TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 21 Października 2019, 11:48
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Przez ocean do Nowego Świata cz. 3

Przez ocean do Nowego Świata cz. 3

Kilka razy wysuwano tezę o rzekomych kontaktach cywilizacji Mezoameryki z kontynentem afrykańskim. Już w XIX wieku badacze wysunęli przypuszczenie, że Olmekowie przybyli do Nowego Świata z Afryki. Oparli je na obserwacji kolosalnych oleckich rzeźb kamiennych przedstawiających głowy wodzów lub kapłanów.

Te kamienne głowy rzeczywiście na pierwszy rzut oka wyglądają jak portrety mieszkańców Afryki. Ale trzeba mieć na uwadze, że może to być rzeźbiarska stylizacja. Z drugiej strony część antropologów wskazuje, że głowy kamienne bardzo przypominają twarze współczesnych Indian mieszkających w Ameryce Środkowej i należących raczej do odmiany mongoloidalnej, a nie negroidalnej. Skrupulatne porównania wskazują, że podobieństwo rysów twarzy tych rzeźb do oblicza współczesnych Indian jest dość duże. Nie ma potrzeby doszukiwania się rzekomych wpływów afrykańskich. Próby udowadniania podobieństwa pisma libijsko-berberyjskiego do glifów Olmeków i Majów również zakończyły się niepowodzeniem. W latach siedemdziesiątych XX wieku polski antropolog i religioznawca, prof. Andrzej Wierciński przeprowadził badania czaszek z dwóch mezoamerykańskich stanowisk archeologicznych: Tlatilco i Cerro de la Mesas. Pochodziły one z okresu preklasycznego i klasycznego. Na podstawie pomiarów kraniometrycznych A. Wierciński stwierdził, że niektóre czaszki z tych dwóch stanowisk reprezentują negroidalny typ antropologiczny. Wskazywał, że część ludności mogła należeć do typu „dongolańskiego”, część do typu sinoidalnego, armenoidalnego, buszmeńskiego i ekwatorialnego. Zarówno metdody, jak i wyniki osiągnięte przez Wiercińskiego zostały zakwestionowane. Wytknięto mu nieprawidłowe użycie polskiej metody porównawczo-morfologicznej. Ta metoda jest użyteczna dla porównywania cech antropologicznych populacji Starego Świata, a dla ludów Amerindiańskich staje się bezużyteczna. Werfyfikacja badań Wiercińskiego wykazała, że czaszki starożytnych mieszkańców Mezoameryki mieszczą się w zakresach pomiarowych charakterystycznych dla populacji indiańskich. Nie potwierdziły się także doniesienia o odkryciu znaków chińskiego pisma na olmeckiej ceramice i stelach, a także o rzekomych chińskich siekierkach brązowych.
Wiele kontrowersji wzbudziły niedawno wyniki badań starożytnych mumii egipskich i sudańskich, które przeprowadziła Swietłana Balabanowa, niemiecka specjalista rosyjskiego pochodzenia w dziedzinie kryminalistyki i patologii. Po przebadaniu mumii egipskiej kapłanki Henut Taui, żyjącej ok. 1000 r. przed Chr., wykryła ślady nikotyny i kokainy. Badania kontrolne wykluczyły początkowo współczesne zanieczyszczenia, ponieważ te substancje znaleziono także we włosach mumii. Podobne wyniki przyniosła analiza mumii sudańskich. Kiedy wieść o tych niezwykłych wynikach rozeszła się w świecie naukowym, w innych miejscach zaczęto badać chemiczny skład mumii. W egipskich mumiach przechowywanych w Muzeum w Manchesterze także odkryto ślady nikotyny. Mimo to doktor Balabanowa odczuła opór i niedowierzanie środowiska naukowego. Wielu badaczy zarzucało jej błędy w prowadzeniu badań lub niewłaściwą interpretację wyników. Niewielu naukowców było skłonnych wierzyć, że kokaina i tytoń dostały się w starożytności z Nowego Świata do Afryki. Te wątpliwości mogą być zasadne. Balabanowa nie wzięła pod uwagę historii mumii po ich odnalezieniu w czasach nowożytnych, a przecież wiadomo, ze przechodziły one przez wiele rąk. W Starym Świecie występują także rośliny tytoniowa takie jak chińska Nicotiana fruticosa, czy afrykańska, pochodząca z Namibii Nicotiana africana. Te rośliny są dużo prawdopodobniejszym źródłem nikotyny i kokainy w mumiach badanych przez S. Balabanową. Właśnie dlatego wyniki badań zabalsamowanych ciał starożytnych Egipcjan nie mogą być wystarczającym dowodem na transatlantyckie kontakty.
