pszczoły zaczynają wracać z różnych stron.
Z czasem odkryłem, że ich obecność jest dużo szersza, niż mogłem przypuszczać. Są w przyrodzie, to oczywiste, ale są też w historii człowieka, w Biblii, w liturgii, w sztuce, a nawet w kamieniu starych miast. I właśnie wtedy zacząłem o nich myśleć nie tylko jako o owadach, które dają miód i wosk, ale także jako o stworzeniach, które w chrześcijańskiej tradycji niosą konkretne znaczenie. W pewnym momencie zrozumiałem, że są też pszczołami paschalnymi.
Jako ksiądz codziennie pochylam się nad słowem Bożym. Wracam do tych samych ksiąg, tych samych fragmentów, tych samych modlitw. Z czasem człowiek zaczyna jednak słyszeć więcej. Tak było i ze mną. W pewnym momencie zobaczyłem wyraźniej, że pszczoły i miód są obecne także na kartach Pisma Świętego.
Święty Jan Chrzciciel żywił się szarańczą i miodem leśnym. Samson znalazł rój pszczół i miód w padlinie lwa. Psalmista porównuje napór wrogów do roju pszczół. Izajasz przywołuje miód jako znak obfitości. W Księdze Syracha pszczoła zostaje pochwalona, choć jest mała, a owoc jej pracy uznany za wyjątkowy. To wszystko nie są tylko drobne wzmianki. W tych obrazach kryje się coś więcej.
Miód w Biblii nie jest jedynie pokarmem. Staje się także obrazem słowa Boga. Psalmista mówi, że Boża mowa jest słodsza niż miód. Ezechiel, kiedy spożywa księgę, doświadcza jej właśnie w takim smaku. Dla człowieka, który zna smak prawdziwego miodu i wie, ile pracy potrzeba, by go pozyskać, te porównania brzmią bardzo konkretnie. Nie są ozdobą. Niosą treść.
Pszczoły obecne w Biblii pokazują coś ważnego. Łączą codzienność z tym, co większe. Są małe, a jednak ich praca przynosi owoc cenny i potrzebny. W pewnym sensie uczą patrzeć uważniej. Może właśnie dlatego tak dobrze odnajdują się także w liturgii.
Najmocniej widzę to w Wigilię Paschalną. Do ciemnego kościoła wnosi się paschał, a po chwili rozbrzmiewa Orędzie Wielkanocne. To jedna z tych liturgii, które człowiek pamięta nie tylko rozumem, ale także zmysłami. Ogień przed świątynią, ciemność, potem światło, które stopniowo rozchodzi się po wnętrzu kościoła. Jedna świeca i od niej zapalają się kolejne. Właśnie wtedy Kościół śpiewa o świecy jako owocu pracy pszczelego roju. Dla wielu to zapewne piękny fragment hymnu. Dla pszczelarza brzmi on bardzo konkretnie. Gdy słyszę te słowa, od razu widzę pracę pszczół, wosk, ul, ciepło wnętrza rodziny pszczelej, cały porządek ukryty w tym, co później staje się światłem paschału. To nie jest przypadek. Paschał powinien być wykonany z prawdziwego wosku pszczelego. Kościół bierze owoc pracy tych małych stworzeń i czyni z niego znak Chrystusa zmartwychwstałego. Właśnie tutaj pszczoły stają się dla mnie naprawdę paschalne.
Tym bardziej że dzieje się to w czasie, kiedy przyroda również zaczyna się podnosić po zimie. Gdy w liturgii śpiewa się o pracy pszczelego roju, świat za murami kościoła także powoli budzi się do życia. W sadach nabrzmiewają pąki, dni stają się dłuższe, a rodziny pszczele zaczynają nowy sezon. Jeszcze nie wszystko kwitnie, jeszcze poranki są chłodne, ale wiadomo już, że zima nie ma ostatniego słowa. W tym spotkaniu liturgii i przyrody jest coś bardzo mocnego. Pascha nie dzieje się obok świata stworzonego, ale jakby razem z nim. Chrystusowe zwycięstwo nad śmiercią ogłasza Kościół, a przyroda w tym samym czasie zaczyna dawać swoje znaki życia. Pszczoły należą do tych znaków.
Dlatego trudno mi bez wewnętrznego sprzeciwu patrzeć na paschały wykonane z plastiku. Skoro liturgia mówi o owocu pracy pszczelego roju, znak powinien być prawdziwy. W liturgii nie chodzi przecież o imitację, ale o rzeczywistość, która niesie sens. Podobnie jest z gromnicą w święto Ofiarowania Pańskiego. Także ona powinna być wykonana z wosku pszczelego. Skoro symbolizuje Chrystusa, światłość świata, nie powinna być tylko uproszczonym zamiennikiem. Liturgia mówi najlepiej wtedy, gdy jej znaki są uczciwe i czytelne.
Kilka lat temu odkryłem, że pszczoły czekają na mnie również w Rzymie. Jeżdżę tam jako pielgrzym, do grobów apostolskich, do miejsc ważnych dla historii Kościoła. Z czasem zacząłem jednak zauważać tam jeszcze jeden ślad. Pszczoły. Nie żywe, lecz wyrzeźbione, wykute, odlane. Obecne na fasadach, bramach, fontannach i w herbach. Prowadzą do papieża Urbana VIII, Maffea Barberiniego. W herbie jego rodu znajdowały się trzy pszczoły. Z czasem stały się one jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków jego pontyfikatu. Najmocniej widać to w Bazylice św. Piotra. Kiedy człowiek staje pod monumentalnym baldachimem Berniniego, najpierw widzi rozmach całej konstrukcji. Dopiero po chwili zaczyna dostrzegać szczegóły. Wśród ozdób i ornamentów pojawiają się pszczoły. Niewielkie wobec ogromu bazyliki, ale wyraźne. Potem zaczyna się je zauważać także gdzie indziej, na fontannie Trytona przy Piazza Barberini, na bramach, na pałacach, w różnych detalach miasta. Ilekroć chodzę po Rzymie, obok wielkich zabytków wypatruję właśnie tych małych znaków. To ciekawe doświadczenie, bo człowiek uświadamia sobie wtedy, że pszczoły potrafią być obecne zarówno w przydomowym sadzie, jak i w samym sercu chrześcijaństwa. W ulu i w bazylice. W przyrodzie i w sztuce. W codzienności i w historii Kościoła.
Najczęściej wracam jednak do nich tutaj, w Dolinie Baryczy. Do ogrodu moich rodziców, do uli, do tego czasu, kiedy kończy się zima i zaczyna się przedwiośnie. Stoję wtedy przy pasiece i słucham. Deski uli łapią już trochę słońca. W powietrzu czuć ruch, choć jeszcze oszczędny. Przy samej ziemi nadal trzyma się chłód, ale życie już zbiera się do drogi. Właśnie wtedy najlepiej rozumiem, dlaczego nazywam je pszczołami paschalnymi. Bo ich obecność przypomina o tym, że życie wraca. Nie gwałtownie, nie od razu, ale naprawdę. Pojawiają się wtedy, gdy kończy się martwy czas zimy. Towarzyszą światłu paschału. Dają wosk, z którego powstaje świeca na najświętszą noc roku. Przynoszą miód, którym Biblia opisuje słodycz słowa Boga. Są małe, ale niosą znak większy od siebie.
Kiedy więc w czasie Paschy słyszę nad sobą ich brzęczenie, nie odbieram go już tylko jako dźwięku przyrody. Słyszę w nim także przypomnienie, że świat budzi się do życia. Że po zimie przychodzi czas nowy. I że nawet w najmniejszych stworzeniach można dostrzec ślad zmartwychwstania.
Ks. Krzysztof Swat
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!