Sprawa jest więc mocno problematyczna i kontrowersyjna. Nie znaczy to jednak, że w nauce nie pojawiają się głosy dopuszczające możliwość prekolumbijskich kontaktów obu Ameryk z resztą świata i wzywające do poszukiwania dowodów. Jednym z nich są prace amerykańskiego geografa, geologa i antropologa, prof. Stephena C. Jetta. Ten specjalista stara się przełamać opór konserwatywnych kręgów amerykańskich historyków, archeologów i antropologów, którzy nie dopuszczają absolutnie żadnych możliwości transoceanicznych kontaktów w dalekiej przeszłości. Wskazuje, że oceany nigdy nie były nieprzebytymi barierami, ale raczej pomostami łączącymi różne kontynenty i kultury. W końcu już w starożytności żeglarze swobodnie przebywali Ocean Indyjski albo wielką przestrzeń Pacyfiku. Ameryka leży niedaleko Islandii i Grenlandii (odpowiednio 2272 km i 835 km) i w pobliżu azjatyckiego wybrzeża Syberii (85 km w Cieśninie Beringa). To współczesne mapy stwarzają wyobrażenie nieprzebytych przestrzeni oceanu oddzielającego Nowy Świat od Starego. Można było pożeglować z północnej Europy do Ameryki, płynąc od wyspy do wyspy i tracąc ląd z oczu jedynie na krótkich odcinkach. Z Azji można było dotrzeć do Ameryki żeglując wzdłuż dalekowschodnich wybrzeży, a później przepływając przez wąską Cieśninę Beringa i właściwie nigdy nie tracąc z oczu stałego lądu. Żeglugę przez środek Oceanu Atlantyckiego ułatwiały płynące ze wschodu na zachód prądy morskie (Kanaryjski, Północnorównikowy, Południoworównikowy) i leżące po drodze archipelagi (Azory, Wyspy Kanaryjskie). Na Oceanie Spokojnym takimi przystankami w podróży mogły być kolejne koralowe i wulkaniczne wyspy. Ze wschodniej Azji można dotrzeć do najdalszych części Polinezji płynąc od wyspy do wyspy. A odległość między Wyspą Wielkanocną a brzegami Ameryki Południowej wynosi około 4 tys. kilometrów. Warto dodać, że austronezyjscy żeglarze regularnie przebywali 5600 kilom etrów Oceanu Indyjskiego dzielące Indonezję od Madagaskaru, więc taka odległość w żadnym razie nie stanowiła przeszkody dla dawnych podróżników. Główne prądy morskie i przeważające wiatry raczej ułatwiają transoceaniczne podróże niż je utrudniają. Kolisty układ prądów morskich w pobliżu równika i wiatry pasatowe prowadzą żeglarzy ze Starego Świata wprost do Nowego, a także ułatwiają powrót. Np. żeglarz płynący z Europy może w drodze do Ameryki korzystać z prądu Kanaryjskiego i Północnorównikowego, a udając się w drogę powrotną, płynąć z Prądem Zatokowym (Golfsztromem). Cyrkulacja prądów oceanicznych jest jakby stworzona do podróży przez Wszechocean i docierania do różnych części świata. Z tych prądów i wiatrów korzystali żeglarze hiszpańscy i portugalscy w epoce wielkich odkryć. Dlaczego wcześniejsi podróżnicy mieliby ich nie znać? Informacje ze źródeł wskazują, że przynajmniej niektóre prądy morskie i główne wiatry były znane starożytnym. Już 500 lat przed Chr. Chińczycy znali prąd Kuro-Siwo, określany przez nich mianem Wei-Lu. Znana z homeryckiej „Odysei” (740 przed Chr.) „głęboka rzeka Okeanosa” („potamós Okeanói”) to prawdopodobnie jedna z pierwszych informacji źródłowych dotyczących Prądu Zatokowego. S. C. Jett przypuszcza, że informacja o jego istnieniu mogła pochodzić od Fenicjan.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!